Relacje

Jestem człowiekiem mojego Uniwersytetu Śląskiego

(Z panią profesor Krystyną Heską-Kwaśniewicz – laureatką tegorocznej Nagrody LUX EX SILESIA rozmawia Krystyna Kajdan)

KRYSTYNA KAJDAN: – Jako współparafianka śp. profesor Marii Pawłowiczowej czuję się w obowiązku, aby Pani Profesor – w imieniu naszych duszpasterzy i parafian pogratulować niezwykłego wyróżnienia ziemi śląskiej jaką jest Nagroda LUX EX SILESIA. Proszę przyjąć od naszej brynowskiej wspólnoty szczere gratulacje i wyrazy uznania!

PROF. KRYSTYNA HESKA-KWAŚNIEWICZ: – Dziękuję bardzo za gratulacje i pamięć.

Pani profesor Maria Pawłowiczowa zawsze z wielkim uznaniem mówiła o Pani dorobku naukowym w Uniwersytecie Śląskim. Jak Pani odebrała tę radosną wiadomość? Czy była to niespodzianka?

Odebrałam z zaskoczeniem i niepokojem. Nie lubię nagród i wyróżnień, prawdę mówiąc sądziłam, że otrzyma ją w tym roku znakomita uczona – profesor Dorota Simonides lub wybitny uczony, współtwórca Instytutu Onkologii w Gliwicach, powstaniec warszawski i społecznik – profesor Mieczysław Chorąży. Godnym kandydatem był też Tadeusz Kijonka – poeta, redaktor, społecznik. Poeta, jakiego jeszcze nie było na Śląsku i pewnie już nie będzie. Stało się inaczej, widocznie tak musi być...

Czym dla Pani Profesor jest ta nagroda? Czy także ukłonem w stronę Uniwersytetu Śląskiego, który zbliża się do Złotego Jubileuszu?

W tym roku Uniwersytet Śląski, mój Uniwersytet, obchodzi pięćdziesięciolecie istnienia. Jestem, z całą pewnością, człowiekiem Uniwersytetu i jestem z mojej Uczelni dumna i życzę jej nieustannego wzrostu.

Pierwszą laureatką tej zaszczytnej nagrody w 1994 roku była pani profesor Irena Bajerowa – wybitna językoznawczyni Uniwersytetu Śląskiego. Pani jest tegoroczną i 24 z kolei laureatką tej nagrody. Czy jest jakaś wspólna nić łącząca obie Panie?

Jestem uczennicą pani profesor Bajerowej, wprawdzie egzamin z historii języka zdałam u Niej na dostatecznie, ale była to ocena słuszna. Pani Profesor była wielką uczoną, znawczynią historii języka polskiego i badaczką języka religijnego oraz zmian w nim zachodzących po Soborze Watykańskim II. Dla dojeżdżającej całe życie z Krakowa Uczonej Śląsk stał się ojczyzną duchową. Współtworzyła tu uniwersytecką Solidarność, była prorektorem w roku 1981 i z tej funkcji usunięto ją w stanie wojennym, pobyt w areszcie zniosła z dystansem i filozoficznym spokojem. Dla wielu z nas stała się wzorem człowieka nauki. Już po przejściu na emeryturę często do Katowic przyjeżdżała na różne spotkania, a telefony od Niej zawsze pomagały przezwyciężać trudności osobiste i zawodowe.

Pełni Pani Profesor wiele ról społecznych: m. in. jest Pani żoną, matką, babcią, profesorem uniwersyteckim – jak udaje się Pani pogodzić sprawy rodzinne z tak bogatym dorobkiem naukowym?

Zofia Kossak na takie pytanie, kiedyś odpowiedziała, że pisze się najlepiej, gdy dzieci łażą po biurku. Rodzina uskrzydla, nie przeszkadza. Jest najważniejszym oparciem w życiu.

Jest Pani nie tylko profesorem, ale także harcmistrzynią. Jaką rolę w Pani życiu odegrało harcerstwo?

Harcerstwo jest moim światem, lekcją patriotyzmu, przyjaźnią, nauką dzielności, przygodą i najpiękniejszą wędrówką przez życie.

Ma Pani góralskie pochodzenie, ale swoje dorosłe życie związała Pani ze Śląskiem. Czy nadal kocha Pani góry?

Harcerstwo, literatura i góry tworzą nierozdzielną triadę w moim życiu. Teraz już nie wspinam się wyczynowo, ani nie chodzę po trudnych szlakach. Natomiast blisko współpracuję z krakowskimi „Wierchami” – znakomitym rocznikiem poświęconym tematyce górskiej i wrocławskim ośrodkiem badawczym przy Uniwersytecie Wrocławskim wydającym rocznik „Góry-Literatura-Kultura” i organizującym doroczne konferencje „górologiczne”. Góry są moim najważniejszym krajobrazem, który niosę pod powiekami przez całe życie, a jeśli raz w roku nie zanurzę rąk w Dunajcu – przestaję pisać.

I na koniec ostatnie pytanie: na jakie najważniejsze wartości chciałaby Pani Profesor zwrócić uwagę młodym pokoleniom jako drogowskazy życiowe dla nich?

Droga Pani Redaktor, cokolwiek odpowiem, zabrzmi jak banał, więc odpowiem: tylko być wiernym sobie i robić to, co się kocha – wtedy praca nie męczy!

Serdecznie dziękuję Pani Profesor za poświęcony czas i jeszcze raz proszę przyjąć wyrazy najwyższego szacunku i uznania.

Życzę powodzenia w pracy redaktorskiej i łączę moc serdeczności dla czytelników!


