Ocaleliśmy dzięki Maryi

(ciąg dalszy rozmowy z p. Anną Oleksiak-Bijak - naszą parafianką i Sybiraczką)

KRYSTYNA KAJDAN: - Jak wyglądało wasze codzienne życie w tym kołchozie?

ANNA OLEKSIAK-BIJAK: - Mama i brat pracowali w polu, przy żniwach i przez cały rok musieli dbać o bydło. Wszystkie dzieci, które ukończyły 10 lat, miały obowiązek iść do pracy w kołchozie, gdzie przydzielano im pracę i normę do wykonania na równi z dorosłymi. Ta mordercza praca trwała przeważnie 12 godzin. Każdy z pracujących w kołchozie miał swoją miskę, do której tylko jeden raz w ciągu dnia dostawał jakieś jedzenie. Jeśli wyrobił normę, mógł dostać od dozorujących 10 lub 20 gram chleba, to jest jedną kromkę, co jednak zdarzało się bardzo rzadko. Mama i starszy brat musieli chodzić do pracy nawet w czasie mrozów; mieli odmrożone stopy, ręce i nosy. Dla dzieci i ludzi starszych pozostających w ziemiankach nie było żadnych przydziałów żywności. Wiele dzieci i starszych umierało więc z głodu. Za pracę nie otrzymywaliśmy żadnego wynagrodzenia. Dopiero jesienią według uznania władz kołchozu dostawaliśmy po pół worka ziemniaków i trochę zboża. Żeby wyżywić mnie i młodszego brata, mama i dorastający brat musieli kraść, bo te racje żywnościowe dla dorosłych były po prostu głodowe. W ubraniach mieli wszyte od wewnątrz kieszenie, w których przynosili po kilka ziemniaków, buraków, czasem garść zboża czy kaszy. Panował ogólny głód i brud nie do opisania. Pokarmem była pokrzywa, lebioda, czasem nawet gnijące obierki.

Wcale się nie dziwię, w takich warunkach trudno o jakąkolwiek higienę.

Wszyscy byliśmy zawszeni. Nękały nas pluskwy i świerzb oraz choroba skóry tak zwana „zołotucha”, polegająca na wypadaniu włosów, schodzeniu paznokci i powstawaniu ran na całym ciele. Nie było żadnych leków, a rany przemywaliśmy własnym moczem. Chorowaliśmy na szkorbut, bolały nas oczy. Wszystko to z głodu i braku witamin. By zaspokoić głód, łapaliśmy susły, czyli polne szczury, które gromadziły się tam, gdzie składano zboże. Przynajmniej one były dobrze odżywione.

Trzeba było zatem wielkiej wiary, zaradności i bezgranicznego poświęcenia, by przeżyć takie piekło.

Mama walczyła o nasze przeżycie jak lwica i poświęcała się wprost w heroiczny sposób. Jestem przekonana, że ocaleliśmy dzięki orędownictwu Maryi. Tej najlepszej Bożej Matce polecała siebie i nas w błagalnej, żarliwej modlitwie. W ukryciu przechowywała zabrany z domu obrazek Matki Boskiej Częstochowskiej i przed nim codziennie modliliśmy się szeptem po polsku, by nie zapomnieć ojczystego języka. Był to przecież język naszego serca. Na co dzień z nakazu NKWD musieliśmy posługiwać się językiem rosyjskim. Cieszę się, że pierwsza część naszej rozmowy miała miejsce w dniu parafialnego odpustu ku czci Najświętszego Imienia Maryi w Brynowie, bo doskonale pamiętam, czym to Najświętsze Imię Maryi było dla mojej mamy i dla nas w tych niewyobrażalnie ciężkich latach.

Pani mama potrafiła podobno wykorzystać nawet swój typ urody, by zdobyć choć trochę żywności dla swoich dzieci.

Tak, mama była brunetką i wmówiła Rosjankom, że potrafi wróżyć. Chętnie z tego korzystały, a mama opowiadała im najróżniejsze rzeczy, co znając to środowisko nie było trudne. W ten sposób mogła dla nas zdobyć kilka ziemniaków czy buraków. Sprzedawała też swoje osobiste rzeczy, które miejscowe Rosjanki chętnie kupowały. Mama dostawała za nie trochę chleba i kaszy, czasem nawet parę rubli. Pamiętam, że sprzedała w ten sposób między innymi swoją nocną koszulę, w której Rosjanka poszła na miejscową „potańcówkę”. Zazdroszczono jej tak pięknej „balowej sukni”.

Rozumiem, że w tej kazachstańskiej rzeczywistości nie było dla dzieci żadnej szkoły...

