baner kolda

Ocaleliśmy dzięki Maryi

(Z p. Anną Oleksiak-Bijak - naszą parafianką i Sybiraczką rozmawia Krystyna Kajdan)

KRYSTYNA KAJDAN – Pani Anno, gościem i kaznodzieją tegorocznej pielgrzymki kobiet do Piekar był abp Tomasz Peta z Kazachstanu W czasie jego homilii, w której wspominał o zesłanych tam przez sowiecką władzę Polakach, koleżanka Ilona szepnęła mi do ucha, że także Pani była zesłana do Kazachstanu. I już tam na piekarskim wzgórzu zakiełkowała we mnie myśl, by zaprosić Panią do rozmowy na łamach naszej parafialnej gazetki. Tym bardziej, że jutro obchodzimy Dzień Sybiraka. Cieszę się, że zgodziła się Pani na wspomnienia tych trudnych lat na syberyjskiej ziemi. Skąd Pani pochodzi?

ANNA OLEKSIAK-BIJAK: – Urodziłam się w styczniu 1934 roku w Lackach Szlacheckich koło Stanisławowa. Mój ojciec był naczelnikiem posterunku policji w pobliskim Niżniowie. Miałam zaledwie 5 lat, gdy 17 września 1939 roku wojska rosyjskie wkroczyły na nasze tereny. Ojciec uprzedził wtedy mamę, by zakupiła trochę więcej żywności i ciepłej odzieży dla dzieci, bo trzeba być przygotowanym na najgorsze. Miał rację. Już w listopadzie NKWD aresztowało ojca, którego wywiozło w nieznanym kierunku. Nie mieliśmy pojęcia gdzie. Mama była zrozpaczona, ale jednocześnie bardzo dzielna. Została nagle sama z trójką dzieci; mój brat Marian miał wówczas 12 lat, a Leszek zaledwie 3 lata. Razem z ojcem aresztowano wówczas bardzo wielu polskich policjantów, nauczycieli, profesorów i księży. Mama bardzo troskliwie zaopiekowała się nami, jakby chciała nas uchronić przed tym, co może nastąpić.

I niestety nastąpiło...

Tak, kilka miesięcy później, 13 kwietnia 1940 roku w nocy, a właściwie nad ranem NKWD otoczyło nasz dom. Wszyscy spaliśmy, a oni łomotali głośno w drzwi i kazali natychmiast otwierać. Nie było wyjścia. Do mieszkania wszedł naczelnik NKWD z kilkoma żołnierzami. Wszyscy mieli bagnety nałożone na karabiny. Naczelnik odczytał nasze nazwiska i powiedział, że przesiedlają nas jedynie 100 km dalej. Dał nam tylko jedną godzinę na to, by spakować trochę ubrań i żywności. Mama przeczuwała, że chcą nas wywieźć na Sybir i nawet odważnie zapytała tego naczelnika, dlaczego kłamie? Roześmiał się wówczas, pogroził matce karabinem i ruchem ręki wskazał, że przed domem czeka na nas już furmanka. Jak na ironię zaprzężona była w białe konie. Moja mama w ostatniej chwili zdążyła jeszcze na tę furmankę wrzucić pierzynę i poduszkę, co później okazało się zbawienne. Ja i bracia płakaliśmy przestraszeni, a mama uspokajała nas i zapewniała, że jest z nami i będzie o nas dbała. Pamiętam, że przed nami był cały szereg furmanek, a wiele jeszcze jechało za nami.

Gdzie was te furmanki zawiozły?

Pod eskortą NKWD dotarliśmy do Tyśmienicy. Było to małe miasteczko w województwie stanisławowskim. Tam czekały już podstawione bydlęce wagony kolejowe wyposażone w prycze. Załadowali nas do tych wagonów, przydzielając każdej rodzinie tylko jedną pryczę bez względu na ilość osób. Było więc bardzo ciasno, wkrótce zrobiło się potwornie zimno, bo wagony te nie były ogrzewane.

