Parafianie

Odszedł autor „44 sonetów brynowskich”

Na początku tegorocznych wakacji – 30 czerwca 2017 roku – w wieku 80 lat odszedł do Pana nasz parafianin śp. Tadeusz Kijonka – wybitny poeta, publicysta, poseł na Sejm IX i X kadencji, Ślązak z Radlina i Polak ze Śląska, jak o sobie mówił, opiewający małą i wielką Ojczyznę, założyciel Górnośląskiego Towarzystwa Literackiego i miesięcznika społeczno-kulturalnego „Śląsk”, Honorowy Ślązak 2016 roku, wieloletni kierownik literacki Opery Śląskiej w Bytomiu, uhonorowany licznymi nagrodami i odznaczeniami. Skupiał w sobie najlepsze cechy Ślązaków: solidność, wytrwałość, uczciwość i życzliwość, pogodę ducha i poczucie humoru. Żył twórczo i miał ogromny wpływ na życie kulturalne naszego regionu.

Msza Święta żałobna odprawiona została dnia 4 lipca 2017 r. o godz. 10.00 w Archikatedrze Chrystusa Króla w Katowicach, po której nastąpiło odprowadzenie Zmarłego na cmentarz przy ul. Francuskiej w Katowicach. Zapraszam do zapoznania się z homilią wygłoszoną na tym pogrzebie przez ks. prof. Jerzego Szymika oraz do modlitwy w intencji śp. Tadeusza Kijonki.

Na koniec pragnę dodać, że kilka dni przed śmiercią był u niego ks. proboszcz Eugeniusz Krasoń i udzielił mu sakramentów. „Była też chwila pięknej rozmowy – wspomina ks. Eugeniusz. – Żałował, że nie uda mu się już napisać poematu o św. Józefie – parę myśli zdążył jednak powiedzieć... Myślał o św. Józefie z podziwem między innymi jako o odpowiedzialnym i odważnym ojcu rodziny, podejmującym śmiałe decyzje”.

Krystyna Kajdan


Msza św. pogrzebowa w int. śp. +Tadeusza Kijonki w dniu 4.07.2017

Czytania: Księga Mądrości 3,1-9, Psalm responsoryjny 116A(114), 5-6; Ps 116B (115), 10-11. 15-16ac, Ewangelia J 11,17–27

Nadzieja jest głównym towarem eksportowym chrześcijaństwa
(Homilia ks. prof. Jerzego Szymika)

„Pan mnie ocalił, gdyż mnie miłuje” – kilkakrotnie przed chwilą śpiewaliśmy ten psalmiczny refren.

To odważne słowa. Zawsze, ale zwłaszcza, kiedy się je śpiewa nad trumną człowieka, którego kochaliśmy, w apogeum straty i bólu, wydaje się, że zawierają zgrzyt, że są religijnym banałem, który nie ma nic wspólnego z nieubłaganą prawdą śmierci. W wielu scenach Biblii słowa te są przedmiotem szyderstwa. Ciebie ocali Bóg? – pytają słudzy śmierci wszystkich epok. Boga nie ma albo jest zajęty sobą, On cię nie miłuje, boś Mu obojętny, daleki jest od twego cierpienia i klęski. Blisko jest tylko moja przemoc i twoja śmierć, powiadają. „Twoje ciało oddam ptakom i dzikim zwierzętom” (1 Sam 17,44b) – wołał Goliat do Dawida. „Niech zejdzie z krzyża, a uwierzymy w Niego. Zaufał Bogu: niechże Go teraz wybawi, jeśli Go miłuje” (Mt 27,42b-43a) – tymi słowami był lżony umierający Jezus.

„Pan mnie ocalił, gdyż mnie miłuje” – powtarza swój refren wierzący, ginący psalmista. Na przekór realizmowi śmierci. I dopiero Chrystus w Ewangelii, tej, którą słyszeliśmy, rzuca na te słowa potężny, prawdziwie Boski snop światła, dając nam klucz do tajemnicy owej sprzeczności: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki”.

Słysząc, rozumiemy: jesteśmy w samym sercu tego dzisiejszego wydarzenia – pogrzebu; w samej istocie tajemnicy życia, śmierci i znów życia – Tadeusza.

Właściwie wszyscy tu obecni, całe nasze wielkie środowisko rodziny, przyjaciół, współpracowników i czytelników Tadeusza, jesteśmy ludźmi – też dzięki Niemu – o niemałej wrażliwości na siłę i piękno słowa. Dla nas, czy to w sensie biblijnym, czy kulturowym, „Słowo jest na początku”, en Arche – „en Arche en ho Logos” (J 1,1). Dlatego – to mój gorący apel do nas wszystkich – doceńmy wagę, siłę, piękno i przenikliwość dzisiejszych czytań, które wiedzą o nas wiele, znacznie więcej niż my o nich. Tadeusz mówił o takich tekstach, że są „świetne”. Mówił na przykład: „ten wiersz należy do najświetniejszych”. Posłuchajmy raz jeszcze jak świetny jest fragment z Księgi Mądrości, właściwie to już komentarz do życia i śmierci Tadeusza, komentarz z wysoka, z głębi wieczności: „Dusze sprawiedliwych są w ręku Boga i nie dosięgnie ich męka. Zdało się oczom głupich, że pomarli, zejście ich poczytano za nieszczęście i odejście od nas za unicestwienie, a oni trwają w pokoju. Choć nawet w ludzkim rozumieniu doznali kaźni, nadzieja ich pełna jest nieśmiertelności. Po nieznacznym skarceniu dostąpią dóbr wielkich, Bóg ich bowiem doświadczył i znalazł ich godnymi siebie. Doświadczył ich jak złoto w tyglu i przyjął ich jak całopalną ofiarę. W dzień nawiedzenia swego zajaśnieją i rozbiegną się jak iskry po ściernisku”. Tadeusz zajaśnieje i rozbiegnie się jak iskra po ściernisku... Bóg obiecuje owocowanie jego sprawiedliwości. W Katowicach, na Śląsku, w Polsce. W nas. Po naszych ścierniskach. Skąd, dlaczego? Bo „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki”. Najświetniejsze...

Profesor Kisiel napisał, że w poezji Kijonki „o Bogu mówi się tak, jak się powinno: cicho, po ludzku i na miarę własnej wrażliwości”. W wierszu „Wygnanie” brzmi to tak:

„Bóg się objawia pierwszą raną,
Gdy miecz przecina pępowinę.
[...]
Bóg się nie goi: pierwsza rana
Póki krew – nie da się zaleczyć.
A kiedy kona...
drży Bóg na kolanach,
W śmiertelnym lęku człowieczym”.