KRYSTYNY HESKIEJ-KWAŚNIEWICZ jubileusz 50-lecia pracy naukowej i dydaktycznej (fragmenty)

(…) Jej pisarstwu naukowemu obca jest postawa chłodnego dystansu, zarówno o problemach, jak też o pisarzach, których twórczości poświęcała swoje dociekania nigdy nie pisała z beznamiętnym obiektywizmem. Obiektywizm ów był dla niej istotny i respektowany na poziomie warsztatu badawczego, metod i narzędzi poznawczych, wyrażał się w rzetelnym stosunku do źródeł, w możliwie wielostronnej ich interpretacji. Obraz, który na tej podstawie tworzyła, nosił wyraźne znamię jej autorstwa, jej postawy wobec badanego zjawiska – pozytywnej lub, rzadziej, przeciwnej, ale zawsze wyraźnej, zakorzenionej w aksjologicznej, jasno formułowanej autorskiej orientacji. Można przypuszczać, że również jej literackie i badawcze preferencje, znajdujące wyraz w publikacjach, miały swe źródło w sferze wartościowań i przewartościowań etycznych. Często bowiem poszukiwała takich tematów badawczych, które wydobywając prawdę, zarazem „oddawały sprawiedliwość” twórcom i dziełom.
Postawę taką ukształtowała jej rodzina: matka Maria Dorota z Gaudników i Karol Heski – inteligenci o korzeniach ziemiańskich. Przyszła na świat 18 kwietnia 1940 roku w Krościenku nad Dunajcem (…). Jak mówi Jubilatka najwięcej w życiu po Bogu zawdzięcza Matce, Marii Dorocie Jadwidze, jej silnej osobowości i bardzo wyrazistemu systemowi wartości. Wartości narodowe i religijne dzieciom nie tylko przekazywano, Karolowi Heskiemu – Ojcu Jubilatki przyszło w latach okupacyjnych, a potem jeszcze w latach 50., złożyć boleśnie okupione ich świadectwo. Wysoko ceniona w domu rodzinnym była edukacja – pojmowana jako swoisty imperatyw, prawdziwy skarb godny gromadzenia. Ponadto ceniono i praktykowano racjonalną organizację pracy, ale także piękno i elegancję na co dzień. Ta pierwsza umiejętność pozwoliła późniejszej Uczonej zharmonizować dynamikę naukowej kariery z powinnościami i radościami życia rodzinnego i macierzyńskiego. Ta druga pozwoliła stworzyć dom, do którego chętnie przybywali bliżsi i dalsi, a także łączyć uniwersytecką godność postawy z kobiecym urokiem. Owa realizacja osobowości na wielu płaszczyznach, a nie tylko w jednym naukowym wymiarze, także na tej, której osnową jest uroda życia, jest – jak się wydaje – jednym ze źródeł swoistego „współczynnika empatii” obecnego w pisarstwie Krystyny Heskiej-Kwaśniewicz.
Podobne wartości etyczne jak dom rodzinny kształtowało również harcerstwo, z którym była związana przez wiele lat organizacyjnie, a przez całe niemal życie duchowo. Harcerstwo przywróciło jej dzieciństwo i młodość zawłaszczone przez czasy stalinowskie, a zarazem poprowadziło w głąb historii Śląska. Tutaj narodziły się przyjaźnie na całe życie – z Józefem Kretem, Adelą Korczyńską, Stanisławem Broniewskim – „Orszą”, naczelnikiem Szarych Szeregów.
Rzeczywistością, która ją zachwycała, w której harmonijnie łączyły się wszystkie te aspekty – piękno, sacrum i heroizm, były góry. Tam – w czasie wędrowania po Tatrach poznała Wiesława Kwaśniewicza swojego przyszłego męża, inżyniera, z zamiłowania taternika, którego rodzina, pochodząca z Żółkwi, osiadła jeszcze przed wojną w Brzezinach na Śląsku.
Niezwykłe, a przecież w owych czasach nierzadko typowe, drogi wiodły jej przodków, a potem ją samą ku Śląskowi jako ojczyźnie osiedlenia. Ojciec, Karol, pochodził z Krościenka nad Dunajcem, nauki pobierał w Krakowie, a na Śląsk – oczekujący wówczas na polskich nauczycieli – przyjechał w latach 30., aby podjąć pracę najpierw w szkole jako polonista, a potem jako kierownik dziekanatu pomaturalnego Studium Ekonomicznego (poprzedzającego powstanie Wyższej Szkoły Ekonomicznej). W roku 1939 został zmobilizowany w 73. pułku piechoty. Po klęsce wrześniowej uwolniony z obozu jenieckiego w Krakowie, powrócił na Sądecczyznę, gdzie w Ochotnicy pełnił funkcję sekretarza gminy. Zaangażowany w pracy konspiracyjnej AK, znalazł się w KL Auschwitz, a potem w innych obozach koncentracyjnych. Ponownie aresztowany został i skazany na przymusową pracę w kopalni w latach stalinowskich, gdy był wicedyrektorem Izby Rzemieślniczej w Katowicach.
Śląski szlak dla przyszłych pokoleń, już na trwałe z tą ziemią związanych, wyznaczyli także przodkowie Jubilatki ze strony matki. Dowódcą Śląskiego Pułku Piechoty, który 16 listopada 1918 roku przejął polską władzę w Cieszynie był generał brygady Franciszek Ksawery Latinik – brat prababki Bronisławy Latinik de Coboldo Gaudnikowej. Dziadkowie osiedli na jakiś czas w Cieszynie, skąd później przenieśli się do Katowic, gdzie dziadek Zygmunt Gaudnik, radca w Urzędzie Wojewódzkim, redagował czasopismo „Urzędnik”. W Katowicach, na balu w dawnym budynku Biblioteki Śląskiej poznali się rodzice Jubilatki. W roku 1938 połączył ich losy sakramentalnym węzłem małżeńskim ks. Emil Szramek, który był przyjacielem dziadka – Zygmunta Gaudnika. Wojenne wydarzenia zmusiły rodziców i dziadków do ucieczki ze Śląska w strony rodzinne ojca. Po zakończeniu wojny cała rodzina znalazła się w Katowicach, które dla nich stały się ziemią najbliższą. Tutaj po wojnie urodził się brat Jubilatki – Jacek Maria, tutaj po latach odeszli Jej Rodzice.