Jak długo trwała ta podróż w nieznane?

Jechaliśmy w takich warunkach ponad trzy tygodnie; zziębnięci, głodni i bez ciepłej strawy. Bardzo ratowała nas pierzyna, którą naciągaliśmy na siebie, by jakoś w czwórkę się ogrzać. Transport zatrzymywał się tylko nocą, żebyśmy nie widzieli ani terenu, ani kierunku jazdy, ani nazwy stacji. Czasem w czasie postoju podawali nam gorącą wodę, po którą mogły iść tylko dwie osoby z każdego wagonu. Mój brat idąc pod eskortą po wodę zauważył, że na stacji stoi około 20 pociągów po kilkadziesiąt wagonów każdy. Z wagonów słychać było polską mowę i pieśni religijne. Żołnierze z eskorty nie pozwalali jednak z kimkolwiek rozmawiać, ani nawet rozglądać się. W końcu dojechaliśmy do Kazachstanu. W rejonie Pieszkowka musieliśmy się przesiąść na samochody ciężarowe i zawieziono nas do kołchozu imienia Kalenina we wsi Połtawka. To było nasze miejsce przeznaczenia, nasze piekło na nieludzkiej ziemi.

Czy pamięta Pani jak wyglądała ta wieś?

Pamiętam, że wokół rozciągały się kazachstańskie stepy. Wieś składała się w zasadzie z pięćdziesięciu ziemianek i kilku domów dla funkcjonariuszy NKWD i stale mieszkających tam Rosjan. Na środku wsi znajdowała się jedyna studnia z żurawiem, z której wszyscy czerpali wodę. Nam przydzielono ziemiankę, która składała się tylko z jednego pomieszczenia i sieni, do której oprócz nas dokwaterowano samotną matkę z dwojgiem synów poniżej dziesięciu lat. Nazywała się Elżbieta Miler. Pochodziła z Białorusi i dobrze znała psychikę narodu rosyjskiego. Wspólna bieda i nędza zmusiła nas do zawarcia przyjaźni. Elżbieta była na co dzień doradczynią mojej mamy jak przeżyć w tych strasznych warunkach. Uczyła mamę i mojego starszego brata jak po prostu kraść żywność w kołchozie. Do wykarmienia miały bowiem czwórkę dzieci, które nie otrzymywały żadnych przydziałów żywności. Łącznie w ziemiance było nas siedem osób.

Czy ta ziemianka miała jakieś wyposażenie? Jak wyglądała?

Ziemianka miała jedno maleńkie okno pod sufitem, które na zewnątrz dotykało ziemi. Oświetlenia nie było, jedynie latem wpadało trochę słońca i światła. Dach znajdował się 1 metr nad ziemią. W rogu ziemianki stał zbudowany z cegieł i gliny prowizoryczny piec, który służył nam do ogrzewania i przyrządzania posiłków. W piecu paliliśmy słomą, nasuszonym w lecie piołunem i tak zwanymi kiziakami.

Kiziakami, czyli czym?

Było to wysuszone łajno bydlęce zmieszane z trawą i słomą. Nie był to jednak kaloryczny opał; zimą siedzieliśmy po ciemku wokół ledwo co rozgrzanego pieca, a mama owijała nam nogi szmatami i nakrywała nas pierzyną, by uchronić przed zamarznięciem. Lata tam były krótkie, suche i bardzo gorące; przez resztę miesięcy panowała śnieżna zima, mróz sięgał – 40 stopni. Takie właśnie miejsca zesłania dla Polaków wybierano perfidnie, by w krótkim czasie – wskutek mrozu, głodu i upału - umierało jak najwięcej ludzi.

Jak wyglądało wasze codzienne życie w tym kołchozie?