Sprawa z Bogiem sięga w jego wierszach otchłani radlińskiego dzieciństwa, samych korzeni jego życia – to tam „Bóg się objawia pierwszą raną, / Gdy miecz przecina pępowinę”, dosłownie. Mówi o tym znakomity, baśniowo-mistyczny wiersz „Jordan” (radlińska Leśnica jako osobisty biblijny Jordan? A czemuż by nie? W-cielony Bóg chrześcijaństwa ma moc mówić do nas przez miejsca i fakty w-cielone w konkret naszego życia. A rzeczą wiersza jest mowę tę nazwać – to stara tradycja mistycznej poezji), gdzie małemu Tadziowi w cudzie dzieciństwa objawia się Bóg-Trójca:

Jak to było, że wtedy rozmawiałeś z Bogiem
Wcale nie na kolanach. Pamiętasz jak biegł
Bóg Ojciec na wyścigi przez łąkę w kaczeńcach,
I zdyszany jak starzyk padł na pniu u źródła.
A Syn Boży — ten znikąd pomnożony chleb
Na pastwisku, a potem mleko wprost z wymiona
Najmędrszej kozy świata. Ba, nawet Duch Święty
Nawiedzał cię co echo, by poświadczać sobą,
Że jak głos czuwa wszędzie, nic — tylko zawołać

Ale to tylko i aż – wiersze, których tonacja, wyzbyta jakiejkolwiek agresji wobec życia i jego Stwórcy, pogodzona z nimi, jest znakiem czegoś jeszcze. Bo właśnie tu – w sferze zgody bądź buntu wobec kształtu naszego losu rozstrzyga się nasza Sprawa z Bogiem: Bóg nie jest jedynie zbędnym w istocie decorum egzystencji, dodatkiem do życia istoty. Jest dokładnie odwrotnie: to w najgłębszych arteriach i zaułkach życia mówimy Mu i Jego z nami Sprawie nasze „tak” lub „nie”.

W ostatnim ćwierćwieczu rozmawiałem z Tadeuszem setki razy. Telefony to był jeden z wielu jego ważnych światów, jak wie wielu z nas. W jego słowach i postawie była zgoda na życie jakie było i jest – słyszeliśmy ją, bo przecież nie tylko ja, wyraźnie. Ten rodzaj dzielności z jego ostatnich lat, i wielu wcześniejszych, nie był tylko uporem społecznika, męską siłą, śląską twardością czy paliwem artysty. Był czymś znacznie głębszym jeszcze, czymś z Wysoka... Tadeusz przebijał się do Sprawy z Bogiem poprzez dramaty i tragedie życia: śmierć bliskich, zbrodnie demonów historii, ogień miłości, samotność szpitali i nie tylko ich. Ale właśnie ta zgoda była zgodą na Boga – wiarą.

To był, jak sądzę, zasadniczy, wewnętrzny napęd Tadeusza.

Nie mam zamiaru ani mu, ani nam, niczego wmawiać, ale sądzę, że wiara – „cicha, ludzka i na miarę własnej wrażliwości”, powtarzając słowa prof. Kisiela, jest lekcją Tadeusza, której nam udziela zwłaszcza swoimi ostatnimi latami. Za różne dary jesteśmy mu wdzięczni i za wiele z nich będziemy mu jeszcze dziękowali. Zawsze nas gromadził, to był jego geniusz – wokół słowa, wokół kultury, wokół Śląska, wokół przyjaźni. Teraz zgromadził nas wokół ołtarza, wokół wiary – tak tłumnie, tak głęboko.

I już wyjaśniam jak rozumiem tę Tadeuszową lekcję wiary.

Wiara jest w swej istocie nawróceniem. Wymaga decyzji i zwrotu, zgody na zasadniczo inną niż powierzchowna postawę wobec świata. Przyznaniem prymatu tego, co niewidzialne. Zgody na to, że bezwarunkowa miłość będzie odtąd „miejscem” rozumienia i przeżywania życia, jego punktem ciężkości. „Inną niż powierzchowna” – to znaczy nie łudząc się, że rzeczywistość sięga jedynie do granic tego, co uchwytne (zmysłowo, wyłącznie „rozumowo”) i mierzalne; mało tego: opowiadając się za tym, że to, co niewidzialne, jest właściwą rzeczywistością, która utrzymuje i umożliwia wszelką rzeczywistość.

A zarazem wiara jest czymś istotnie praktycznym, bo jest najgłębiej powiązana z rozumem i rozumieniem. Sama w sobie jest rozumieniem i nigdy nie „skreśla” rozumu ani odeń człowieka nie „uwalnia”. Wręcz przeciwnie: wiara daje rozumowi oparcie, wyzwala go od grożących mu fobii i miałkości (pochodzącej z zapatrzenia w samego siebie), jest dlań stałym zadaniem bycia sobą. Rozum z kolei dba o to, by wiara sprostała zadaniu odpowiedzialnej racjonalności, by nie osunęła się w irracjonalizm.

Najważniejsze tu: wiara nie jest ciałem obcym we wnętrzu człowieczeństwa, ale spaja, integruje i oczyszcza poszczególne władze i elementy; prawdziwa, nie podtruwana (agnostycyzmem, ateizmem), nie zatruta (grzechem, zwątpieniem) – nigdy ich (władz i elementów człowieczeństwa) wzajemnie nie izoluje ani ich nie rozbija. Nie niszczy człowieka, ale rozwija. Jeden z najbardziej wstrząsających wierszy Tadeusza, wiersz-błyskawica, czterowersowy, nosi tytuł „Z wiarą” i brzmi tak:

Jak zawleczkę granatu
wyrwę cię zębami
w ostatniej sekundzie:
wierzę.

Najważniejszym owocem wiary jest nadzieja. Kiedyś, gdzieś w połowie lat 90-tych, na Koszutce, przed moim wystąpieniem w ramach bodajże spotkania GTL-u, opowiadałem Tadeuszowi przy kawie o tezie ks. Pasierba, który twierdził, że nadzieja jest głównym towarem eksportowym chrześcijaństwa. Że ją jako chrześcijanie jesteśmy naszemu światu winni. Że świat jest w stanie w wielu kwestiach sobie bez chrześcijaństwa poradzić, ale nie w kwestii nadziei, która nie jest do „wyprodukowania” bez wiary chrześcijańskiej. Powiedz to za chwilę nam wszystkim – poprosił Tadeusz.

Więc spełniam tamten jego testament i mówię: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki”.

Wakacyjne i bardzo osobiste refleksje

Przed nami dwumiesięczne wakacje, upragniony okres odpoczynku oraz regeneracji sił duchowych i fizycznych. Wielu z nas wyjedzie na zasłużone urlopy, rekolekcje, wycieczki, pielgrzymki itp. Będziemy się cieszyć nie tylko promieniami słońca, śpiewem leśnych ptaków, szumem morskich fal i górskich strumyków, ale i sobą nawzajem, bo w czasie wolnym od nauki i pracy rodziny mają zwykle więcej czasu dla siebie. Podziwiając piękno natury uwielbiajmy przy okazji Boga – Stwórcę. Wykorzystajmy dobrze ten czas i życzmy sobie nawzajem dobrego, błogosławionego odpoczynku!

Tak się w tym roku złożyło, że w pierwszym tygodniu wakacji w naszej parafialnej wspólnocie modlimy się za mieszkańców ulicy Kościuszki. Ogarniamy modlitwą szczególnie chorych i cierpiących, osamotnionych i przeżywających jakiekolwiek trudności. Pamiętamy też o zmarłych, którzy kiedyś mieszkali przy tej ulicy. Myślę, że nie tylko w mojej wdzięcznej pamięci na zawsze pozostaną byli mieszkańcy tej ulicy – nasi parafianie, między innymi śp. Wojciech Kilar i jego śp. małżonka Barbara, śp. prof. Maria Pawłowiczowa i śp. Rajmund Karkosz. Z żalem i smutkiem stwierdzam, że bardzo ich w naszym Brynowie brakuje.



