Nasza parafia na kapłańskim szlaku ks. prałata Bernarda Czerneckiego

 

(fragment książki pt. „Wiarą i węglem ciosany” – o pierwszym brynowskim wikarym)

Świąteczna kompromitacja z Jadzią w tle

Jan Dziadul, Marek Kempski: – Katowice-Brynów. Parafia Najświętszych Imion Jezusa i Maryi. Kościół w baraku, a nowy – w odległej, bliżej nieokreślonej perspektywie. Czy o takim starcie marzył świeżo upieczony ksiądz, czyli neoprezbiter?

Ks. Prałat Bernard Czernecki: – Wyboru nie miałem. Dekret biskupa, czyli rozkaz – i cześć pieśni. Jadę w ciemno. Proboszcz Paweł Lubos oprowadza mnie po swoim królestwie – dwa wynajęte pokoiki. W jednym on, w drugim kancelaria, jadalnia i poniekąd sypialnia – jego siostra prowadząca administrację parafii wygospodarowała sobie tam kąt do spania. No i gdzie tu ten mój kawałek podłogi... Ksiądz Paweł tłumaczy się, że od paru tygodni szuka dla mnie dachu nad głową, ogłasza na mszach – ale chętnych nie widać. Trudno, pomyślałem – do Kobióra dwa kwadranse, dam radę. Siostra proboszcza zaczęła pielgrzymować od drzwi do drzwi w poszukiwaniu przyjaznego kąta dla młodego wikarego. A my – rzecze do mnie proboszcz nad wyraz poważnie – odmawiajmy w tej intencji różaniec. Na kolanach! – zarządził. No i jakimś cudem (śmiech) znalazł się pokoik przy ul. Kłodnickiej, u pani Tolki Przewoźnik. Dowiedziałem się, że tylko ona uchyliła drzwi dla tej serdecznej prośby. Kochana kobieta. I strasznie dramatycznie doświadczona przez życie. Trzy miesiące przed moim przybyciem zmarł mąż. Parę tygodni później – w wypadku zginął syn. Wszedłem w tę straszną pustkę. Odstąpiła mi swoje mieszkanie (pokój z kuchnią i węglowym piecem), a sama przeniosła się do matki w tym samym domu. Miałem umywalkę, ale woda była na korytarzu. Pod umywalką stało wiadro, bo nie było odpływu. Ubikacja na podwórku. Panie Przewoźnikowe roztoczyły wokół mnie rodzinną atmosferę – co tylko zdjąłem z siebie wieczorem, to na drugi dzień miałem wyprane, wyprasowane i pięknie ułożone. Chciały mi czyścić buty, ale nie pozwoliłem. Kiedyś odwiedzili mnie koledzy z seminarium. Swoje kamasze zostawili pod drzwiami, a wychodząc nie mogli się nadziwić – lśniły jak oficerki. Taka parafia – kwitowałem tajemniczo. Każdego wieczoru dostawałem od obu pań kubek domowego kompotu, a jak tylko było to możliwe wspólnie jadaliśmy posiłki. Na co dzień karmił mnie u siebie proboszcz.

 

Dlatego wspominając tamte czasy mówię, że żyłem, w warunkach misyjnych. Jak teraz od młodego księdza słyszę, że łazienka marna, a jedzenie mogłoby być lepsze – to ciut się zżymam. Muszę jeszcze dodać, że po pierwszej Mszy świętej, jak ludzie sami przekonali się, że chłopu dobrze z oczu patrzy – to posypały się oferty mieszkań z łazienkami i wszystkimi udogodnieniami. No, komfort pełną gębą. Serdecznie podziękowałem – pozostałem do końca brynowskiej posługi pod dachem moich opiekunek. Kobiet dobrych i serdecznych, że do serca przyłóż. Stworzyły mi namiastkę domu.

Pierwsze msze w Brynowie, pierwsze homilie – czy czy zachowały się jeszcze w zakamarkach pamięci?

