Maryja – Wychowawczynią pokoleń

(Konferencja dla rodziców, duszpasterzy i wychowawców z okazji rozpoczynającego się dzisiaj VII Tygodnia Wychowania w Polsce)

Zaraz po wyborze na Stolice Piotrową papież Franciszek zawierzył swój pontyfikat Maryi. Było to przekonujące świadectwo mówiące światu, że nowo wybrany papież jest czcicielem Matki Bożej. Szczególną czcią Ojciec Święty otacza obraz Santa Maria Desatadora de Nudos – obraz Matki Bożej Rozwiązującej Węzły. Na obrazie widać anioła, który trzyma wstęgę ludzkiego życia. Wstęga jest pełna węzłów – małych i wielkich. Są to nasze grzechy i powikłania życiowe. W centrum obrazu stoi Maryja i rozwiązuje jeden po drugim wszystkie węzły. W jej rękach zaplątana wstęga zamienia się w nową nić, wolną od zawikłań. Papież Franciszek napisał: „Jej dłonie mają moc rozwikłać każdy węzeł życiowy – plątanina poddana próbom uporządkowania przez kogokolwiek innego niż Maryja, zapętla się jeszcze bardziej”. Przeżywając kolejny Tydzień Wychowania, w który tym razem wpisuje się jubileusz trzechsetlecia koronacji wizerunku Matki Boskiej Częstochowskiej koronami papieskimi, zawierzmy nić naszego życia osobistego i rodzinnego rękom Maryi. Zastanówmy się też, czego jako rodzice, wychowawcy i duszpasterze możemy nauczyć się od Matki i wychowawczyni Syna Bożego.

Przenieśmy się do Kany Galilejskiej. Obecność Maryi na weselu w Kanie była bardzo potrzebna – przyczyniła się do pierwszego cudu Jezusa, ale dzięki niej stało coś równie ważnego – między Jezusem a Jego uczniami nawiązała się całkiem nowa relacja. Jezus „objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie”. W sytuacji zainicjowanej przez Matkę Jezusa uczniowie rozwinęli z Nim więź opartą na wierze. Zachęceni świadectwem Ewangelii zaprośmy Maryję do naszych rodzin i poprośmy, by pomogła nam pogłębić więź między nami a Jej Synem, a także umocnić nasze wzajemne relacje.

Z perspektywy całego życia człowieka najważniejsza jest relacja między nim jako dzieckiem a jego rodzicami. Brytyjski psycholog John Bowlby przedstawił w sposób systematyczny i opisał językiem nauki to, o czym praktyka i doświadczenie życiowe mówiły od wieków – przywiązanie dziecka do matki i ojca rzutuje w decydujący sposób na jego dorosłe życie. Jeżeli relacja dziecko-rodzice jest ufna i daje dziecku poczucie bezpieczeństwa i pewności – to jako dorosły człowiek będzie ono w stanie żyć w dojrzały sposób i rozwiązywać z innymi dojrzałe więzi. Decydujące znaczenie ma miłość rodziców, która charakteryzuje się trwałością; bliskość rodziców, ich dostępność emocjonalna i wrażliwość na sygnały dziecka. W sytuacji zaburzonej relacji z rodzicami, człowiek będzie traktował siebie jako niewart miłości, będzie przeżywał ciągły lęk przed odrzuceniem i nie będzie w stanie zaufać ludziom.

Wróćmy do Kany Galilejskiej. Na samym początku opisu mającego tam miejsce wydarzenia ewangelicznego czytamy: „Była tam Matka Jezusa” (J 2, 1) Zazwyczaj czytając te słowa, przechodzimy dalej. Dziś jednak przez chwilę się przy nich zatrzymajmy. Obecność Matki Jezusa w Kanie Galilejskiej miała decydujące znaczenie dla przebiegu całego zdarzenia. W wychowaniu nieodzowna jest obecność ojca i matki. Zdarza się coraz częściej, że ze względu na emigrację zarobkową w życiu dziecka brakuje obecności jednego lub obojga rodziców. W jednej z rodzin mała dziewczynka mogła kontaktować się z mamą pracującą za granicą jedynie przez Skype i widzieć ją na ekranie komputera. Pewnego dnia ktoś wszedł do pokoju i zauważył, że dziewczynka przytula komputer.