W mojej świadomości pierwszy miesiąc wakacji kojarzy się z urodzinami Wojciecha Kilara, zmarłego prawie cztery lata temu znakomitego, światowej sławy kompozytora muzyki filmowej i symfonicznej. Od wielu lat swe urodziny 17 lipca tradycyjnie obchodził w Częstochowie u stóp Jasnogórskiego wizerunku Maryi – Królowej Polski. Ufam i wierzę, że obecnie świętuje je razem z Maryją w niebie. A my pamiętajmy o Panu Wojciechu i jego Małżonce Barbarze – fundatorach trzech dzwonów w naszym kościele – w tym dniu szczególnie; zapalmy na ich grobie na cmentarzu przy ul. Sienkiewicza znicz pamięci, otoczmy ich modlitwą, o którą zawsze prosili. „Jeden drugiego brzemiona noście” mówi Pismo – napisał do mnie w 2010 roku Wojciech Kilar, gdy dowiedział się o chorobie nowotworowej mojego męża Bogdana. „Modlę się za Pani Męża i za Panią. I proszę o modlitwę za Basię i za mnie”. Nigdy nie zapomnę jak wielkim duchowym wsparciem był wtedy ten list dla mojego męża i dla mnie. Świadczy to o tym, że Wojciech Kilar był nie tylko znakomitym kompozytorem, ale i wielkim Człowiekiem! Najzwyczajniej pofatygował się na pocztę, by wysłać list do swoich współparafian i zapewnić ich o modlitwie. Dlatego też codziennie w drodze do pracy, gdy tramwaj mija opustoszały dom Kilarów przy ul. Kościuszki, staram się o nich z wdzięcznością pamiętać w modlitwie.



U progu wakacji bardzo mi też brakuje śp. prof. Marii Pawłowiczowej, która wielokrotnie starała się mnie odciążyć i w lipcowym numerze gazetki parafialnej zachęcała do odwiedzania na wakacyjnych, pielgrzymich szlakach sanktuariów maryjnych m.in. w Kodniu i Twardogórze. Miłością do Maryi – swej patronki potrafiła zarazić każdego! Pamiętam jak bardzo się ucieszyła, gdy podjęłam Podyplomowe Studia Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Śląskim a potem wspierała mnie dobrymi radami. Podarowała mi obrazek Matki Bożej Kochawińskiej – Matki Dobrej Drogi oraz opracowane przez siebie zasady pracy naukowej, w których radziła, aby nawet w czasie wakacji mieć oczy i uszy szeroko otwarte na to, co jest przedmiotem naszych zainteresowań. Można tam między innymi przeczytać, że „Praca naukowa nie uwzględnia przerw (np. wakacje, ferie, święta, goście, itd.), bo myślenie o niej jest procesem ciągłym. (...) Praca naukowa jest uciążliwa i wymaga poświęceń. Trud włożony w nią przypomina wysiłek turysty wspinającego się na piaszczystą wydmę (w Łebie), w upalny sierpniowy dzień. Piasek usuwa się spod nóg, słońce praży, ale człowiek pnie się wolno w górę, często zadając sobie pytanie, czy tyle trudu musi włożyć, aby ze szczytu ujrzeć rozległe morskie horyzonty? Przecież każdy może morze zobaczyć idąc wygodną ścieżką przez cienisty las. Ale jak mizerny horyzont przed nim ...

I chociaż tematy pracy naukowej różnią się między sobą, uczony ma przed sobą „swoją osobistą wydmę”, którą musi zdobyć, jeśli chce ubogacić się wewnętrznie i poszerzyć horyzonty swych myśli, nie bacząc na trudy. (...) Podczas wakacji pracuj na luzie – ale pracuj, rób bruliony, czytaj, uzupełniaj literaturę przedmiotu oraz ogólną, zwiedzaj teren pod kątem potrzeb Twojego tematu! Buduj w sobie człowieka pełnego, o szerokich zainteresowaniach. Nie zasklepiaj się w wąziutkich ramach, nie miniaturyzuj świata, który Cię otacza”.

Pani Profesor interesowała się i bardzo ceniła naszą parafialną gazetkę; cieszyła się, gdy mogła coś z niej zacytować w swych pracach naukowych; pozostanie na zawsze w moim sercu i modlitewnej pamięci. Niestety nie doczekała momentu, gdy przejdę na emeryturę, a miała plany, by twórczo zagospodarować mi wolny czas. Trudno byłoby jej odmówić... „Pogrzeb profesor Marii Pawłowiczowej w poniedziałek 14 marca 2016 roku był jak wykład, jej ostatni wykład, który wybrzmiał ciszą, bo Zmarła mówiła do nas bezgłośnie swoim życiem, długim, dobrze i mądrze przeżytym” – napisała w pięknym wspomnieniu jej wychowanka prof. Krystyna Heska-Kwaśniewicz z Uniwersytetu Śląskiego.



Kolejnym mieszkańcem ulicy Kościuszki – godnym wdzięcznej pamięci był śp. Rajmund Karkosz – człowiek wielkiej wiary i filmowej pasji. Jego prywatne archiwum z lat 1961–1980 liczy blisko 200 zapisanych na filmowej taśmie, trwających kilka-kilkanaście minut pięknych i niepowtarzalnych chwil. Powstał z tego materiału dokumentalny film wyreżyserowany przez Jana Zuba, w którym amatorskie filmy Pana Rajmunda odegrały główną rolę. „Między chwilami” – to filmowa opowieść o setkach wspomnień utrwalonych na celuloidowej taśmie 8 mm. Spotkania z przyjaciółmi, imieniny, urodziny, rodzinna codzienność, ulubione koty, ale i ważne, intrygujące wydarzenia jakie miały miejsce w naszej brynowskiej parafii i w Katowicach. Pan Rajmund rejestrował kamerą wszystko, co działo się wokół – przede wszystkim jednak skupiał się na ludziach, bo jak mawiał, zawsze miał do nich szczęście. Jego dewizy życiowe: „Nikt nie żyje tylko dla siebie”, „Trzeba mieć swoje pasje, z którymi łatwiej jest przejść przez życie” realizował w modelowy sposób. Osobiście zaprosił mnie do Kina „Kosmos” na premierowy pokaz swego filmu, niestety z ważnych powodów nie mogłam skorzystać z tego zaproszenia, czego do dzisiaj nie mogę odżałować... Pan Rajmund odszedł do Pana niespodziewanie w czasie wakacji dwa lata temu. Na koniec tych refleksji nie sposób przytoczyć słów podziwianego przez niego i znanego mu Alberta Schweitzera: „Czasem światło w nas bliskie jest wygaśnięcia, lecz rozpala się na nowo dzięki przeżyciu wywołanemu przez jakiegoś człowieka. Powinniśmy z głęboką wdzięcznością pamiętać o tych, którzy wzniecili w nas płomienie”.

Takimi ludźmi byli wspomniani przeze mnie dzisiaj parafianie z ulicy Kościuszki, którzy wyprzedzili nas w w naszej ziemskiej wędrówce do Pana. Wieczny odpoczynek racz im dać Panie, a Światłość wiekuista niechaj im świeci. Niech odpoczywają w pokoju wiecznym. Amen.

Krystyna Kajdan

Wczesna Komunia Święta to tradycja w naszej rodzinie

(z rodzicami Joasi – Magdaleną i Bartłomiejem Benisz – rozmawia Krystyna Kajdan)

KRYSTYNA KAJDAN: – Co spowodowało, że postanowili Państwo wysłać córkę właśnie do Wczesnej Komunii Świętej?