Nadzieja na naukę w szkole pojawiła się dopiero z końcem marca 1941 roku. Dzięki staraniom Delegatury Ambasady Rzeczypospolitej Polskiej, w której aktywnie działała Hanka Ordonówna i kilku innych Polaków, pozwolono wówczas wywozić polskie dzieci do Iranu, aby je uratować od śmierci głodowej. Moja matka postarała się o wyjazd dla mnie i brata Mariana. Musiała jednak sama zawieźć nas do Kustanaju nad rzeką Toboł, gdzie był punkt zborny. Tam ubrano nas, odżywiono i posłano do zorganizowanej polskiej szkoły. Powstała tylko jedna klasa, do której chodziły dzieci w różnym wieku. Los się do nas uśmiechnął, ale na krótko. Z chwilą rozpoczęcia wojny niemiecko-rosyjskiej nagle zlikwidowano punkt w Kustanaju i wydano zakaz wyjazdu do Iranu. Musieliśmy niestety obaj z bratem wrócić do kołchozu w Połtawce. Choć nauka w tej polskiej szkole trwała zaledwie cztery miesiące, tuż przed wyjazdem z Kustanaju wydano nam świadectwo ukończenia całego roku jako dowód naszego tam pobytu.

Czy wojna Sowietów z Niemcami wpłynęła na wasze codzienne życie w kołchozie?

Z powodu rozpoczęcia wojny z Niemcami w kołchozie zapanował ogólny niepokój i spore zamieszanie. Zmniejszono i tak głodowe racje żywnościowe dla wszystkich pracujących. Pewnego dnia do Połtawki przyjechał sam naczelnik NKWD i wydał polecenie, by zwołać do biura wszystkich Polaków. Mama się tym bardzo zaniepokoiła. Zabrała starszego brata, a żegnając się z nami przykazała mi, abym dbała o młodszego braciszka i nie pozwoliła mu umrzeć z głodu. Wielokrotnie i z miłością tłumaczyła nam, w jakiej jesteśmy sytuacji i co robić, aby przeżyć. Miałam dopiero osiem lat, ale już znałam widmo głodowej śmierci. Zdawało mi się, że jestem dorosłą, starą kobietą i muszę sobie dać ze wszystkim radę, jak mama i brat. Wkrótce okazało się, że nastały dla nas jeszcze gorsze czasy.

Po co zwołał Polaków ten naczelnik NKWD?

Okazało się, że w związku z wojną z Niemcami naczelnik poinformował ich, iż każdy obywatel Związku Radzieckiego musi obowiązkowo oddać 72 kg mięsa na 1 osobę i 1 skórę. Perfidnie dla celów statystycznych zaliczono nas do obywateli Związku Radzieckiego, by wykazać, że nie ma tam żadnych Polaków. Moja mama odważyła się powiedzieć, że nawet gdyby nas zabili, to i tak nie byłoby 72 kg mięsa, bo jesteśmy wygłodzeni, a żeby mieć skórę, to musieliby ją z nas zedrzeć. Na sali zapanowała przerażająca cisza, a naczelnik chwycił za karabin. Zaczął krzyczeć, że martwych ludzi Sowiecki Sojuz nie potrzebuje, że mamy pisać do Moskwy podania o poprawę warunków życia. Niektórzy pisali, ale pisma te trafiały do kosza. Tymczasem – jak już wspomniałam nastały jeszcze gorsze czasy. Jesienią już nie rozdzielano ani zboża, ani ziemniaków, nie było przydziału dodatkowej kromki chleba. Gdyby nie zaradność mamy i brata, to na pewno umarlibyśmy z głodu.

A kiedy pojawiła się nadzieja na powrót do Polski?

Kiedy pod naporem wojsk rosyjskich i I Dywizji Armii Polskiej im. Tadeusza Kościuszki nastąpił odwrót Niemców spod Moskwy, pozwolono Polakom starać się o powrót do Polski. W 1944 roku Delegatura Związku Patriotów Polskich pod przewodnictwem Wandy Wasilewskiej utworzyła pierwszy transport dla polskich rodzin wielodzietnych. Mama przekupiła urzędnika ostatnim złotym pierścionkiem, który trzymała na „czarną godzinę” i udało nam się dostać do tego pierwszego transportu. Jechaliśmy kilka tygodni w towarowych wagonach mając do jedzenia tylko pieczone susły, które mama zabrała na drogę. Ponieważ w zachodniej Polsce jeszcze trwały walki, transport zatrzymano przed Kijowem i zakwaterowano nas w starych, nieogrzewanych barakach. Kazano nam żyć na własną rękę, czyli znów otwarło się przed nami widmo straszliwego głodu. Nasz pobyt pod Kijowem trwał ponad dziewięć miesięcy. Mama, starszy brat i ja zachorowaliśmy tam na malarię. Zdobyta potajemnie chinina pomogła mamie i bratu, ale ja nadal byłam chora. I z tego względu pozwolono mamie starać się o wyjazd do Polski na zasadzie zaproszenia od rodziny mieszkającej w Stanisławowie. W czerwcu 1945 roku otrzymaliśmy to pozwolenie, ale mamę znów wezwano do NKWD. Przeżyliśmy kolejne chwile grozy i niepokoju. Tam postawiono warunek i kazano jej podpisać oświadczenie, że w Związku Radzieckim było jej bardzo dobrze, a dzieci miały wzorową opiekę. A jeśli cokolwiek spotkało nas tam złego, to wszystko przez Niemców i skutki wojny. Do Stanisławowa przyjechaliśmy w ostatnich dniach czerwca 1945 roku. Rodzina patrzyła na nas jak na zjawy z innej planety. Otoczono nas troskliwą opieką, spalono nasze śmierdzące, zawszone łachmany. Po raz pierwszy od 1940 roku mogliśmy się wykąpać w wannie z ciepłą wodą. Ubrano nas w czyste rzeczy i próbowano uczyć poprawnej polszczyzny, ponieważ nam się łatwiej mówiło po rosyjsku. Wreszcie mogliśmy się najeść do syta. Matka Boża, do której tak żarliwie modliliśmy się każdego dnia, ocaliła nas. Pod koniec października 1945 roku - już jako repatrianci - dotarliśmy do Gliwic.