Minął rok

Dnia 19 lipca 2016 roku grupa 47 pielgrzymów z Tajwanu przybyła do Katowic i spędziła w naszej diecezji czas aż do 25 lipca rano. Z Katowic wyruszyła do Krakowa, gdzie uczestniczyła w Światowych Dniach Młodzieży. W trakcie pobytu odwiedzali różne ważne miejsca w naszym regionie, ale przebywali także w naszej wspólnocie parafialnej, bo mieszkali w domach i mieszkaniach naszych parafian, pozostawiając w sercach i umysłach ślady i wspomnienia. Pozostała więc pamięć tamtych dni, wspólne przeżycia, a także zapisane wspomnienia niektórych parafian, opublikowane w kilku numerach naszej gazetki „Parafia u Jezusa i Maryi”. W Tajwanie pielgrzymi także dzielili się refleksjami i wspomnieniami we własnych rodzinach i kręgach przyjaciół, w środowiskach własnych parafii i z innymi członkami Wspólnoty św. Jana. Część z nich opublikowana została w dwóch numerach tajwańskiego tygodnika katolickiego, oczywiście w języku chińskim, ściślej mandaryńskim. Te opublikowane wspomnienia przetłumaczone na język angielski otrzymałem ze sporym opóźnieniem i uznałem, że najlepiej będzie zapoznać z nimi naszą wspólnotę parafialną, w rocznicę ich pobytu w Katowicach. Krótki wstęp do tego tekstu napisała Wen Chi Ou, jedna z uczestniczek pielgrzymki. Ona również dokonała tłumaczenia tekstu z języka chińskiego na język angielski. Tłumaczenia z języka angielskiego na język polski dokonał Krzysztof Michalik. Poniżej relacje opublikowane w dwóch numerach tego tygodnika, wydawanego w starannej szacie graficznej.

Lipiec 2017, Henryk Goik


Światowe Dni Młodzieży w Polsce. Wspólnota św. Jana

(Katolicki Tygodnik Kościoła w Tajwanie – opublikowano: 23/10/2016 i 30/10/2016)

ŚDM odbyły się w 2016 roku w Polsce. Przylecieliśmy do Paryża 16 lipca, jako Grupa pielgrzymów ze Wspólnoty św. Jana. Później przekroczywszy Niemcy, dotarliśmy do polskiej diecezji w Katowicach. Przebywaliśmy tam do 24 lipca, aż do rozpoczęcia się wydarzeń poprzedzających ŚDM. Podczas pobytu w Katowicach odwiedziliśmy obóz koncentracyjny w Auschwitz, dyskutowaliśmy z młodymi z całego świata o dobru i złu, a także o relacji z Bogiem. Napotkaliśmy również rodziny z parafii, które podejmowały pielgrzymów. Później przenieśliśmy się do Krakowa na rozpoczęcie ŚDM. Podczas Światowego Tygodnia Młodych spotkaliśmy więcej młodzieży z całego świata, z którymi wymienialiśmy idee. Modliliśmy się z Papieżem Franciszkiem, braliśmy udział w sakramentach i wznosiliśmy pielgrzymkowego ducha na sam szczyt.

Po zakończeniu ŚDM nasza grupa wróciła do Francji, do sławnego miejsca pielgrzymkowego, zwanego Vézelay. Tam wyciszaliśmy się przy relikwiach św. Marii Magdaleny, wracaliśmy do świątyni naszych dusz, by kontynuować dialog z Jezusem. Z pełnym spokojem w duszy i ciele wróciliśmy do Paryża i podziwialiśmy uroki francuskiej kultury. Przepełnieni boskim błogosławieństwem, wróciliśmy do Tajwanu. Po powrocie z Polski nasza grupa spotkała się pod koniec sierpnia, gdy już trochę wróciliśmy do normalnego życia. Podzieliliśmy się refleksjami i owocami wyjazdu. Podczas spotkania o. Jean Damien zadał nam dwa pytania.
1. Czy zaobserwowaliście jakieś zmiany przed i po pielgrzymce?
2. Czy zaobserwowaliście zmiany, których pojawienia się oczekiwaliście?
Dzięki temu spotkaniu znaleźliśmy wiele nasion zasadzonych w nas przez Ducha Świętego. Teraz te ziarna są tylko niewielką częścią łaski. Mamy nadzieję, że damy radę przekazać radość płynącą z ewangelizacji innym ludziom, poprzez dzielenie się świadectwami.