Zasadnicze znaczenie ma styl wychowania i panująca tam atmosfera. Podstawową potrzebą dziecka jest doświadczenie bezpieczeństwa i pewności. Bez zaspokojenia tej potrzeby w dzieciństwie dorosły człowiek nie jest w stanie dobrze funkcjonować, ma problemy z nawiązywaniem dojrzałych relacji z innymi, także w małżeństwie i z własnymi dziećmi. Więź z rodzicami wywiera znaczący wpływ na obraz Boga, a w związku z tym na relację z Bogiem, modlitwę, przeżywanie wiary. Wyjaśniając źródła głębokiej wiary i dojrzałej religijności dorosłego człowieka „należy przywołać dziecięce doświadczenia bezpieczeństwa, szczęścia i pokoju, które są uświadomionym symbolem transcedentalnego wypełnienia wszystkich ludzkich pragnień. Ten bowiem, kto nosi w sobie dziecięce doświadczenie niezawiedzionego zaufania do życia, mimo spotykanych niepowodzeń, jest w stanie uwierzyć w szczęście wieczne, nabrać zaufania do Bożych obietnic, a przez to także do całej rzeczywistości”.

Th. Williams w książce „Czy można zaufać Bogu?” relacjonuje historię nowojorskiego prawnika, który przeprowadził ze swym dzieckiem straszny eksperyment. Poprosił swego dziewięcioletniego synka, by stanął na krześle plecami do niego, a następnie z zamkniętymi oczyma wychylił się do tyłu, a on będzie go asekurował. Gdy chłopak ufnie wykonał polecenie, ojciec odskoczył na bok i syn spadł na ziemię, odnosząc obrażenia. Zapłakany chłopak zapytał: „Tato, dlaczego, dlaczego mi to zrobiłeś?”, na co ojciec odpowiedział: „Przykro mi synu, ale najważniejszą lekcją, jaką musisz zrobić w życiu, jest ta, aby nikomu nie ufać. Nawet własnemu ojcu”. Chodziło prawdopodobnie o to, żeby syn nauczył się samodzielności i starał się być samowystarczalny, a dzięki temu odporny na próby wykorzystania ze strony innych ludzi. Kiedy słyszymy o takim podejściu do wychowania, z pewnością budzi się w nas słuszny sprzeciw, zarówno, jeżeli chodzi o przyjęty cel wychowawczy, jak i metody. Przypatrzmy się na tę sytuację jednak szerzej. Nie trzeba aż tak wyrafinowanych, patologicznych metod, by u dziecka rozwinął się brak podstawowej ufności wobec siebie i innych. Czego uczy swoje dzieci ojciec, który nadużywa alkoholu i nie daje oparcia swoim najbliższym? Uczy właśnie tego, co chciał przekazać swojemu synowi ów nowojorski prawnik – że w życiu nie można nikomu zaufać. I dodajmy, uczą tego w sposób skuteczny. Dziecko ze swoją wrażliwością i bezbronnością, żeby w ogóle przeżyć w takiej sytuacji, jest zmuszone rozwinąć w sobie mechanizmy obronne, wypierać swoje przeżycia, emocje. To wszystko już pozostaje i bardzo trudno usunąć je z późniejszego życia.

Celem naszych rozważań nie jest wywieranie presji na rodziców, by realizowali swoje zadania w sposób perfekcyjny, tak by udało się im uniknąć wszelkich niedociągnięć i błędów. Uświadomienie sobie przez rodziców roli, jaką mają do spełnienia w procesie kształtowania wnętrza swych dzieci i wpływu jaki wywierają na ich obraz Boga, nie może stać się mobilizacją do wynikających z lęku postaw wykluczających niedoskonałość i prawo do własnej słabości. Wiele racji ma P. Kociołek, zwracając uwagę na to, że w pewnym momencie ojciec powinien zainicjować „rozłożony na lata proces odczarowywania siebie, współgrający z dorastaniem dziecka do przyjmowania coraz trudniejszych prawd. O ile dość szybko i łatwo przyjmuje ono, że tata nie może przywrócić do życia ulubionego psa, o tyle zdecydowanie trudniej przyjdzie mu zaakceptować fakt, że ojciec należy do pracowników przeciętnie zdolnych i nie daje sobie rady w warunkach konkurencji rynkowej. Jeśli mężczyzna wejdzie w proces odważnie i wielkodusznie, to u jego kresu staną przed Bogiem razem z własnym synem lub córką jak dzieci wobec wspólnego Boga. Odczarowywanie jest więc niczym innym jak odkrywaniem przed dzieckiem swego własnego dziecięctwa (…). To w istocie droga zapowiadania Boga, na której wzorem jest św. Jan Chrzciciel: „idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien”...

