26 czerwca minie 15 lat od tragicznej śmierci ks. Marka Targiela

W najbliższy piątek minie 15. rocznica tragicznej śmierci ks. Marka Targiela – naszego byłego wikariusza, ale wciąż żyje w naszej wdzięcznej pamięci, w naszych wspomnieniach. Jubileuszowy rok 2000 pełen łask i odpustów obfitował także w niespodziewane odejścia do Pana kilku młodych kapłanów z naszej archidiecezji, w tym ks. Marka. Można powiedzieć, że oddali swe młode życie za nas i dla nas. Ks. Marek ostatni wieczór spędził w Cieszynie u swego kolegi rocznikowego i przyjaciela ks. Mirka Szewieczka. W drodze powrotnej zginął w wypadku samochodowym. Miał zaledwie 33 lata. Piękne świadectwo o ks. Marku zamieścił ks. Mirek  w swojej pracy doktorskiej pt. „Bijące serce jedności”. Zapraszam do lektury, ale przede wszystkim do modlitwy w intencji ks. Marka.

Krystyna Kajdan

Świadectwo ks. dr. Mirosława Szewieczka

Wyższe Śląskie Seminarium Duchowne w Katowicach to miejsce, gdzie po raz pierwszy spotkałem Marka Targiela. Zacierają się już powoli te pierwsze wspomnienia, ale w mojej pamięci pozostaje stale wyraźny obraz pogodnego, spokojnego, uśmiechniętego chłopaka o jasnej twarzy.

Wyższe Śląskie Seminarium Duchowne w Katowicach to miejsce, gdzie po raz pierwszy spotkałem Marka Targiela. Zacierają się już powoli te pierwsze wspomnienia, ale w mojej pamięci pozostaje stale wyraźny obraz pogodnego, spokojnego, uśmiechniętego chłopaka o jasnej twarzy. Jego styl bycia wzbudzał od razu pełnię zaufania i pomimo różnych, trudnych sytuacji, związanych z odmiennością życia w seminarium, szczególnie u jego początków, nigdy nic nie zachwiało we mnie tego czystego obrazu. Na początku mieszkaliśmy w ośmioosobowym pokoju. To co łączyło nas od początku to chęć służenia innym ludziom.

 

W ramach zespołu charytatywnego zaczęliśmy odwiedzać Panią Annę - staruszkę z ul. Wita Stwosza. Nosiliśmy węgiel na drugie piętro, czasem sprzątaliśmy, ale przede wszystkim towarzyszyliśmy jej, słuchając opowiadań dotyczących jej życia, jej przemyśleń, a czasem nawet żalów i rozczarowań. Zauważyłem wtedy u Marka niezwykłą zdolność, umiejętność czynnego słuchania, teraz powiedziałbym zdolność empatii, co nie jest tylko nastawianiem uszu, ale stworzeniem w sobie przestrzeni życia dla tej drugiej osoby; on zwracał na to ogromną uwagę. Pamiętam, iż kiedyś widząc moje spontaniczne, ale i może dość nonszalanckie zachowanie - podczas pewnej rozmowy poklepałem po ramieniu gospodarza naszego budynku seminaryjnego, Pana Zygmunta, starszego już człowieka - zwrócił mi delikatnie uwagę, że nie było to właściwe, bo godność osoby jest czymś najważniejszym, a ja swoim zachowaniem mogłem nieświadomie ją naruszyć.

Promieniała zawsze z niego dobroć, spokój i przekonanie o słuszności tego co robi. Jego słowa nigdy mnie nie raziły, wręcz przeciwnie, chciało się słuchać tego co miał do powiedzenia na jakikolwiek temat.

Tak w jakiś niezwykle opatrznościowy sposób czas seminarium przebiegał mi obok Marka, bo i odwiedziny u Pani Anny, i przygotowywanie dzieci specjalnej troski do komunii w ramach stowarzyszenia dla niepełnosprawnych, i z racji bliskości w alfabecie od początku obok siebie i w kaplicy, i na egzaminach, co pozwalało mi poznawać Marka w bardzo wielu różnych sytuacjach.

Po święceniach nasze drogi trochę się rozeszły. On pozostał w Diecezji Katowickiej, a ja zostałem inkardynowany, czyli włączony do Diecezji Bielsko-Żywieckiej.