Jak wyglądało życie waszej rodziny po wojnie?

Razem z braćmi poszliśmy do szkoły, a mama podjęła pracę jako pomoc kuchenna, co zapewniało nam utrzymanie. Wykształciła nas, dzięki czemu mogłam przez 38 lat pracować jako nauczycielka w szkole podstawowej w Bytomiu. Wyszłam za mąż, ale kilka lat temu mój mąż Zbigniew zmarł. Obecnie jestem na emeryturze, należę do Związku Sybiraków i Rodzin Katyńskich. Mój jedyny syn Maciej mieszka w Kanadzie, dba o mnie, mam troje wnuków i Bogu dziękuję za każdy dzień życia. Cieszę się, że prawdę o tych strasznych czasach mogę wreszcie ujawnić, bo wcześniej nie wolno było.

Powróćmy do Pani ojca - Romana Oleksiaka, aresztowanego przez NKWD 30 października 1939 roku. Czy mama czyniła starania, aby go odnaleźć?

Tak, mama cały czas nie ustawała w poszukiwaniach ojca, za którym bardzo tęskniliśmy. Niestety przez te trudne warunki bytowania w Kazachstanie straciła zdrowie i zmarła w 1986 roku w Gliwicach. Do trumny włożyłam mamie – zgodnie z jej życzeniem - obrazek Matki Boskiej Częstochowskiej, który nam przez te wszystkie tułacze lata towarzyszył. Po wytrwałych, przeszło czterdziestoletnich poszukiwaniach, dopiero w 1991 roku dowiedzieliśmy się, że mój ojciec został zamordowany w Katyniu. Na bazie „pieriestrojki” 13 kwietnia 1990 roku prezydent ZSRR Michaił Gorbaczow przekazał Polsce kopie dokumentów dotyczących Zbrodni Katyńskiej. Odnaleziono w nich między innymi imię i nazwisko mojego ojca. W książce pt. „Gdziekolwiek są Wasze prochy” napisano, że został wpisany na ukraińską listę NKWD nr 042 poz. 341, nr akt 2141.

Pani Anno, serdecznie dziękuję za te wszystkie tragiczne wspomnienia, które na nowo w Pani odżyły, ale jak sama Pani twierdzi, prawda o tych czasach należy się dzielnej śp. mamie Antoninie Oleksiak. O takich bohaterskich matkach w archiwum NKWD można przeczytać: Polskije Matieri to tajna broń „Pańskoj Polszy...”. Nie do zlikwidowania...

Ja także dziękuję za tę rozmowę i na koniec pragnę dodać, że Bóg stokroć wynagrodził mi to wszystko, bo 13 kwietnia 1996 roku - dokładnie w 57. rocznicę zesłania do Kazachstanu - mogłam być na audiencji u naszego polskiego papieża Jana Pawła II i ucałować pierścień Rybaka. Zawdzięczam to śp. ks. prałatowi Zdzisławowi Peszkowskiemu, który dla nas – Rodzin Katyńskich ze Śląska - zorganizował pielgrzymkę do Rzymu. Wielkie to było szczęście i wzruszające przeżycie! Nic piękniejszego nie może mnie już spotkać!

 

Parafia
Najświętszych Imion
Jezusa i Maryi

ul. Przyklinga 12, 
40-551 Katowice-Brynów
tel. 32 251 86 60
brynow.jm@archidiecezjakatowicka.pl


Msze Święte:

niedziele i święta:
7:30, 9:00, 10:30, 12:00, 18:00

dni powszednie:
8:00, 18:00

piątki
8:00, 16:30 (szkolna), 18:00


Nabożeństwa

Adoracja Najświętszego Sakramentu
czwartek 17:00 – 18:00

Nabożeństwo ku czci Serca Pana Jezusa
pierwszy piątek 8:30, 18:30


Kancelaria Parafialna

poniedziałek, środa, piątek
17:00-18:00
wtorek, czwartek
18:45-20:00


W sprawach pilnych
dotyczących np. pogrzebu,
wezwania do chorego
proszę dzwonić na probostwo,
tel. nr 32 2518 660.

 

 chrzty i roczki

1. niedziela miesiąca 12:00

 

protokoły przedślubne
po mszy św. wieczornej - po umówieniu


numer konta bankowego:
BOŚ: 05 1540 1128 2001 7050 4713 0001


 

Szukaj na stronie