Ojciec Jean Damien

Niewytłumaczalną Łaską Bóg obdarzył wszystkich. Kiedy w naszej grupie dzieliliśmy się świadectwami tej łaski, w mojej głowie pojawił się obraz: Góra lodowa, której jedna dziesiąta unosi się na powierzchni, a pozostała część pozostaje pod wodą, w głębi naszych serc. Jeśli chcesz, zachęcam Cię, abyś podzielił się nią z tymi, którzy nie wzięli, nie mogli wziąć udziału w ŚDM. Jak wszyscy wiecie, szansa na udział w ŚDM była wielką łaską. Wielu nie mogło z niej skorzystać, gdyż byli ograniczeni limitami czasowymi, finansowymi itp. Waszą więc misją jest opowiedzenie jak największej ilości osób o tej niepojętej łasce Boga. Kiedy będziecie się nią dzielić, pamiętajcie, że jest w niej wciąż te 9/10 góry lodowej. Góra lodowa jest boskim sekretem, który będzie powoli na was wpływał. Będzie jak skarb, który zostanie z wami na całe życie i pomoże wam wydać dobry owoc w przyszłości. Mam nadzieję, że liczycie na te 9/10 części z całości, które należą do sekretu Boga. Nie martwcie się, Jezus was poprowadzi. Możecie mu zaufać i pozwolić mu wzbudzać w was dobry owoc. Nie traćcie okazji, by podlewać nasiona. W przyszłości będą one skarbem Kościoła w Tajwanie.

Lin, Xuan – Yu
Siła mojej wiary

1.  Być silniejszy w tym, w co wierzyłem do tej pory. Zrozumieć zamysł mojego religijnego życia. Pogłębiać moją Chrześcijańską tożsamość. Dzielić się z innymi.
2.  Nie jest mi łatwo zaoferować pomoc, zazwyczaj jestem bierny. Z drugiej strony zazwyczaj odrzucam pomocną dłoń wyciągniętą przez innych. Widzę, że mam również problem w relacjach z dorosłym.

Wu, Ting-Yu
Plon z ŚDM

1. Podczas ŚDM cudowna opieka i zaangażowanie nieznanych ludzi bardzo mnie poruszyło. Ci katolicy, którzy pierwotnie byli rozsiani po całym świecie spotkali się i pokochali. Każdy uścisk i każdy uśmiech, każda życzliwość to dogłębne wspomnienie.
2. Każdy stworzony przez Boga jest wyjątkowy, niepowtarzalny. Każdy ma inne spojrzenie na świat, odmienne stanowisko i własne problemy. Te różnice tylko my możemy zatrzymać i wsłuchać się w nie, by poznać charakter każdego i sprawić, byśmy uczyli się od innych.
3. Wiele rzeczy na mnie wpłynęło: kultura, język, myślenie itp. Zaczęłam zastanawiać się nad koncepcjami, które kiedyś nie przyszłyby mi do głowy – studia za granicą, projekty wakacyjne, aplikowanie do instytutu czy przejście na wegetarianizm.
4. Chciałabym traktować innych bardziej pozytywnie, spojrzeć przez chwilę na świat z ich perspektywy.
5. Jakie są moje oczekiwania względem samej siebie?
•  Zrozumieć głębiej naszą wiarę, spontanicznie wzmacniać więź z Bogiem i wplatać Jego Łaskę w codzienne życie.
•  Być w kontakcie z nowymi przyjaciółmi z ŚDM, z naszą grupą, ze znajomymi z Polski.
•  Być bardziej przyjazną dla otoczenia, pracować nad swoim charakterem.
•  Przemyśleć ostatnie wydarzenia i wszystko, co otrzymałam podczas tego miesiąca. Opuścić moją strefę komfortu, gonić moje marzenia z odwagą.
•  Z miłości do środowiska zacząć segregować odpady, przejść na wegetarianizm i chronić naturę.

Hsieh, Flora
Przemiana po ŚDM

1.  Teraz mogę dzielić się moimi przemyśleniami i życiem odważnie i z poczuciem wolności, zamiast w ciszy i izolacji chować się przed lękami.
2.  Spodziewam się mieć odwagę, aby wraz z innymi dzielić się obowiązkami. Gdy stanę naprzeciw nieznanego wyzwania zmierzę się z nim z pomocą towarzyszy, zamiast walczyć sama w nastroju totalnego rozczarowania.
3.  Chciałabym przebaczyć innym i odbudować relację z nimi. Patrzeć na ludzi z czułością.

Lang, Pei-Ying
Moja przemiana po powrocie z ŚDM

W zasadzie, to po powrocie z ŚDM byłam rozdrażniona. Było tyle rzeczy do dokończenia, tyle obowiązków i kłopotów wywierających na mnie presję. Próbowałam więc przezwyciężyć to poprzez ćwiczenia i modlitwę. Zauważyłam, że stałam się odważniejsza i ofensywniejsza dzięki dzieleniu się z przyjaciółmi i rodziną. Odkryłam głębszą więź z Bogiem.
Chcę wypracować u siebie nawyk codziennego czytania Biblii. Nie chcę zapomnieć tych emocji i wrażeń, które otrzymałam podczas ŚDM. Chcę stawiać czoło codzienności tak, by pozostać sobą. Nawet w najzwyklejszym momencie będę pamiętała, że Bóg jest z nami, tak jak i wszystkie te doświadczenia z ŚDM. Wtedy wszyscy zobaczyliśmy Boskie działanie.

Chen, Ying-Han
Moje serce osiągnęło spokój

1.  Pokój wypełnił moje serce, pozwolił zmierzy się z rodzinnymi problemami i wspomógł mnie w walce z depresją. Pomógł mi także w opanowaniu mojego temperamentu, głębszym poznaniu innych ludzi. Dzięki niemu lepiej radzę sobie w kontaktach międzyludzkich.
2.  Są takie badania, które mnie interesują, ale aż do tej pory nie potrafiłam się zdecydować. Mam nadzieję, że odnajdę w sobie siłę i entuzjazm, by podołać temu zamysłowi.