W tym czasie zetknąłem się z Ruchem Fokolare i zainteresowałem duchowością, którą żyła ta wspólnota. Jednak kiedy dowiedziałem się, że Marek ma jechać do szkoły tego Ruchu do Loppiano byłem nieco zaskoczony. Przecież bardziej zawsze związany był z Oazą czy festiwalem Gaude Fest, ale związek z Fokolare? - zadawałem sobie to pytanie. Oczywiście są to wszystko Ruchy Kościoła, które mają jeden i ten sam cel, dążenie do życia Ewangelią, ale wcześniej nie wiedziałem, iż Marek nosił się z zamiarem pojechania do tego formacyjnego miasteczka Ruchu Fokolare pod Florencją. Dało mi to dużo do myślenia i nie ukrywam dodało także odwagi, by na serio zacząć myśleć o pozostawieniu Polski i udaniu się do Loppiano, by tam przeżyć to szczególne doświadczenie życia wspólnotowego. Tak więc kiedy po roku Marek wrócił z Włoch - ja, po otrzymaniu pozwolenia od Księdza Biskupa, podjąłem decyzję wyjazdu. Był to dla mnie czas wielu bardzo głębokich przemyśleń i doświadczeń. Wracając po prawie rocznym pobycie byłem pewny, że chcę żyć wraz z moimi braćmi w kapłaństwie w takiej właśnie wspólnocie - jak w Loppiano. Te same myśli towarzyszyły Markowi, dlatego razem pojechaliśmy do Roberto, który był osobą odpowiedzialną za Ruch Fokolare w Polsce i zaproponowaliśmy, że taką małą wspólnotę - ja i Marek - chcemy tworzyć. Roberto obiecał duchowo wspierać nas w naszym postanowieniu. Spotykaliśmy się co najmniej raz w tygodniu, we wtorek, kiedy oboje mieliśmy wolny dzień. Był to dla nas czas dzielenia się doświadczeniem życia, wypełniony rozmowami prowadzonymi czasem na górskich szlakach, czasem w drodze do kina. Był to czas budowania naszej małej wspólnoty, naszego fokolare.

W lecie 1999 r. wraz z grupą młodzieży z parafii w Katowicach Brynowie, gdzie Marek był wikariuszem, pojechaliśmy na wspólny wyjazd rowerowy. Naszą wędrówkę rozpoczynaliśmy od Poznania, gdzie pojechaliśmy pociągiem. Podczas podróży ja i Marek dużo rozmawialiśmy, między innymi o nowym roku szkolnym i o naszych spotkaniach. Pamiętam jak powiedziałem wtedy Markowi, że w nowym roku szkolnym nie będę miał tego samego co on wolnego dnia w tygodniu, a to oznaczało, że nasze spotkania, albo w ogóle przestałyby się odbywać, albo byłoby to bardzo trudne. W duchowości jedności Ruchu Fokolare jest głębokie przekonanie, wynikające z kart Pisma Świętego, że jeśli się o coś zgodnie z wiarą prosi, tego udzieli nam Ojciec, który jest w Niebie. Tak właśnie zrobiliśmy. Wspólnie, zgodnie, z całych sił poprosiliśmy o to by budowanie naszej wspólnoty nadal było możliwe. Potem wróciłem do Cieszyna i okazało się, że w jednej ze szkół moje lekcje katechezy musiały zostać przeniesione z wtorku na środę, bo pani dyrektor inaczej nie udało ułożyć się planu lekcji. Nasza wspólna, zgodna prośba została wysłuchana.

Innym, najbardziej mocnym i głębokim doświadczeniem naszej jedności były ostatnie chwile życia Marka. Wraz z całym duszpasterstwem młodzieżowym przygotowaliśmy wyjazd na Światowy Dzień Młodzieży do Rzymu. Spotkania odbywały się najczęściej w Katowicach Brynowie, jednak jedno z nich postanowiliśmy zorganizować w gronie przyjaciół, pod koniec roku szkolnego w okolicach Cieszyna. Marek przyjechał sam z Katowic. Po spotkaniu wyjął z teczki maszynopis świeżo przetłumaczonej przez ks. Jarka Paszkota książki Chiary Lubich, założycielki Ruchu Fokolare pt.: "Dlaczego mnie opuściłeś", by mi go ofiarować. Podziękowałem i odłożyłem maszynopis na bok. Marek wziął go ponownie do ręki i bardzo zdecydowanie powiedział: "...ale Mirek to jest ważne, proszę zabierz to i przeczytaj". Wracając w nocy z Cieszyna zginął w wypadku samochodowym. Za każdym razem kiedy na powrót uświadamiam sobie tę scenę widzę słowa z pierwszej strony książki dotyczące najgłębszego Chrystusowego osamotnienia i odczytuję je jako jego - Marka testament dla mnie.