Tak, bardzo, że chciałoby się powiedzieć: dajcie spokój, wstydu oszczędźcie. Dowiedziałem się, że Brynów to taka szczególna dzielnica, w której świat robotniczy przenika się z inteligenckim. Przyszykowałem skrupulatnie takie kazanie, że sam niewiele z niego rozumiałem – tak było mądre (śmiech).Moja głowa – tuż po studiach. Pełna filozofii, teologii – i całej akademickiej uczonej teorii. No i po kazaniu podchodzi do mnie mężczyzna, potem okazało się, że jakiś dyrektor w kopalni i zwraca uwagę: „Księże drogi, po co takie filozofowanie? Te przemożne mądrości... Proszę nas uczyć katechizmu najprościej jak się da, bo te babcie, które klęczą przed nami – wiedzą o Ewangelii i o świętości o wiele więcej”. Zapamiętałem to do dziś – i nie zapomnę do końca życia. Był przecież chmurny czas stalinowski, a on podszedł do mnie, młokosa – z taką mądrą i odważną uwagą. Utarł mi słusznie nosa na dzień dobry. Przyznaję, że z kazaniami początkowo miałem problem. Była taka niedziela – proboszcz chory (rak go już trawił). Więc nagle musiałem go zastąpić na dziecięcej Mszy świętej. Nawet kilka minut nie miałem, żeby tę homilię dla maluszków przygotować. Parafia pierwsza, więc w głowie nie miałem jeszcze tematów kazań. Zacząłem improwizować – byłem w końcu niedoszłym aktorem. Poniosło mnie, mówiłem o dzieciach i o rodzicach, sypnąłem przykładem – a jakże, ostatecznie wyszła z tego wszystkiego dość barwna historia z morałem. Patrzę po twarzach – wszyscy zasłuchani. Dobrze idzie, myślę sobie i zacieram w duchu ręce... Skończyłem i w tym momencie, jakiś chłopak głośno woła: „Eee, tam! Ksiądz to wszystko zmyślił!” W kościele – salwa śmiechu! Wyczuł berbeć bluesa! Tak mnie tym ustawił, że odtąd przez całą kapłańską drogę zawsze miałem jedno kazanie dodatkowo w zapasie. W takich okolicznościach doczekałem zimy, Świąt Bożego Narodzenia i pierwszej kolędy.

Trochę już wiemy – proboszcz Lubos wysłał młodego księdza we wrogie, na pierwszy rzut oka, środowisko emigrantów z Belgii i Francji. Ksiądz miał być na chwilę, wrócić na tarczy, a tu wielki sukces – socjaliści, a może nawet i komuniści – nie chcieli wypuścić. Ale nas strasznie ciekawi to spotkanie z Jadwigą Jędrzejowską, gwiazdę światowego tenisa.