Kelvin Lei
Nasiona ŚDM kiełkują

Po podróży wiele zmieniło się w moim życiu. Nasiona ŚDM zaczynają kiełkować.
1.  „Dobro i zło znajduje się w każdej idei. Wszystko zależy od punktu widzenia” Odkryłem, że mam lepszą relację z otoczeniem. Mój temperament się poprawił, rzadziej się denerwuję. Tak długo, jak rozumiem przyczynę, zmieniam swój kąt patrzenia, a rzeczy się zmieniają.
2.  „Stań się bożym narzędziem”. To zdanie wzmogło u mnie determinację do osiągnięcia celu. Chciałbym zawsze być serdeczny, ponieważ pragnę uczynić świat lepszym.
3.  „Gdy ludzie są cenieni, zyskują poczucie własnej wartości i przynależności w swoim sercu”. Z powodu tego zdania chcę stać się motywatorem dla innych.

Chen, Cai – Chi
By doświadczyć piękna świata i ponownie zrozumieć Boga. Przygotujcie ducha, bądźcie gotowi do startu.

W czasie całego ŚDM osiągałam wiele rzeczy, jedne po drugich. Już na samym początku, podczas rejestracji moja rodzina i przyjaciele nie wierzyli, że moje przedsięwzięcie się powiedzie. Mówili, że Polska jest za daleko, nie podróżuje tam wiele osób i że z powodu bariery językowej nie dam sobie rady. Jednakże ja się nie martwiłam wyprawą. Musiałam tylko przygotować mój umysł i bagaż. Tylko dlatego, że wierzyłam, iż Bóg jest zawsze z nami. W razie problemów lub wyzwań on zawsze jest przy nas i wspiera nas.
Co mnie poruszyło:
•  Najbardziej podczas całej podróży zaimponowały mi dwie rzeczy. Po pierwsze słowa o. Jeana Damiena. Jestem marudą, łatwo się zniechęcam. Zwłaszcza wtedy, gdy byliśmy w Krakowie. Nasz grafik był bardzo napięty i wypełniony po brzegi. Wzmagało to we mnie negatywne emocje, które powoli sięgały szczytu mojej cierpliwości. Było to dla mnie ciężkie wyzwanie, z którym musiałam się zmierzyć. Pewnego dnia o. Jean Damien powiedział: „Może to jest łaska, którą daje Ci Bóg. Ucz się i zaakceptuj ją”. Od tamtej chwili, gdy odzywają się we mnie negatywne emocje, wracam do tych słów i powoli dostosowuję się i uspokajam te uczucia. Drugą rzeczą, która mnie poruszyła, był dar, który otrzymałam.
•  Podczas ostatnich dni w Katowicach, goszczące nas rodziny z parafii dały nam wszystkim grupowe zdjęcie z podpisanymi uczestnikami. Byłam bardzo poruszona, z trudem powstrzymałam łzy.
•  W trudnych dla mnie momentach moi przyjaciele i inne osoby zawsze mi pomagały. Ich chęć do pomocy i zaangażowanie podnosiło mnie na duchu.
Co zmieniło się we mnie po ŚDM?
•  Największą różnicą jest moje podejście do wyzwań. Teraz chętniej zawalczyłabym o swoje, zamiast poddać się i później żałować. Grupa, do której dołączyłam spędziła w Europie 24 dni. Nie była to całkowicie komfortowa wyprawa. Jednak dzięki niej jestem gotowa stawić czoło każdemu wyzwaniu, które napotkam w moim życiu.
Wdzięczność, wdzięczność i wdzięczność!
Po zakończeniu pielgrzymki chciałabym podziękować mojej najdroższej rodzinie. Za ich wsparcie, dzięki któremu mogłam cieszyć się każdą chwilą z Bogiem. Drugie podziękowania należą się moim przyjaciołom, za ich pomoc, za przejęcie moich obowiązków, dzięki czemu mogłam opuścić pracę na chwilę i przeżyć niezapomniane chwile podczas ŚDM. Po trzecie pragnę podziękować każdemu, kto w jakikolwiek sposób wsparł mnie w ciągu mojego życia. Wszyscy jesteście siłą, która pcha mnie naprzód. I na koniec pragnę podziękować Bogu, bo dzięki Niemu ta cała podróż mogła wyda dobry plon.

Wielki Czwartek na Jasnej Górze

Corocznie na Jasnej Górze w Wielki Czwartek, z uderzeniem godziny 4-tej rano, odbywa się zmiana sukienki na cudownym obrazie Najświętszej Panny. Tej uroczystej i wiekami uświęconej ceremonii dopełniają ojcowie paulini przy zamkniętych drzwiach świątyni i bramach klasztornych, raz, aby uniknąć natłoku ludu napływającego na uroczystości wielko-czwartkowe, powtóre, ze względu na szczupłość miejsca, w którem ta ceremonia się odbywa. Jeszcze zwykle ciemno, gdy na korytarzach pojawiają się ojcowie paulini, śpieszą do zakrystii, otwierają skarbiec i dążą po schodach ku małej celce, przylegającej z tyłu górnej części ołtarza Przenajświętszej Matki Zbawiciela. Przyklękają wszyscy, poczem dwóch paulinów, przybranych w komże i stuły, wyjmuje obraz z ołtarza, składając go na stole przybranym w obrus, przy świetle świec, ustawionych w górnej stronie cudownego obrazu. Zakonnicy rozpoczynają modlitwy pod przewodnictwem przeora, po skończeniu których zdejmują koronę i sukienkę drogocenną i odnoszą ją do skarbca, skąd przynoszą drugą w jej miejsce. Obraz odkurzają i kładą na nim welony, obrazki, koronki, także medaliki i krzyżyki osób obecnych, pragnących, aby te ich przedmioty dotknęły świętej relikwii. Do ćwieczków na obrazie osobnemi narzędziami za pomocą drutu przymocowują koronę, aniołów i sukienkę. Po przybraniu obrazu przeor odmawia litanię do Najświętszej Marji Panny, po ukończeniu której znowu dwóch zakonników wstawia obraz do ołtarza. Świadkowie tej wzruszającej ceremonji opowiadają, że widok zbliska cudownego oblicza Najśw. Marji Panny Jasnogórskiej kruszy serca obecnych i łzy i z oczu wyciska, a na usta przywodzi nieraz modlitwę:

    Wiek to wiekowi ogłasza:
    na Jasnej Górze – to Matka nasza!
    Ciebie widziano w pobożnej radzie,
    i kierowniczką w domowym ładzie,
    zapalającą serca ołtarze,
    niosącą radość na łzawe twarze.