Święty Paweł Apostoł tak pisze w jednym ze swoich listów: "Postanowiłem bowiem będąc wśród was, nie znać niczego innego, jak tylko Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego" (1 Kor 2,2). Coraz bardziej rozumiem te słowa i z dnia na dzień pragnę do nich dorastać. By wyjaśnić te moje przemyślenia powiązane z duchowością jedności, warto tu przytoczyć kilka myśli Chiary Lubich, które nieraz z Markiem rozważaliśmy. W jednym ze swoich przemówień tak wspomina ona przeżycia swoje i swoich przyjaciółek: " ...dzięki pewnemu zdarzeniu, w pierwszych miesiącach roku 1944, odkryłyśmy Jezusa w nowy sposób. W pewnych okolicznościach dane nam było zrozumieć, że Jezus przeżył największe cierpienie - był to więc Jego największy akt miłości - kiedy na krzyżu doświadczył opuszczenia ze strony Ojca: «Boże mój, Boże mój, dlaczego Mnie opuściłeś?» (Mt 27,46). Fakt ten poruszył nas głęboko, a nasz młody wiek, entuzjazm, ale przede wszystkim łaska Boża, skłoniły nas, pierwsze fokolariny, do obrania właśnie Jego w tym opuszczeniu - jako drogi do urzeczywistnienia naszego ideału miłości. Odtąd wydawało nam się, że wszędzie odkrywamy Jego oblicze. Jego, który na Sobie doświadczył oddzielenia ludzi od Boga i podziału wśród nich samych oraz czuł się oddalony od Ojca, Jego właśnie rozpoznawaliśmy nie tylko we wszystkich cierpieniach osobistych, których nam nie brakowało i w cierpieniach bliźnich, tak często samotnych, opuszczonych, zapomnianych, (...) lecz także we wszystkich większych i mniejszych podziałach świata, udrękach i rozdarciach, we wzajemnej obojętności: w rodzinie, między pokoleniami, między biednymi i bogatymi, często w łonie samego Kościoła, nieco później w rozłamie pomiędzy Kościołami; następnie także między religiami i między wierzącymi i niewierzącymi oraz osobami o odmiennym światopoglądzie. A jednak wszystkie te rozdziały nie przerażały nas, przeciwnie, z miłości do Niego, Opuszczonego - pociągały. To On nauczył nas, jak do nich podchodzić, jak nimi żyć, w jaki sposób pracować nad ich przezwyciężeniem, kiedy - po tym opuszczeniu - oddał ducha w ręce Ojca: «Ojcze, w Twoje ręce powierzam Mojego ducha» (Łk 23,46), dając w ten sposób ludziom możliwość pojednania się ze sobą i pojednania z Bogiem oraz wskazując im sposób, jak to uczynić. Dlatego On objawił się nam jako klucz do jedności. Ojciec Święty - mówi dalej założycielka Ruchu Fokolare - w swym liście apostolskim Novo millenio ineunte bardzo pięknymi słowami opisuje opuszczenie Jezusa, nazywając je najbardziej paradoksalnym aspektem Jego tajemnicy. Jezus Opuszczony jest głównym fundamentem duchowości jedności". Tak więc żyjący duchowością Ruchu Fokolare, na wzór miłości Jezusa, pragną mieć względem siebie taką samą miłość wzajemną. Zawierają więc między sobą tzw. "pakt" miłości wzajemnej. Marek złączony ze mną takim właśnie paktem nieraz powtarzał: "Jestem gotowy za Ciebie oddać swoje życie", mając jednak zawsze świadomość, iż dokonać się to może tylko dzięki Bożej łasce i odnosząc się do tego, czego uczy nas Jezus: "Nie ma większej miłości, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich".

Wiosną 2000 r. Marek był obecny na organizowanej przez nas Ewangelizacji "Cieszyn 2000". Kupił wtedy na aukcji - organizowanej na cele charytatywne - obraz biegacza na starcie. Kiedy na pogrzebie Marka usłyszałem w liturgii słowa św. Pawła o tym, iż brał udział w dobrych zawodach, ustrzegł wiary, ukończył bieg, a na koniec Pan odłożył mu wieniec zwycięstwa, pomyślałem, że kupno tego obrazu nie było przypadkiem.

Ja wiem z niewzruszoną pewnością, że Marek w tym właśnie sensie za mnie, za nas ofiarował swoje życie.

ks. dr Mirosław Szewieczek

Parafia
Najświętszych Imion
Jezusa i Maryi

ul. Przyklinga 12, 
40-551 Katowice-Brynów
tel. 32 251 86 60
brynow.jm@archidiecezjakatowicka.pl


Msze Święte:

niedziele i święta:
7:30, 9:00, 10:30, 12:00, 18:00

dni powszednie:
8:00, 18:00

piątki
8:00, 16:30 (szkolna), 18:00


Nabożeństwa

Adoracja Najświętszego Sakramentu
czwartek 17:00 – 18:00
sobota 17:00 – 18:00

Nabożeństwo ku czci Serca Pana Jezusa
pierwszy piątek 8:30, 18:30


Kancelaria Parafialna

poniedziałek, środa, piątek
17:00-18:00
wtorek, czwartek
18:45-20:00


W sprawach pilnych
dotyczących np. pogrzebu,
wezwania do chorego
proszę dzwonić na probostwo,
tel. nr 32 2518 660.

 

 chrzty i roczki

1. niedziela miesiąca 12:00

 

protokoły przedślubne
po mszy św. wieczornej - po umówieniu


numer konta bankowego:
BOŚ: 05 1540 1128 2001 7050 4713 0001


 

Szukaj na stronie