Maryja na weselu w Kanie Galilejskiej inicjuje sytuację, w której para młoda, krewni i przyjaciele mogą doświadczyć działania Boga. Nie pomaga im swoją własną mocą, ale swym staraniem umożliwia im osobiste przeżycie Bożej obecności i działania. Pomyślmy, w jaki sposób dzisiejsi rodzice mogą ułatwić swym dzieciom, by doświadczyły obecności i działania Boga.

Czytając biografie świętych możemy się przekonać jak wielki wpływ na ukształtowanie ich dojrzałości w wymiarze ludzkim i chrześcijańskim mieli ich rodzice.
Młoda dziewczyna – Zelia Maria myślała o życiu zakonnym, ale nie było jej dane zrealizować tego pragnienia ze względu na stan zdrowia. Mniej więcej w tym samym czasie do klasztoru augustianów położonego wysoko w Alpach na Wielkiej Przełęczy św. Bernarda zastukał Ludwik Martin. Jego pobyt w klasztorze nie trwał jednak długo. Opatrzność sprawiła, że drogi życiowe Marii i Ludwika w pewnym momencie się spotkały. Zawarli małżeństwo. Mieli dziewięcioro dzieci, z których czworo zmarło. Pięć córek zostało siostrami zakonnymi. Jedną z nich jest św. Teresa od Dzieciątka Jezus, doktor Kościoła. Dziś Zelia i Ludwik są wyniesieni na ołtarze i odbierają cześć jako święci.

Św. Teresa wspomina swojego tatę, zwracając uwagę, że to dzięki niemu jako dziewczynka po raz pierwszy odwiedziła klasztor karmelitański: „Każdego popołudnia szłam na przechadzkę z tatusiem; wspólnie nawiedzaliśmy Najświętszy Sakrament, wstępując codziennie do innego kościoła. Tak to weszłam po raz pierwszy do kaplicy Karmelu. Tatuś pokazał mi kraty chórowe mówiąc, że za nimi są zakonnice. Ani mi przez myśl nie przeszło, że za dziewięć lat będę między nimi”...

Trudno powiedzieć, w jaki sposób opisana wizyta w Karmelu wpłynęła na późniejszą decyzję Teresy. Pozostanie to tajemnicą. Rodzice w ziemskim życiu nie zawsze dowiedzą się jak ich wysiłki zaprocentowały w życiu dzieci. Na tym polega piękno i tajemnica procesu wychowania – podejmować wysiłki i oddawać je Bogu, który daje wzrost i sam jest sprawcą tego, co w nas dobre.

Udział ojca w wychowaniu św. Teresy obejmował czas modlitwy, ale także radosne chwile wypoczynku: „Po przechadzce, (w czasie której tatuś kupował mi zawsze mały prezencik za drobne pieniążki), wracałam do domu; odrabiałam lekcje, po czym resztę czasu spędzałam w ogrodzie, skacząc obok tatusia, ponieważ nie umiałam się bawić lalką. Wielką radość sprawiało mi przyrządzanie herbatki z ziarenek i kory drzew znalezionych na ziemi; zanosiłam to potem tatusiowi w pięknej filiżaneczce, a biedny tatuś śmiejąc się przerywał swoje zajęcia i udawał, że pije. (…) Nie skończyłabym nigdy, gdybym chciała opowiedzieć tysiąc rodzaju szczególików, które tłumnie cisną się w mej pamięci... Jakże zdołam wypowiedzieć tę niezmierną czułość, jaką Tatuś otaczał swoją królewnę? Są rzeczy, które czuje serce, ale których ani słowo, ani myśl nawet nie są w stanie wyrazić...