Zygmunt Gloger (Rok Polski)

PS.
Obecnie istnieje dziewięć sukienek nakładanych na obraz Matki Boskiej Częstochowskiej:
Sukienka brylantowa (diamentowa) z XVII wieku,
Sukienka rubinowa (wierności) z XVII wieku,
Sukienka koralowa z 1910,
Sukienka milenijna (tysiąclecia) z 1966,
Sukienka koralowa (koralowo-perłowo-biżuteryjna) z 1969,
Sukienka sześćsetlecia (koralowo-perłowa) z 1981,
Sukienka sześćsetlecia (złota) z 1982,
Sukienka bursztynowo-brylantowa (zawierzenia Totus Tuus) z 2005,
Sukienka wdzięczności i miłości, cierpienia i nadziei narodu polskiego z 2010.

O świętym Józefie – z nadzieją i wdzięcznością…

W ubiegłą środę zakończyły się nasze parafialne rekolekcje wielkopostne, które prowadził ks. Tadeusz Skrzypczyk – moderator Odnowy w Duchu Święty w Archidiecezji Katowickiej.

Mówił nam o tym, że Bóg kocha nas miłością nieskończoną, że Jezus powinien być w centrum naszego życia, że Niepokalane Serce Maryi zwycięży, mówił wiele ciekawych rzeczy o świętym Janie Pawle II, o dzieciach fatimskich, a nade wszystko starał się nas zaprzyjaźnić z Duchem Świętym. Mocnym przeżyciem była wtorkowa ewangelizacja, uwielbienie i modlitwa o uzdrowienie duszy i ciała. Każdy z nas inaczej to przeżywał, każdemu z nas co innego w sercu pozostało. Ku mojemu zaskoczeniu wielkim, a zarazem cichym bohaterem tych rekolekcji był św. Józef. Bo to jemu właśnie – czczonemu w kaplicy Wspólnoty Życia w Maryi: „Magnificat” w Żorach ks. Skrzypczyk obiecał wraz ze swoją Wspólnotą zawieźć wszystkie nasze modlitwy i pragnienia, te napisane na karteczkach i te nawet nie wypowiedziane…

O św. Józefie ks. Tadeusz mówił z ogromną nadzieją i ufnością twierdząc, że skoro opiekował się Maryją i Jezusem, a teraz całym Kościołem, to dlaczego nie miałby wyprosić łaski nam – parafianom z Brynowa? I mimo woli w moim sercu zrodziło się wiele refleksji ze św. Józefem w tle.

*   *   *

Urodziłam się jako córka Józefa, więc imię to jest mi bardzo bliskie. Od najmłodszych lat byłam mocno związana z moim Tatą, gdyż to właśnie on – jeszcze przed rozpoczęciem szkoły podstawowej – nauczył mnie pisać i czytać. W długie zimowe wieczory cierpliwie odpowiadał na moje dociekliwe pytania i w ten sposób poznawałam poszczególne litery, sylaby, zdania… Jednym słowem Tato podarował mi piękno zaczarowane i zaklęte w dwóch prostych zajęciach: „pisać” i „czytać”. Podobno opanowałam je w jedną zimę w wieku 5 lat! Dzisiaj z pełną świadomością mogę stwierdzić, że czytanie i pisanie to dwa piękna konkurujące ze sobą na arenie mojego umysłu i serca, na arenie mojej życiowej pasji. Zawody te nigdy nie zostaną rozstrzygnięte, bo czytać lubię w takim samym stopniu jak pisać.

*   *   *

Do pierwszej Komunii świętej przystępowałam z białą lilią św. Józefa w ręku. Taki był wtedy zwyczaj w rejonie Wadowic. Ten symbol niewinności pozostał w mej pamięci nie tylko jako radosny znak obecności Pana Jezusa w moim sercu, ale również jako wyraz niezwykłej szlachetności św. Józefa – opiekuna Świętej Rodziny. Św. Józef obecny w betlejemskiej grocie przy narodzinach Dzieciątka Jezus – był więc także obecny – poprzez tę białą lilię – przy moich narodzinach dla Jezusa w Eucharystii. Z perspektywy czasu widzę, że było to najważniejsze wydarzenie w moim życiu.

*   *   *

Wychowywałam się w rejonie Wadowic, a tam u karmelitów na Górce istnieje słynne sanktuarium św. Józefa. Imieniny mojego Taty nierozerwalnie łączyły się z radosnym odpustem w tej świątyni, gdzie czczony jest cudowny obraz jego patrona. Obraz ten został trzynaście lat temu – 19 marca 2004 r. przyozdobiony szczególnym wotum – papieskim Pierścieniem Rybaka Ojca Świętego Jana Pawła II. W tym właśnie kościele modlił się i wzrastał duchowo od najmłodszych lat Karol Wojtyła – obecnie Święty Jan Paweł II. Swoją wdzięczność wyrażał na różne sposoby, także poprzez wspomniany pierścień.