MAGDALENA I BARTŁOMIEJ BENISZ: – Zdecydowaliśmy się posłać Joasię do Wczesnej Komunii Świętej z kilku powodów. Po pierwsze, do Komunii Świętej w wieku przedszkolnym przystępowała nasza starsza córka Julia; miała wtedy niecałe 6 lat. Już wtedy mieliśmy świadomość, że dziecko nie musi znać wszystkich prawd katechizmu; wystarczy, że wierzy, iż pod postacią Chleba Eucharystycznego jest Pan Jezus. A naszym zadaniem, jako rodziców, jest rozbudzić w dzieciach pragnienie jednoczenia się z Jezusem.

Po drugie, jest to też poniekąd tradycja w rodzinie; do tej pory 4 kuzynów naszych dzieci przyjmowało Pana Jezusa w wieku przedszkolnym. Do Wczesnej Komunii Świętej przystąpiła także Joasi patronka – św. Joanna Beretta Molla.
Po trzecie Wczesna Komunia Święta pozwala na większe zaangażowanie rodziców w kształtowanie sumienia i wrażliwości dziecka.

– Czy córka chętnie uczęszczała na lekcje religii z Siostrą Edytą? Czy widać było, że córka jest na przykład grzeczniejsza?

– Już na pierwszym spotkaniu urzekła nas charyzma Siostry Edyty. Siostra obrazkami, piosenkami i biblijnymi opowieściami potrafiła zaciekawić i skupić uwagę naszej rozbrykanej córeczki. Wraz z upływem czasu córka coraz chętniej przychodziła na lekcje.

– Czy zapamiętali Państwo jakieś jej wypowiedzi na temat przyjęcia Pana Jezusa do jej serduszka? Czy czeka na Niego, czy się cieszy?

– Joasia pod wpływem lekcji religii zaczęła zadawać ciekawe pytania; na przykład raz zapytała Siostrę Edytę, dlaczego w kościele wierni powtarzają „Panie nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie...”, a potem jednak idą do Komunii Świętej, mimo, że są niegodni...

Bardzo miło wspominamy Sakrament Pokuty i Pojednania; Asia sama zgłosiła się pierwsza do konfesjonału i po chwili radośnie go opuściła.

– Czy tego typu przygotowania mają wpływ na życie Państwa rodziny?

– Przygotowywanie dziecka do comiesięcznych spowiedzi spoczywa na rodzicach przez kolejne 2–3 lata, ale to przyjemny obowiązek. Najbliższą rodzinę poprosiliśmy, aby nie dawali Asi upominków. To Pan Jezus przyjmowany do serca jest dla Asi prezentem. Rodzice chrzestni zaprenumerowali jej "Małego Gościa Niedzielnego" i "Anioła Stróża", ale Asia jeszcze o tym nie wie...

– Czy polecaliby Państwo innym rodzinom wysyłanie dzieci w wieku przedszkolnym do I Komunii Świętej?

– Owoce tego duszpasterskiego wysiłku Siostry Edyty, księży spowiedników i nas – rodziców, będzie widać pewnie dopiero po latach, niemniej jednak uważamy, że nie można dzieciom odmawiać łaski płynącej z sakramentów. Zachęcamy innych rodziców do aktywnego włączenia się w przygotowanie dzieci do Wczesnej Komunii, a właściwie do dwóch sakramentów – Komunii Świętej oraz Pokuty i Pojednania. Nasi trzej młodsi synowie pewnie też skorzystają z tej możliwości.

– Bardzo dziękuję Państwu za rozmowę, a całej Waszej wspaniałej Rodzinie życzę Bożego błogosławieństwa i obfitych darów Ducha Świętego!

– Dziękujemy i prosimy o modlitwę.

Nie żałowaliśmy tej decyzji ani przez chwilę

Dorotka i Zosia od kilku lat uczęszczają do Przedszkola „Tęcza” Sióstr Szkolnych de Notre Dame. Od początku byliśmy zadowoleni z tego wyboru, bo przedszkole to nie tylko pomaga nam wychowywać nasze bliźniaczki w duchu chrześcijańskim, ale także przez prawidłowe metody pedagogiczne i przykład jest bardzo pomocne w przygotowaniu do wieku szkolnego jakże jeszcze młodego i niedoświadczonego człowieka.

Już kilka lat temu nasze dziewczynki zaczęły nas wypytywać, czy będą mogły, podobnie jak ich starsi koledzy i koleżanki, uczestniczyć w wielkiej przygodzie i wydarzeniu jakim są przygotowania do a następnie sama Komunia Święta. Przygodzie, bo z Siostrą Edytą, nauki przedkomunijne można właśnie tak nazwać; jej ciepło, zaangażowanie i umiejętność zainteresowania dzieciaków znane są w całym przedszkolu.

Nie daliśmy się długo namawiać i jeszcze przed zeszłorocznymi wakacjami podjęliśmy decyzję, by spełnić życzenie naszych dzieci, tym bardziej, że my sami także jako dzieci przystępowaliśmy do Wczesnej Komunii Świętej. Nie żałowaliśmy tej decyzji ani przez chwilę, bo zgodnie z naszymi wyobrażeniami i tym co słyszeliśmy od innych rodziców, Siostra Edyta jest świetnie przygotowana do roli katechetki a ksiądz proboszcz Jarosław Paszkot ochoczo umożliwia odbycie tej Uroczystości.

Dzieci z chęcią chodziły na zajęcia, nigdy nie grymasiły ani nie narzekały, każda katecheza była przemyślana i prowadzona w ciekawy sposób, także i my sami jako rodzice mogliśmy z niej dużo wynieść. Comiesięczne Msze Święte pomagały pogłębiać przygotowania, tym bardziej, że Ksiądz Proboszcz zawsze oferował dzieciom łatwe do zrozumienia nauki i kazanie, o które czasem po Mszy Świętej dzieci się nas nawet dodatkowo dopytywały.

Jesteśmy bardzo zadowoleni i wdzięczni Siostrze Edycie i Księdzu Proboszczowi za umożliwienie naszym dzieciom przystąpienia do Wczesnej Komunii Świętej. Nasze Dzieci ugruntowały Wiarę i Miłość do Boga, znacznie częściej rozmawiają o Nim; rozmawiają i starają się stosować nauki w życiu codziennym, same pamiętają o codziennej modlitwie i mamy wrażenie, że chętniej uczestniczą w niedzielnej Eucharystii.

Magdalena i Wojciech Skorek

Refleksja Siostry Edyty SSND

Przygotowywanie dzieci do Wczesnej Komunii Świętej to dla mnie najpiękniejsze zajęcie w pracy katechetycznej, gdyż dzieci są najbardziej szczere i otwarte na Pana Boga. I przyjmują wszystko z ogromną wiarą! Joasia, Dorotka i Zosia są tego dowodem, a także ubiegłoroczne dzieci wczesnokomunijne, które dzisiaj obchodzą I rocznicę przyjęcia Pana Jezusa do swych serduszek. Są to: Melania, Stasiu, Tymek, Greta, Marta, Emilka, Jacek, Agatka, Maksymilian i Zuzia.