Mama i brat pracowali w polu, przy żniwach i przez cały rok musieli dbać o bydło. Wszystkie dzieci, które ukończyły 10 lat, musiały iść do pracy w kołchozie, gdzie przydzielono im pracę i normę do wykonania na równi z dorosłymi. Ta mordercza praca trwała przeważnie 12 godzin. Każdy z pracujących w kołchozie miał swoją miskę, do której tylko jeden raz w ciągu dnia dostawał jakieś jedzenie. Jeśli wyrobił normę, mógł dostać według uznania dozorujących 10 lub 20 gram chleba, to jest jedną kromkę, co jednak zdarzało się bardzo rzadko. Mama i starszy brat musieli chodzić do pracy nawet w czasie mrozów; mieli odmrożone stopy, ręce i nosy. Dla dzieci i ludzi starszych pozostających w ziemiankach nie było żadnych przydziałów żywności. Wiele dzieci i starszych umierało więc z głodu. Za pracę nie otrzymywaliśmy żadnego wynagrodzenia. Dopiero jesienią według uznania władz kołchozu dostawaliśmy po pół worka ziemniaków i trochę zboża. Żeby wyżywić mnie i młodszego brata, mama i dorastający brat musieli kraść, bo te racje żywnościowe dla dorosłych były po prostu głodowe. W ubraniach mieli wszyte od wewnątrz kieszenie, w których przynosili po kilka ziemniaków, buraków, czasem garść zboża czy kaszy. Panował ogólny głód i brud nie do opisania. Pokarmem była pokrzywa, lebioda, czasem nawet gnijące obierki.

Wcale się nie dziwię, w takich warunkach trudno o jakąkolwiek higienę.

Wszyscy byliśmy zawszeni. Nękały nas pluskwy i świerzb oraz choroba skóry tak zwana „zołotucha”, polegająca na wypadaniu włosów, schodzeniu paznokci i powstawaniu ran na całym ciele. Nie było żadnych leków, a rany przemywaliśmy własnym moczem. Chorowaliśmy na szkorbut, bolały nas oczy. Wszystko to z głodu i braku witamin. By zaspokoić głód, łapaliśmy susły, czyli polne szczury, które gromadziły się tam, gdzie składano zboże. Przynajmniej one były dobrze odżywione.

Trzeba było zatem wielkiej wiary, zaradności i bezgranicznego poświęcenia, by przeżyć takie piekło.

Mama walczyła o nasze przeżycie jak lwica i poświęcała się wprost w heroiczny sposób. Jestem przekonana, że ocaleliśmy dzięki orędownictwu Maryi. Tej najlepszej Bożej Matce polecała siebie i nas w błagalnej, żarliwej modlitwie. W ukryciu przechowywała zabrany z domu obrazek Matki Boskiej Częstochowskiej i przed nim codziennie modliliśmy się szeptem po polsku, by nie zapomnieć ojczystego języka. Był to przecież język naszego serca. Na co dzień z nakazu NKWD musieliśmy posługiwać się językiem rosyjskim. Cieszę się, że ta nasza rozmowa ma miejsce w dniu parafialnego odpustu ku czci Najświętszego Imienia Maryi w Brynowie, bo doskonale pamiętam, czym to Najświętsze Imię Maryi było dla mojej mamy i dla nas w tych niewyobrażalnie ciężkich latach.

Pani mama potrafiła podobno wykorzystać nawet swój typ urody, by zdobyć choć trochę żywności dla swoich dzieci.

Tak, mama była brunetką i wmówiła Rosjankom, że potrafi wróżyć. Chętnie z tego korzystały, a mama opowiadała im najróżniejsze rzeczy, co znając to środowisko nie było trudne. W ten sposób mogła dla nas zdobyć kilka ziemniaków czy buraków. Sprzedawała też swoje osobiste rzeczy, które miejscowe Rosjanki chętnie kupowały. Mama dostawała za nie trochę chleba i kaszy, czasem nawet parę rubli. Pamiętam, że sprzedała w ten sposób między innymi swoją nocną koszulę, w której Rosjanka poszła na miejscową „potańcówkę”. Zazdroszczono jej tak pięknej „balowej sukni”.