*   *   *

Cały Kościół szuka u św. Józefa takiego samego oparcia, pomocy, ochrony i spokoju, jakie on potrafił zapewnić Świętej Rodzinie z Nazaretu. Jego opieka obejmuje przede wszystkim ludzi dążących do świętości pośród zwyczajnej, codziennej pracy. Obejmuje rodziny chrześcijańskie i tych, którzy wkrótce opuszczą świat, udając się do Domu Ojca. Patronat św. Józefa nad Kościołem jest przedłużeniem jego opieki sprawowanej nad Jezusem Chrystusem, Głową Kościoła i nad Maryją, Matką Kościoła. Społeczność Kościoła dojrzała do takiego przekonania i ustami papieża bł. Piusa IX w XIX wieku ogłosiła go Patronem Kościoła powszechnego. Ojcostwo św. Józefa odnosiło się nie tylko do Jezusa, lecz wciąż odnosi się do całego Kościoła, który kontynuuje na ziemi zbawczą misję Chrystusa. Wyrazem tego jest włączenie przez papieża Jana XXIII imienia tego świętego do Kanonu Rzymskiego, aby wszyscy chrześcijanie czcili jego pamięć.

*   *   *

Lubię „swoje” miejsce w naszym kościele przy płaskorzeźbie św. Józefa. To pewno jego bliska obecność sprawia, że czuję się tu „jak u siebie”, a w czasie czytania Słowa Bożego nie mam tremy. Polecam mu w czasie modlitwy nie tylko własne sprawy, ale całej naszej parafii i wszystkich mieszkańców poszczególnych ulic. Aby Bóg nam błogosławił, obdarzał radością i pokojem. Często polecam mu mojego zmarłego ojca i parafian noszących to rzadko już dzisiaj spotykane imię. Święty Józefie, patronie nasz, módl się za nami, módl się za nami, módl się za nami! I wypraszaj nam łaski, o które prosiliśmy w czasie parafialnych rekolekcji. Jesteś patronem dobrej śmierci. Wypraszaj nam także łaski na ostatnie chwile naszego życia. O to warto się modlić!

Krystyna Kajdan

Jeszcze o pobycie młodzieży z Tajwanu w naszej parafii

Wprowadzenie do tekstu Wen Chi Ou

W moim wspomnieniu o wizycie pielgrzymów z Tajwanu w naszej parafii, a konkretnie tych którzy gościli w naszym mieszkaniu w Katowicach („Pątniczki z Tajwanu, Kilar i gladiole” – gazetka parafialna z 2 października 2016) napisałem, że najstarsza z goszczących w naszym domu Wen Chi Ou obiecała przesłać nieco więcej uwag o samym spektaklu ewangelizacyjnym ukazywanym na ulicach Katowic oraz w naszym kościele parafialnym dnia 24 lipca 2016 r. Spełniła swoje przyrzeczenie i w związku z tym przekazuję jego przetłumaczoną treść.

Autorka Wen Chi Ou prezentuje swoją relację w skrótowej formie, ale w dość zaskakujący sposób, poprzez jej podzielenie na kilka zwięzłych samodzielnych części, nie tylko o treści przedstawienia. W ten sposób opowiada również o społeczeństwie mieszkańców Tajwanu i o procesie tworzenia spektaklu. Odpowiada też w pewnym sensie na domniemane pytania. Niczego nie ukrywa; także ludzkich słabości, a nawet zniechęcenia przy realizacji. Trzeba pamiętać, że uczestnicy tej pielgrzymki pochodzili z różnych miejsc Tajwanu i mieli swoje obowiązki oraz zajęcia (naukę i pracę). Sądzę, że dla naszych parafian, którzy pamiętają to przedstawienie, będzie to przypomnienie jego treści, a także miłe utrwalenie faktu ich wizyty wzbogacającej parafian. Dla tych, którzy nie widzieli będzie to relacja z wydarzenia. Bardziej trwałym i widocznym ważnym świadectwem ich pobytu jest niewątpliwie wykaligrafowany zwój z tekstem błogosławieństwa po chińsku: Błogosławieni miłosierni albowiem dostąpią miłosierdzia, zawieszony na ambonce w naszym kościele. Ale i wydrukowany tekst relacjonujący spektakl i zachowany w domu może być trwałym śladem tamtych dni.

Widziałem także kilka innych prezentacji ewangelizacyjnych w Katowicach w trakcie pobytu młodzieży – pielgrzymów Światowych Dni Młodzieży i chciałbym wyrazić własną opinię, że mimo nadzwyczaj skromnych możliwości co do teatralnych rekwizytów, konieczności odbycia dodatkowych prób jeszcze w Katowicach, prezentacja młodzieży z Tajwanu była nadzwyczaj udana, wyróżniająca się, a jej treść nadto poruszająca. Wysoko też oceniam wartości poznawcze zawarte w tym dramacie.

Henryk Goik


Ewangeliczna przypowieść młodzieży z Tajwanu na polskich ulicach

Grupa młodzieży z Tajwanu zmierzająca do Krakowa na Światowe Dni Młodzieży 2016, zatrzymała się na parę dni w Katowicach, gdzie trzykrotnie wystawiła przygotowane przez siebie przedstawienie.

Bez napisów i tłumaczenia, w przedstawieniu pokazano prawdziwe życie i różnorodność religijną w społeczeństwie tajwańskim, jak i historię zmagań człowieka i jego uzdrowienie. Przypowieść ukazuje tajwańską dziewczynę, która nie przejmuje się swoim życiem i ma do niego stosunek obojętny. Pewnego razu po kłótni z rodziną wychodzi się czegoś napić, ale jest zaczepiona i zraniona w ramię. Na początku toczy wewnętrzną walkę, nie wie czy powinna się zemścić, czy nie. Doświadcza jednak wielu aktów życzliwości ze strony innych ludzi, co zmienia jej sposób myślenia. W końcu spotyka w kościele Jezusa i odkrywa w sobie siłę i pokłady miłości. Wybacza swoim wrogom i doświadcza spokoju i uzdrowienia.