Szmaragdowy Jubileusz to okazja do dziękczynienia

 

 

 

17 lutego 1962 roku nasi zacni Parafianie, Państwo Małgorzata i Emanuel Romańczykowie, zawarli sakramentalny związek małżeński w naszym brynowskim kościele pw. Najświętszych Imion Jezusa i Maryi. Przy ślubie asystował im ks. prof. Ludwik Orzeł – kanonik honorowy Kapituły Katedralnej w Katowicach. Dzisiaj podczas Mszy świętej o godz. 12.00 pragną podziękować Bogu za 55 lat wspólnego życia. Należy podkreślić, że ten SZMARAGDOWY JUBILEUSZ to szczególna okazja nie tylko do świętowania, ale także do refleksji, podsumowań i wspomnień. Użycie wielkiej litery jest tutaj całkowicie uzasadnione. To wielki dar Boga, którego niewielu dostępuje.

Piękno rodziny

Jak już wspomniałam na wstępie, minęło właśnie 55 lat od dnia, w którym nasi Jubilaci ślubowali sobie miłość i wierność małżeńską. Miło odnotować, że w tej miłości i wierności trwają do dziś. Okres narzeczeński trwał u nich zaledwie dziewięć miesięcy, bo nie mieli wątpliwości, że są dla siebie przeznaczeni. Po ślubie zamieszkali u rodziców Pani Małgorzaty. Pan Bóg błogosławił im obficie i obdarzył dwoma synami: Tomaszem – obecnie doktorem nauk medycznych i Wojciechem – obecnie doktorem nauk leśnych. Synowie oraz ich małżonki Justyna i Izabella darzą rodziców szacunkiem i miłością. Mnóstwo radości wnoszą w ich życie wnuki, których mają czworo. Są to Marcin i Agnieszka oraz Hubert i Kalina.
Pani Małgorzata po ukończeniu studiów na Wydziale Chemicznym Politechniki Śląskiej w Gliwicach podjęła pracę zawodową i kontynuowała ją aż do osiągnięcia wieku emerytalnego. Ten sam Wydział ukończył również Pan Emanuel, tylko parę lat wcześniej. Wspólne zamieszkiwanie z rodzicami Pani Małgorzaty okazało się zbawienne, gdyż ich synowie byli do południa wychowywani przez jej mamę i dwie młodsze siostry, a popołudniu przez nich. Młodszy syn Wojtek od czwartego roku życia chodził do przedszkola. Natomiast starszy Tomek marzył o tym, aby zamiast do przedszkola, jak najwcześniej zacząć chodzić do szkoły i rozpoczął edukację nie mając skończonego szóstego roku życia. Państwo Romańczykowie wszystkie wolne chwile i urlopy spędzali z synami, podróżując po Polsce i Europie. Zwiedzali miejsca, które znali z historii i z czasopism turystycznych, a które bardzo chcieli poznać i zobaczyć. Wierni Czytelnicy naszej parafialnej gazetki pamiętają zapewne jak przed laty – na jej łamach – nasi Jubilaci dzielili się wrażeniami ze wspaniałej pielgrzymki do Ziemi Świętej.

Zaangażowanie społeczne

Pan Emanuel w młodości był bardzo zaangażowanym harcerzem. W harcerstwie właśnie otrzymał przygotowanie do działalności społecznej dla dobra wspólnego. Przez wiele lat był aktywnym radnym Rady Miasta Katowice oraz wicemarszałkiem Wojewódzkiego Sejmiku Samorządowego Województwa Katowickiego. W naszej parafii zaś sprawował funkcję Przewodniczącego Duszpasterskiej Rady Parafialnej. Oboje Państwo Romańczykowie działali w Stowarzyszeniu Rodzin Katolickich. I warto tutaj z wdzięcznością nadmienić, że to z ich inicjatywy 20 lutego 1994 roku została powołana do życia nasza parafialna gazetka. Od tamtej chwili miną jutro 23 lata, a Pani Małgorzata wiernie – od samego początku – zapewnia w niej stałą rubrykę z porządkiem nabożeństw. Uważa, że jak się czegoś podejmuje, to musi się z tego wywiązywać jak najlepiej. Twierdzi, że z perspektywy czasu sprawdziło się wydawanie tego lokalnego biuletynu, który co tydzień czeka na nas na stoliku z prasą.

Recepta na trwały związek małżeński

W ich życiu małżeńskim dużą rolę odgrywała żywa wiara oraz przywiązanie do tradycji rodzinnych i patriotycznych. To ważna sprawa i należy tak zawsze postępować, aby można było spoglądać spokojnie każdemu w oczy – twierdzi Pani Małgorzata. Gdy zadałam Jubilatom pytanie, jaką mają receptę na tak udane i szczęśliwe małżeństwo, odpowiedzieli: – Młodym małżeństwom trzeba przypomnieć, że życie jest sinusoidą, w której są chwile dobre i niestety również gorsze. Trzeba się czasami dobrze napracować, aby pokonać trudności. Droga na skróty nie daje satysfakcji, chociaż wydawać by się mogło, że rozwiązuje jakieś problemy... Pani Małgorzata z wiarą i pełnym przekonaniem dodaje, że ich długotrwały związek małżeński jest wynikiem Bożej opieki, za którą nieustannie i zawsze dziękują. A mnie przypomniały się słowa poety Kazimierza Brodzińskiego: – Wiara dla ludzi Niebo otwiera, z wiarą spokojniej człowiek umiera, a jak cię przyciśnie jakaś niedola, cóż jak nie wiara rękę ci poda. I muszę przyznać, że ta kolejna rodzina w naszej parafii, w której Bóg jest na pierwszym miejscu, budzi we mnie niesamowity szacunek i podziw. Za oknem spoglądam na zimowy pejzaż, a tak naprawdę widzę piękną i bogatą w owoce jesień życia naszych Jubilatów.

Życzenia i dar modlitwy

Państwo Małgorzata i Emanuel Romańczykowie otrzymają w dniu dzisiejszym na pewno mnóstwo serdecznych życzeń i gratulacji. Dołączmy się i my – jako parafialna rodzina Jubilatów: – Drodzy Jubilaci! Przyjmijcie serdeczne gratulacje oraz wyrazy najwyższego uznania za przykład szczęśliwego związku małżeńskiego, za wierność Sakramentowi, który połączył Was przed 55 laty. Niech Bóg Wam błogosławi, obdarza dobrym zdrowiem, radością, pokojem oraz nieustanną miłością najbliższych. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności – a może raczej przypadkiem danym od Boga – nasz parafialny harmonogram przewiduje od dzisiaj modlitwę za mieszkańców ulicy Czyżyków. Przy tej właśnie ulicy mieszkają nasi Jubilaci. Ogarnijmy ich zatem szczególną modlitwą, prosząc Boga zwłaszcza o zdrowie i powrót do sił dla Pana Emanuela. Szczęść Boże!

Krystyna Kajdan


Wiersze Emilii Berndsen na małżeński Jubileusz

Czy to wczoraj były te dni piękne,
gdy organy weselne Wam grały?
Czy to wczoraj młodości bzy kwitły,
a marzenia jak róże pachniały?

    Czy to dawno – te burze złowrogie
    i te chmury, i te krzyże mnogie,
    i gwiazdy i księżyce radości!
– Dziś to księga życiowej mądrości.
Wiele w niej stronic – piękny Jubileusz!
Każdy rozdział pracą kreślony
brzemieniem troski: dzieciom, rodzinie,
każdy akapit – omodlony.
    Dziś radujemy się z Wami – Kochani,
    sukcesem lat przeżytych we dwoje.