Proboszcz, jak już wam mówiłem – wieszczył klapę. Przepowiadał, że klamki będę całował na osiedlu fińskich domków. No, może z dziesięć domków mnie wpuści i po kolędzie. A tu wszędzie drzwi szeroko otwarte! Miałem trafić do ateuszy, a spotykałem zwykłe rodziny, które we Francji i Belgii wprawdzie nabrały dystansu do Kościoła, ale z Bogiem się nie rozstały. Przyjmowali mnie jak swego, jak syna kamrata. Ojcu to zawdzięczam, bo jego nazwisko wiele w kopalni znaczyło. Kolędę zakończyłem po 23.00. Zmęczony byłem strasznie – i tak samo szczęśliwy. Głodu nie czułem, ludzie w każdym domu częstowali smakołykami, ale byłem przemarznięty i przemoczony do suchej nitki. Pogoda pod psem, zacinało deszczem i śniegiem. W butach chlupało, czułem w kościach, że się rozkładam na obie łopatki. Zaglądnąłem jeszcze do proboszcza, żeby zdać relację. Pyta mnie: „Bernard, a co tak długo?”. Więc zdaję sprawę z kolędy, relacjonuję, jak się drzwi na oścież otwierały, jak ludzie nie chcieli mnie wypuszczać... Że właściwie mógłbym siedzieć i gadać z nimi do białego świtu. Wyraźnie widziałem, jak mojemu szefowi łezka się w oku zakręciła. Drugi raz takie wzruszenie zobaczyłem u niego po kilku miesiącach, w czasie spowiedzi Wielkanocnej. Schorowany proboszcz mówi: „Idź, posiedź ze dwie godziny, to wystarczy na naszą parafię”. Słuchajcie uważnie: cały dzień spowiadałem! Z ledwo małymi przerwami na to, na co król zmierza piechotą. Kolejka do konfesjonału, niczym do mięsnego w tamtych czasach. Może czuli, że po drugiej stronie siedzi zwyczajny syn górnika, że łatwiej i szczerzej przyjdzie się przed nim otworzyć i zrzucić z siebie całoroczny bagaż. I że on także ma swój bagaż do zrzucenia. Proboszcz tak się wzruszył, że słów brak. Takiego go zapamiętałem. Dobrego i wrażliwego. Jak po roku brynowskiej posługi odprowadzał mnie z siostrą na pociąg do Lublińca, to płakał, zwyczajnie płakał. Długo nie pożył – zmarł w 1957 roku.

A u Pani Jadzi...

A u pani Jadwigi Jędrzejowskiej zjawiłem się następnego dnia kolędowania. Proboszcz oświadczył, że on swoje wizyty duszpasterskie zawsze kończy właśnie u Jadzi – znali się od lat, zwracał się do niej po imieniu – mam tam przyjść, bo zaprasza i mnie na kolację. Mogła być dwudziesta, kiedy zadzwoniłem do drzwi naszej gwiazdy. Proboszcz już był rozgadany, wesoły, dysputa szła w najlepsze. Wchodzę do ładnego domu: zadbany, ogrzany i jasno oświetlony. O tym muszę wspomnieć, bo wcześniej bywałem w domach, w których modliliśmy się przy karbidówkach. Tak jeszcze wyglądała wtedy część Brynowa. Pewnie wiecie, co to były za lampy? A tu świat, którego do tej pory nie znałem. Siadam w jakimś wielkim fotelu, a proboszcz do Jędrzejowskiej: „No to nalej Bernardowi, bo to mu dobrze zrobi”. Pani Jadzia nalała – kieliszek o pojemności gdzieś między pięćdziesiątką a setką. Z flaszeczki opatrzonej patriotyczną etykietą „Polska Wódka”. Nigdy takiej w domach i sklepach nie widziałem. Proboszcz wyjaśnił, że Jadzia była w Moskwie i kupiła w prestiżowym sklepie w ambasadzie. Zachęcali mnie do wypicia, a ja w życiu jeszcze czystej wódki w ustach nie miałem. Ale jakiś diabeł – bo nie anioł przecież – szepnął mi do ucha, że nie mogę się zbłaźnić. Niczym Onufry Zagłoba węgrzyn – tak ja ów trunek na dwa razy przełknąłem.

Tak „po naszemu”, bez zagryzania?