Rozumiem, że w tej kazachstańskiej rzeczywistości nie było dla dzieci żadnej szkoły...

Nadzieja na naukę w szkole pojawiła się dopiero z końcem marca 1941 roku. Dzięki staraniom Delegatury Ambasady Rzeczypospolitej Polskiej, w której aktywnie działała Hanka Ordonówna i kilku innych Polaków, pozwolono wówczas wywozić polskie dzieci do Iranu, aby je uratować od śmierci głodowej. Moja matka postarała się o wyjazd mój i brata Mariana. Musiała jednak sama zawieźć nas do Kustanaju nad rzeką Toboł, bo tam był punkt zborny. Tam ubrano nas, odżywiono i posłano do zorganizowanej polskiej szkoły. Powstała tylko jedna klasa, do której chodziły dzieci w różnym wieku. Los się do nas uśmiechnął, ale na krótko. Z chwilą rozpoczęcia wojny niemiecko-rosyjskiej nagle zlikwidowano punkt w Kustanaju i wydano zakaz wyjazdu do Iranu. Musieliśmy niestety obaj z bratem wrócić do kołchozu w Połtawce. Choć nauka w tej polskiej szkole trwała zaledwie cztery miesiące, tuż przed wyjazdem z Kustanaju wydano nam świadectwo ukończenia całego roku jako dowód naszego tam pobytu.

Czy wojna Sowietów z Niemcami wpłynęła na wasze codzienne życie w kołchozie?

Z powodu rozpoczęcia wojny z Niemcami w kołchozie zapanował ogólny niepokój i spore zamieszanie. Zmniejszono i tak głodowe racje żywnościowe dla wszystkich pracujących. Pewnego dnia do Połtawki przyjechał sam naczelnik NKWD i wydał polecenie, by zwołać do biura wszystkich Polaków. Mama się tym bardzo zaniepokoiła. Zabrała starszego brata, a żegnając się z nami przykazała mi, abym dbała o młodszego braciszka i nie pozwoliła mu umrzeć z głodu. Wielokrotnie i z miłością tłumaczyła nam, w jakiej jesteśmy sytuacji i co robić, aby przeżyć. Miałam dopiero osiem lat, ale już znałam widmo głodowej śmierci. Zdawało mi się, że jestem dorosłą, starą kobietą i muszę sobie dać ze wszystkim radę, jak mama i brat. Wkrótce okazało się, że nastały dla nas jeszcze gorsze czasy.

(ciąg dalszy rozmowy w następnym numerze gazetki tj. 23 września 2018 r.)

Parafia
Najświętszych Imion
Jezusa i Maryi

ul. Przyklinga 12, 
40-551 Katowice-Brynów
tel. 32 251 86 60
brynow.jm@archidiecezjakatowicka.pl


Msze Święte:

niedziele i święta:
7:30, 9:00, 10:30, 12:00, 18:00

dni powszednie:
8:00, 18:00

piątki
8:00, 16:30 (szkolna), 18:00


Nabożeństwa

Adoracja Najświętszego Sakramentu
czwartek 17:00 – 18:00
sobota 17:00 – 18:00

Nabożeństwo ku czci Serca Pana Jezusa
pierwszy piątek 8:30, 18:30


Kancelaria Parafialna

poniedziałek, środa, piątek
17:00-18:00
wtorek, czwartek
18:45-20:00


W sprawach pilnych
dotyczących np. pogrzebu,
wezwania do chorego
proszę dzwonić na probostwo,
tel. nr 32 2518 660.

 

 chrzty i roczki

1. niedziela miesiąca 12:00

 

protokoły przedślubne
po mszy św. wieczornej - po umówieniu


numer konta bankowego:
BOŚ: 05 1540 1128 2001 7050 4713 0001


 

Szukaj na stronie