Za dobry przykład dziękując – życzymy,
niech Bóg wciąż darzy łaską i serca pokojem!

***    ***

Życie tak płynie – jak górski potok
przez skalne progi, głazy, korzenie,
i tak unosi nasz los ta rzeka
zdobiąc nas światłem, bliźniąc cierpieniem.

    Sprawą jest świętą tak płynąć naprzód,
    wśród przeszkód Nadziei nie zgubić...
    Tak jak Wy, z wiosłem miłości i wiary,
    trwaliście – z sercem dla Boga i ludzi.

Drodzy, kochani – dziś ten Jubileusz
szmaragdem rozbłyska w Waszych dni rzece
i Anioł, co kiedyś wiązał Wam ręce,
imiona w Niebie złotym pisze rylcem.

    Za trudy ziemskie – co się liczą w górze –
    niech Bóg błogosławi i niech pachną róże.

 

 

 

W moim domu rodzinnym muzyka była zawsze obecna

(jubileuszowa rozmowa z p. Michałem Węgrzynem – organistą w naszej parafii)

KRYSTYNA KAJDAN: – Panie Michale, tydzień temu w czasie niedzielnej Eucharystii dziękował Pan Bogu, a my Panu jako parafianie, za 25 lat posługi organistowskiej w naszej parafii. To okazja, by przypomnieć początki. Skąd u Pana zrodziło się zamiłowanie do muzyki?

MICHAŁ WĘGRZYN: – Moja rodzina od pokoleń kultywuje tradycje muzyczne. Już mój dziadek świetnie grał na fortepianie i organach, a moja Mama ukończyła średnią szkołę muzyczną u Szafranków w Rybniku w klasie fortepianu. Mimo, że całe swoje zawodowe życie związała z budownictwem, to jednak w moim domu rodzinnym muzyka była obecna zawsze, a szczególnie w Wigilię, kiedy zaraz po zapoznaniu się z zawartością prezentów przystępowaliśmy do kolędowania przy żywym akompaniamencie Mamy. W czasach, gdy my, synowie, byliśmy starsi i uczyliśmy się grać, braliśmy udział w konkursie na najładniej wykonaną kolędę.

Do programów oglądanych obowiązkowo w naszym domu w telewizji należały transmisje koncertów NOSPRiTV, konkursów chopinowskich i Wieniawskiego, opery i filmy muzyczne w cyklicznych programach Bogusława Kaczyńskiego, koncerty noworoczne z Wiednia, a także programy „Stereo i w kolorze”, czyli łączone transmisje koncertów przez radio i telewizję, które się oglądało na wyciszonym telewizorze i równocześnie słuchało przez radio. Dziś takiej telewizji już nie ma... Do tego należy dodać bogatą płytotekę gramofonową i bibliotekę z pokaźnym zbiorem książek o muzyce, muzykach i kompozytorach. Muzyka więc stanowiła istotny element środowiska domowego, w którym dorastałem.

– Jak to się stało, że Pan zaczął grać na organach w naszej świątyni?

– Od najmłodszych lat uczyłem się grać na fortepianie, praktycznie aż do matury. W klasie maturalnej wybrałem się z kolegą Grzesiem z naszej parafialnej oazy do Lipin koło Pilzna (pomiędzy Tarnowem a Dębicą) na parodniowe rekolekcje dla maturzystów organizowane w czasie ferii zimowych przez karmelitów tzw. „trzewiczkowych” z Krakowa. Tam mnie poproszono najpierw o granie na keyboardzie piosenek w czasie rekolekcji, a potem, w święto Ofiarowania Pańskiego, poproszono mnie o zagranie na Mszy świętej otwartej dla okolicznych mieszkańców. Grałem tylko pieśni i części stałe, które sobie musiałem wcześniej opracować. Z przejęcia nie pamiętam już, jak mi poszło, ale to była pierwsza Msza, na której zagrałem – było to 2 lutego 1992 roku.

To doświadczenie zainspirowało mnie, aby coś z tym zrobić dalej. W Wielkim Poście zacząłem przychodzić do naszego kościoła na msze wieczorne w tygodniu, aby grać na organach, zrazu same tylko pieśni, a potem coraz więcej. W kolejnym roku szkolnym zgłosiłem się do diecezjalnego Studium Organistowskiego, które ukończyłem w 1995 r. W ten sposób zmieniłem moje miejsce w zespole liturgicznym: przeszedłem z prezbiterium na chór, i dołączyłem do zespołu organistów grających wtedy w naszym kościele: siostry Annuncjaty SSND, pana Henryka Gwoździa i pana Rafała Wróbla.

– Zaczynał Pan na starych zabytkowych organach, które sprowadził do naszej parafii ks. kanonik Adolf Kocurek, a obecnie nasza parafia dysponuje nowymi organami marki Marcussen. Lepiej się na nich gra?

– Nasze stare organy miały już swoje lata (dopiero po badaniach okazało się, że znacznie więcej niż ktokolwiek przypuszczał, dlatego po renowacji i przywróceniu do stanu pierwotnego trafiły do muzeum organowego na Akademii Muzycznej) i od czasu zamontowania nie przechodziły remontu, dlatego z radością przyjąłem inicjatywę ks. proboszcza Eugeniusza Krasonia sprowadzenia instrumentu z Hamburga. Od tego czasu mamy w naszym kościele koncerty organowe organizowane przez stowarzyszenie Pro musica organa, do którego założycieli należałem. W porównaniu z poprzednim instrumentem organy Marcussena dysponują szerszą paletą brzmieniową, którą jednak w kontekście liturgicznym wykorzystuję tylko częściowo, najszerzej w czasie kolędowym. Gra na tym instrumencie to dla mnie przyjemność.

– Jest Pan szczęśliwym ojcem czterech córek, czy któraś z nich odziedziczyła talent muzyczny?

– O tak! Najstarsza, Dorota, kontynuuje obecnie naukę gry na skrzypcach w szkole muzycznej II stopnia. Druga w kolejności, Edyta, kończy szkołę muzyczną I stopnia na flecie. Trzecia, Kasia, uczy się grać na skrzypcach również w szkole muzycznej I stopnia. Nawet najmłodsza Tereska garnie się już do skrzypiec, gdy starsze siostry ćwiczą. Ma swój mały flecik i motylki z niemowlęcej karuzelki, na których da się wydobyć dwa dźwięki. Kontynuujemy nasze rodzinne tradycje, z tym że teraz już ja akompaniuję do kolęd, a w konkursie Babci startują wnuczki...

– Od lat jest Pan związany z Oazą – Ruchem Światło-Życie. Jak ta formacja wpłynęła na Pana życie osobiste i rodzinne?

– Nie wiem, gdzie byłbym dzisiaj, gdyby nie Ruch Światło-Życie. Pewnie chodziłbym do kościoła co najwyżej raz w tygodniu, ale na pewno nie grałbym na organach. To Ruchowi Światło-Życie zawdzięczam pogłębioną formację chrzcielną; formację, którą każdy chrześcijanin powinien przejść dochodząc do dojrzałych lat. To Ruch Światło-Życie nauczył mnie przedłużonej modlitwy ze Słowem Bożym, w trakcie której zawiązuje się i pogłębia osobista więź z Panem Bogiem. To Ruch Światło-Życie obudził we mnie miłość do Kościoła i do liturgii oraz pragnienie służenia Bogu i ludziom.