Nie było czasu, żeby nawet pomyśleć o zakąsce. Głowa natychmiast opadła, a cała moja reszta pogrążyła się w tzw. błogostanie. Ciepło wokół i wewnątrz. Oddałem się objęciom Morfeusza. Wróciłem „do siebie” dopiero wtedy, kiedy poczułem zapach gorącej strawy na świątecznym stole. Gościnna gospodyni była wyrozumiała, miała poczucie humoru i wybaczyła mi nieplanowane faux pas. Ta świąteczna noc utkwiła mi w pamięci nie tylko z powodu swoistego bojowego chrztu. Na przełomie lat 1954/55 nastała bardzo sroga zima. Nasz kościółek w baraku – rzecz jasna nie ogrzewany. Ludzi mrowie. Po raz pierwszy – i już nigdy więcej – widziałem wiernych, którzy całe msze przetrwali w kucki, w przysiadzie, albo na kolanach – przykurczeni i przytuleni do siebie, nie tracąc tym samym zbyt dużo własnego ciepła. Ten obraz tkwi w mojej pamięci. Tak jak pewna, dość wesoła sytuacja. Pamiętam wydarzenie prawie nie z tej ziemi. Pewna para zamówiła Mszę świętą z okazji dwudziestopięciolecia … narzeczeństwa. Uwierzycie? Po niej z proboszczem zostaliśmy zaproszeni na przyjęcie z tej właśnie okazji – a może raczej jubileuszu. Zaciekawiony pytam po cichu kawalera-długodystansowca, czy już nie czas zamienić ten stan w formalny związek małżeński? Przecież się chyba kochacie? Kochamy się jak nikt w świecie – odpowiedział narzeczony od dwudziestu pięciu boleści – ale mama nie pozwala. Mama jej nie lubi. Bał się rodzicielki, czy też tak chorobliwie był do niej przywiązany – nie wnikałem. Może jedno i drugie? Z Brynowa wyjechałem, więc nie wiem, jak dalej potoczyły się losy tej szczęśliwej i nieszczęsnej zarazem pary. Niech się schowa Romeo i Julia ze swym krótkim w rzeczy samej romansem. Ale działy się też rzeczy paskudne, których scenariusze pisano przy biurkach oddanych funkcjonariuszy UB. I to w sprawach, przy których powinna być obecna tylko cisza. To pogrzeby. U nas nie było cmentarza, więc zmarłych chowaliśmy w Katowicach przy ul. Sienkiewicza albo w Panewnikach. W jedną i drugą stronę kondukt żałobny miał do przejścia spory kawałek drogi. Do Katowic szło się wąską wówczas i całą w dziurach ulicą Kościuszki, a potem skręcało w jeszcze gorsze uliczki. Tuż po deszczu, albo wtedy, kiedy jeszcze padał – polowały na nas samochody wiadomego resortu. Jeździły jak opętane w te i wewte, tylko po to, żeby opryskać i ochlapać błotem. Chodziło im o to, żeby kondukt zepchnąć z głównej ulicy za jakieś opłotki. Ceremonia pogrzebowa z krzyżem była dla nich nie do przyjęcia. Nie wierzycie? Na cmentarzu czuliśmy się paskudnie – brudni i zmoczeni – ale chyba podobnie czuli się panowie w radiowozach, którym kazano wykonywać tak bzdurne polecenia. Mam taką nadzieję.

 

Parafia
Najświętszych Imion
Jezusa i Maryi

ul. Przyklinga 12, 
40-551 Katowice-Brynów
tel. 32 251 86 60
brynow.jm@archidiecezjakatowicka.pl


Msze Święte:

niedziele i święta:
7:30, 9:00, 10:30, 12:00, 18:00

dni powszednie:
8:00, 18:00

piątki
8:00, 16:30 (szkolna), 18:00


Nabożeństwa

Adoracja Najświętszego Sakramentu
czwartek 17:00 – 18:00

Nabożeństwo ku czci Serca Pana Jezusa
pierwszy piątek 8:30, 18:30


Kancelaria Parafialna

poniedziałek - piątek
18:45-20:00

W sprawach pilnych
dotyczących np. pogrzebu,
wezwania do chorego
proszę dzwonić na probostwo,
tel. nr 32 2518 660.

 

 chrzty i roczki

1. niedziela miesiąca 12:00

 

protokoły przedślubne
po mszy św. wieczornej - po umówieniu


numer konta bankowego:
BOŚ: 05 1540 1128 2001 7050 4713 0001


 

Szukaj na stronie