Bardzo wymowne są słowa wiersza napisanego przez św. Teresę w dniu 25 sierpnia 1881 roku. Porównuje w nich swego ojca do Anioła Stróża:

Powiedziano mi, że Anioł Stróż
dziecka nie opuszcza, jest jego największym wsparciem
ponieważ zawsze u mego boku
w ten sposób czuwasz, się nie nużąc
Ojcze, ach! Z pewnością dla mnie
To ty jesteś moim dobrym Aniołem Stróżem!

Autor biografii św. Teresy, bp Guy Gaucher OCD nie ma wątpliwości, jak wielki wpływ na kształt jej świętości wywarł ojciec, św. Ludwik Martin. Świadectwo biografa Małej Tereski podkreśla wpływ ojca na kształtowanie obrazu Boga u dziecka: „Ojciec przez samą swoją obecność inspiruje pobożność dziecka. Niedzielna msza zajmuje ważne miejsce w tygodniu. Cała rodzina idzie do katedry Saint-Pierre, gdzie z radością spotyka się z rodziną Guerin, Wujek Izydor króluje w ławkach kolatorskich. Ale Teresa nie opuszcza swojego ojca i pozostaje ciągle u jego boku, nawet za cenę przesuwania w tym celu krzeseł”.

Częściej niż na kaznodzieję patrzyłam na tatę, jego piękna twarz mówiła mi tyle rzeczy!... Czasami jego oczy napełniały się łzami, które na próżno starał się powstrzymać, zdawało się, że już mu nie zależy ma ziemi, tak bardzo jego dusza lubiła się zagłębiać w prawdach wieczystych... Bardzo kochałam dobrego Boga.

Teresa, która miała już skłonność do odprawiania modlitwy myślnej w swoim pokoju, na wsi, otrzymuje pierwsze wtajemniczenia od swojego ukochanego ojca: Wchodziliśmy, żeby wspólnie odbyć modlitwę i królewna była zupełnie sama przy swoim Królu, wystarczało, by na niego patrzyła, żeby wiedzieć, jak modlą się Święci.

Zanim dziecko zacznie mówić i rozumieć znaczenie słów, chłonie panującą w domu atmosferę. Jest wrażliwsze i bardziej wyczulone na wpływ domowego klimatu niż starsze od niego osoby. Również później, gdy rozwija się dziecięca wyobraźnia i możliwy jest słowny kontakt z domownikami, dziecko znakomicie „czyta między wierszami”. Georg Hansemann pisze: „O czym myśli dwuletnie dziecko, kiedy matka modli się razem z nim? Prawdopodobnie nie myśli o niczym, tylko przeżywa coś. A to przeżywanie stwarza pierwsze więzy między naszym dzieckiem a Bogiem. Pierwsza modlitwa zapada głęboko w serce dziecka nie z powodu jej słów, lecz z powodu tego właśnie przeżycia”.

ks. Marek Studenski
źródło: www.tydzienwychowania.pl

Parafia
Najświętszych Imion
Jezusa i Maryi

ul. Przyklinga 12, 
40-551 Katowice-Brynów
tel. 32 251 86 60
brynow.jm@archidiecezja.katowice.pl


Msze Święte:

niedziele i święta:
7:30, 9:00, 10:30, 12:00, 18:00

dni powszednie:
8:00, 18:00

piątki
8:00, 16:30 (szkolna), 18:00


Nabożeństwa

Adoracja Najświętszego Sakramentu
czwartek 17:00 – 18:00

Nabożeństwo ku czci Serca Pana Jezusa
pierwszy piątek 8:30, 18:30


Kancelaria Parafialna

poniedziałek
9:00-10:00
wtorek, czwartek, piątek
9:00-10:00, 17:00-18:00

 

chrzty i roczki
1. niedziela miesiąca 12:00

 

protokoły przedślubne
po mszy św. wieczornej - po umówieniu


numer konta bankowego:
BOŚ: 05 1540 1128 2001 7050 4713 0001


 

Szukaj na stronie