Ruch Światło-Życie ukształtował także moją żonę Jolę. Jestem przekonany, że to samo źródło naszych korzeni, przekonań, ideałów i celów leży u podstaw naszej jedności w małżeństwie i rodzinie. Oboje jesteśmy bardzo zaangażowani w Ruchu, zarówno w jego gałąź diakonijną (należymy do Diakonii Modlitwy w Tychach), rodzinną (formujemy się też w kręgu Domowego Kościoła w naszej parafii) jak i dorosłych (Jola jest moderatorką Wspólnoty Dorosłych w Tychach). Również nasze córki uczestniczą w formacji Oazy Dzieci Bożych i oazy młodzieżowej, angażują się także w śpiew w naszej scholi dziecięcej. Można więc powiedzieć, że Ruch Światło-Życie jest sposobem, w jaki cała nasza rodzina uczestniczy w życiu Kościoła: parafialnego, lokalnego i powszechnego.

Ruch Światło-Życie, jak żaden inny ruch, włącza swoich uczestników w życie parafialne, czego my jesteśmy żywymi przykładami. Dlatego gorąco chciałbym zachęcić naszych Parafian w każdym wieku i stanie do zaangażowania się weń, bo dzięki temu będą mogli być jeszcze bliżej Pana Boga, który żyje i działa w swoim Kościele.

– Panie Michale, bardzo dziękuję za interesującą rozmowę, za podzielenie się życiem swojej pięknej rodziny, a przede wszystkim łaską wiary. Ksiądz proboszcz Jarosław uczynił to już tydzień temu, ale ja jeszcze raz – w imieniu naszej wspólnoty parafialnej – gratuluję Panu srebrnego jubileuszu posługi organistowskiej w naszej parafii. Życzę dalszej wytrwałości i
obfitych Bożych łask dla całej rodziny.

– Ja również dziękuję za rozmowę i życzenia.

Migawki z życia rodzinnego Jubilatów

Na łamach naszej parafialnej gazetki z radością gościmy dzisiaj Złotych Jubilatów. Nasi zacni parafianie Państwo Zofia i Bronisław Sadowscy w tym miesiącu obchodzili 50. rocznicę zawarcia związku małżeńskiego. W dzisiejszych czasach rzadki to jubileusz, a zatem godny uwagi. Tym bardziej, że uroczyste przeżywanie jubileuszy małżeńskich jest jednym ze sposobów przypomnienia wszystkim małżonkom ich powołania do tworzenia wspólnoty życia i miłości. Świętowanie tego typu jubileuszy pobudza ich do wdzięczności za wielkie dary Boże i pogłębia więź rodzinną.

Jubileuszowe radości
Państwo Sadowscy pobrali się 5 listopada 1966 roku w kościele pw. Matki Boskiej Nieustającej Pomocy w Katowicach-Szopienicach przy ul. Siewnej. Ta rozbudowana obecnie świątynia była świadkiem pierwszych chwil ich małżeństwa, a w naszym brynowskim kościele pw. Najświętszych Imion Jezusa i Maryi czcigodni Jubilaci dziękowali Panu Bogu za 50 lat wspólnego, zgodnego życia w niedzielę 6 listopada br. podczas Mszy świętej o godz. 10.30, którą uroczyście sprawował ksiądz proboszcz Jarosław Paszkot. Po specjalnym błogosławieństwie wręczył Jubilatom odczytany wcześniej przez siebie list gratulacyjny od Księdza Arcybiskupa Wiktora Skworca oraz pamiątkowy krzyż, który obecnie wisi w ich salonie. W czasie wizyty w gościnnym domu Jubilatów przy ulicy Brynowskiej mogłam podziwiać – na oprawionym w oryginalną, szklaną ramkę ślubnym zdjęciu – jak piękną stanowili parę. To jeden z prezentów jubileuszowych od naszych dzieci. – A to kolejny prezent – specjalnie dla nas wydany kalendarz na 2017 rok z rodzinnymi zdjęciami – chwalą się Jubilaci. – Cieszą się też ich kolejnym wspólnym zdjęciem, które dzieci oprawiły w piękną, srebrną, owalną ramkę z uwidocznioną 50 i obrączkami ślubnymi. – Jesteśmy w tym wieku, że już nic nie potrzebujemy, więc bardzo cieszymy się z takich właśnie prezentów pomyślanych specjalnie dla nas! Trudno też nie zauważyć wielu bukietów jubileuszowych kwiatów. Widać, że nasi Jubilaci cieszą się swoim świętem i dziękują Bogu za wspólnie przeżyte lata. Za syna Jacka i jego żonę Agatę, za córkę Agatę i jej męża Piotra, za wnuczkę Magdalenę – studentkę II roku Uniwersytetu Ekonomicznego, za wnuków Jonasza i Mateusza – ministrantów w naszym kościele. Trudno nie zauważyć, że przytulne mieszkanie Państwa Zofii i Bronisława Sadowskich jest centrum życia rodzinnego. Gdy rozmawiamy przy jubileuszowej kawie, w pokoju obok Jonasz i Mateusz odrabiają lekcje po szkole; wpada z odwiedzinami wnuczka Magdalena; potem dzieci wracają do swoich rodziców. Czują się w tym domu kochani, cierpliwie wysłuchiwani; od czasu do czasu wpadają po smakołyki, którymi Jubilaci obficie zastawili stół.

Rodzinne tradycje
W naszej rodzinie mamy taki zwyczaj – mówi Pan Bronisław, że w każdą niedzielę najpierw idziemy wszyscy na mszę świętą – na ogół o 10.30, a potem spotykamy się na kawie kolejno u każdego z nas tj. albo u nas domu, albo u syna lub u córki. Żartujemy, że jest to kawa „po pańsku”, bo niedzielną kawę pijemy w filiżankach przy elegancko nakrytym stole. Na co dzień pijemy swojsko – w kubkach. Bardzo lubimy te spotkania, bo możemy się nacieszyć sobą po całym tygodniu pracy i wymienić informacjami, co u kogo słychać. Podobnie jest z wieczerzą wigilijną, którą organizujemy każdego roku u kogo innego. Oczywiście każdy coś przygotowuje, aby wszystkim nie obarczać gospodarzy. To rodzinne biesiadowanie scala naszą rodzinę, nie wyobrażamy sobie bez tego życia.

Bogu chwała i wdzięczność
– O mało co nie doczekalibyśmy tego Jubileuszu – wspominają Jubilaci. Okazuje się, że 2 lipca br. pan Bronisław wybrał się wraz z synem na przejażdżkę rowerową. Nagle zaczęła nadciągać burza, na niebie pojawiły się czarne chmury, które z balkonu wypatrzyła pani Zofia i dała im znać telefonicznie; w lesie tego nie widzieli. Zaczęli więc w przyśpieszonym tempie wracać do domu; na szczęście Pan Bronisław jechał pierwszy, za nim syn Jacek. Nagle Pan Bronisław stracił przytomność, spadł z roweru; okazało się, że miał zawał serca. Syn przeżył trudne chwile, musiał ojca reanimować, wezwać pogotowie. W szpitalu w Ochojcu, gdzie został przewieziony Pan Bronisław – leczący go Profesor żartował: – Na następny raz przed tak męczącą przejażdżką rowerową niech Pan spojrzy w PESEL... To był prawdziwy cud i dar Bożej Opatrzności, że ten zawał nie chwycił mnie na przykład w takim momencie, gdy prowadzę samochód, albo gdybym był zupełnie gdzieś sam. Nie miałby mi wtedy kto udzielić pomocy, albo spowodowałbym, przy okazji wypadek... Teraz dziękuję Bogu za każdy dzień życia – mówi Pan Bronisław.

Wspólne początki
Powróćmy jednak do początków ich znajomości. Państwo Sadowscy pierwszy raz spotkali się na przystanku w Szopienicach w maju 1965 roku. Pani Zofia stała tam z koleżanką, miały zamiar pójść do kina, a Pan Bronisław z kolegą wybierał się w odwrotnym kierunku – do Sosnowca. Potem wrócili pod to kino i razem z dziewczynami szli na skróty przez teren działkowy. Zofia bardzo mi się już wtedy spodobała i po raz pierwszy zerwałem dla niej gałązkę bzu – wspomina Pan Bronisław. Na tym przystanku często się spotykali, bo Pani Zofia dojeżdżała do wieczorowego Liceum Pielęgniarskiego mieszczącego się w obecnym budynku Wyższego Śląskiego Seminarium Duchownego w Katowicach przy ul. Wita Stwosza 17, a Pan Bronisław dojeżdżał do Technikum Budowlanego w Bytomiu. Już w następnym, milenijnym 1966 roku wzięli ślub.

Z Szopienic do Brynowa
Po ślubie zamieszkali przy ulicy Siewnej razem z Mamą Pana Bronisława. Po kilku miesiącach urodził się nam syn Jacek – wielka radość! Ale nie było łatwo... Musiałam wrócić do pracy, dzieckiem zajmowała się opiekunka – wspomina Pani Zofia. Teściowa musiała bowiem pomagać wychowywać dziecko siostry męża. Mąż po ukończeniu Technikum podjął studia wieczorowe na Politechnice Śląskiej. Dzięki temu uniknął służby wojskowej, ale także zdobył bardzo dobry zawód. Ja wykonując zawód pielęgniarki musiałam pracować na 3 zmiany, często mijaliśmy się przez cały tydzień. Po ośmiu latach małżeństwa Pan Bóg obdarzył nas córką Agatą, zaczęliśmy tęsknić za własnym mieszkaniem. Po studiach mąż zaczął pracować w Miastoprojekcie i dzięki temu udało nam się w 1976 roku otrzymać własne „gniazdko” w bloku przy ulicy Brynowskiej. I tak trafiliśmy do naszej parafii, mieszkamy w nim do tej pory. Pomału dorabialiśmy się; finansowo nie było nam łatwo, ale byliśmy szczęśliwi i cieszyliśmy się z każdej rzeczy. Darzyliśmy się wzajemnym zaufaniem, tolerancją i przede wszystkim uczuciem miłości.

Recepta Jubilatów
Gdy zapytałam Jubilatów jaką mają receptę na tak udany związek małżeński zgodnie odpowiadają: – Zdarzały się nam „ciche dni”, ale nigdy tego nie widziały nasze dzieci. Wszystkie rodzinne relacje budowaliśmy zawsze na fundamencie wiary; to wynieśliśmy z naszych domów i staraliśmy się wpoić własnym dzieciom, a teraz pragniemy przekazywać wnukom. Wiara jest – naszym zdaniem – niepodważalnym pewnikiem, nie podlegającym żadnej dyskusji. Wszelkie życiowe niepowodzenia nas hartowały, nigdy nie poddawaliśmy się. Nikt z nas nie jest ideałem, a życie jest za krótkie, aby je sobie komplikować. Dzięki temu teraz możemy cieszyć się tak pięknym Jubileuszem.

Osiągnięcia zawodowe inż. Sadowskiego
Pan inżynier Bronisław Sadowski przez skromność nie powiedział mi, że jest bardzo cenionym rzeczoznawcą w specjalności konstrukcyjno-budowlanej. Prowadzi Projektowo-Usługową Pracownię Budowlaną. Ale pochwalił się, że projektował między innymi 3 kościoły: kościół pw. Podwyższenia Krzyża Świętego w Katowicach-Brynowie, kościół pw. Św. Alberta Chmielowskiego w Będzinie oraz kościół pw. Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Chorzowie-Maciejkowicach (razem ze śp. arch. Markiem Gierlotką). Zawsze też służy swoim doświadczeniem naszym proboszczom i parafii.

Wspólne podróże i pielgrzymki
Nasi Jubilaci, gdy poprosiłam ich o zdjęcia ilustrujące ten tekst w gazetce, z radością powiedzieli mi, że dopiero teraz mają czas i możliwości zwiedzania Polski i świata oraz pielgrzymowania do wielu miejsc świętych. Szczególnie miło wspominają pielgrzymkę do Ziemi Świętej, gdzie w Kanie Galilejskiej mogli odnowić przysięgę małżeńską. Trzykrotnie byli we Włoszech, między innymi na audiencjach u papieża Jana Pawła II i Benedykta XVI. Mogli pooddychać atmosferą Rzymu, Trydentu, Loppiano. Zaliczyli też Pragę, Wiedeń, Kolonię, Holandię, Litwę i Ukrainę. Te wspólne podróże i pielgrzymki także cementują ich małżeński związek, mają wiele wspaniałych wspomnień, do których chętnie wracają. Albumy ze zdjęciami w tym pomagają.

Życzenia dla Jubilatów
W domu Jubilatów spędziłam w minionym tygodniu bardzo miły wieczór przy dobrej kawce i pysznym cieście. Miałam okazję poznać historię ich małżeńskiego życia, która może być punktem odniesienia dla wielu młodych małżeństw borykających się z różnymi trudnościami. Wychodząc od Jubilatów byłam przekonana, że miłość, wzajemna pomoc, wierność Bogu i zasadom wyniesionym z rodzinnego domu – to fundament do stworzenia tak wspaniałej rodziny. Zapewniając o modlitwie – pozostaje mi życzyć szanownym Jubilatom w imieniu naszej parafialnej Wspólnoty – dobrej kondycji zdrowotnej, obfitych Bożych łask oraz wiele radosnych chwil spędzonych w gronie najbliższych. Szczęść Boże!

Krystyna Kajdan

Strona 1 z 7

Parafia
Najświętszych Imion
Jezusa i Maryi

ul. Przyklinga 12, 
40-551 Katowice-Brynów
tel. 32 251 86 60
brynow.jm@archidiecezja.katowice.pl


Msze Święte:

niedziele i święta:
7:30, 9:00, 10:30, 12:00, 18:00

dni powszednie:
8:00, 18:00

piątki
8:00, 16:30 (szkolna), 18:00


Nabożeństwa

Adoracja Najświętszego Sakramentu
czwartek 17:00 – 18:00

Nabożeństwo ku czci Serca Pana Jezusa
pierwszy piątek 8:30, 18:30


Kancelaria Parafialna

poniedziałek
9:00-10:00
wtorek, czwartek, piątek
9:00-10:00, 17:00-18:00

 

chrzty i roczki
1. niedziela miesiąca 12:00

 

protokoły przedślubne
po mszy św. wieczornej - po umówieniu


numer konta bankowego:
BOŚ: 05 1540 1128 2001 7050 4713 0001


 

Szukaj na stronie