Przedstawienie opiera się głównie na ruchu i ekspresji mającej na celu odzwierciedlenie wewnętrznych uczuć bohaterki. „Sternikiem” stojącym poza sceną jest Br. Ismael z Communaute Saint-Jean (Wspólnoty św. Jana).
Zajmował się on wszystkim, od zbierania materiałów po muzykę, taniec i reżyserię. On również zachęcał młodzież do wystąpienia na scenie. Nikt z aktorów nie posiadał doświadczenia aktorskiego, dlatego też przedstawienie stanowiło duże wyzwanie dla wszystkich.

Miłosierdzie

Przywołując cel przedstawienia, Br. Ismael powiedział, że zostało przygotowane specjalnie na Światowe Dni Młodzieży. Zdecydował się skupić na istocie miłosierdzia, odpowiadając jednocześnie na tegoroczny temat przewodni: „Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią” (Mt 5:7).

W tym przedstawieniu główną rolę gra młoda zbuntowana dziewczyna pochodząca z tajwańskiego środowiska, mocno zróżnicowanego pod względem religijnym. Ukazane jej różne stany emocjonalne: stres, konflikt, frustracja oraz rozczarowanie mają na celu, pobudzenie publiczności do refleksji. Punktem kulminacyjnym jest moment, kiedy dziewczyna spotyka Jezusa w swoim życiu i doświadcza uzdrowienia, a jej rany na ciele i w umyśle goją się. Odwaga czerpiąca swoje siły z miłości pozwala jej wybaczyć. Br. Ismael powiedział, że wierzy, iż najbardziej wyjątkową i cenną nauką Jezusa Chrystusa jest „Miłujcie waszych nieprzyjaciół; dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą… i módlcie się za nich…” (Mt 5:44). Nie ma nic bardziej poruszającego niż Boże Miłosierdzie i ta idea stała się istotą tej opowieści. Tajwańska młodzież za każdym razem przygotowuje na Światowe Dni Młodzieży przedstawienie przybliżające ich kulturę. Br. Ismael ma nadzieję, że ta tradycja się utrzyma i będzie pomostem dla zrozumienia kultury Tajwanu.

Złożoność sytuacji religijnej w Tajwanie

Aby zwykła młoda dziewczyna mogła powoli odkrywać obraz społeczeństwa tajwańskiego, zespół przygotował trzy duże sceny: rodzinny stół, świątynię buddyjską oraz kościół w Tajwanie. Wszystkie scenerie stanowiły kalkę rzeczywistych obrazów. Pokazywały różne grupy religijne w społeczeństwie oraz interakcje między nimi, które Br. Ismael obserwuje w Tajwanie od dwóch lat. Jego obserwacje pokazują, że pomimo różnorodności religijnej zawsze są ludzie dobrzy, hojni i chętni do pomocy. To co charakteryzuje środowisko religijne Tajwanu jest wynikiem imigracyjnej historii społeczeństwa. Różnorodność religijna w Tajwanie jest bogata, a jej udokumentowana historia bardzo młoda. Większość ludzi jest wyznawcami buddyzmu lub taoizmu. Tylko 1% populacji stanowią katolicy.

Ta przypowieść pokazuje różne kultury Tajwanu i tolerancję jako cechę jego społeczeństwa.

Współpraca

Przed wyjazdem do Polski, odbyły się tylko trzy próby. Na początku niewiele osób miało ochotę brać udział w tym przedstawieniu i jego realizacja wydawała się niemożliwa. Br. Ismael i lider grupy Luqi zaczęli zapraszać każdego indywidualnie i w ten sposób udało się zebrać cały zespół. Jednak za każdym razem kogoś brakowało na próbie i inni członkowie zespołu musieli ich zastępować, ucząc się tym samym wszystkich kwestii. Był to trudny okres wymagający dużego nakładu pracy poza sceną. Aktorzy nie mieli czasu na ćwiczenia, narzekali, przerywali próby. Pojawiły się sugestie, aby zrezygnować z tego przedsięwzięcia. Mimo wszystko przed debiutem w Katowicach udało się spektakl dopracować i zaprezentować.

Autorka: Wen Chi Ou (tłum. Jolanta Fusiarz)

Pątniczki z Tajwanu, Kilar i gladiole

W lipcu 2016r z okazji Światowych Dni Młodzieży (Ś.D.M.) miały miejsce diecezjalne odwiedziny pielgrzymów, które dostarczyły wielu wrażeń i wzruszeń, i które dla każdej przyjmującej pielgrzymów rodziny miały zapewne różne znaczenia, niekiedy i symboliczne, ponadrealne a nawet kreujące przyszłość.

W czerwcu 2014 r. skorzystałem z zaproszenia i w gronie przyjaciół wziąłem udział w wycieczce do Chin (ściślej do Chińskiej Republiki Ludowej), specjalnie zaprogramowanej. Wyjazd był dla mnie ważny, bo dzięki niemu, przynajmniej formalnie, zakończyłem zapoznawanie się z krajami otaczającymi Laos – ten Laos w którym spędziłem sporo ponad cztery lata swego życia. Uzupełniającym moim zamysłem było, aby poznać te pięć krajów, z którymi Laos graniczył. Chiny były tym ostatnim – którego nie dotknąłem. Po tej podróży napisałem, a w grudniu 2015 wydałem, książkę będącą rodzajem relacji z tej wędrówki pt. „Chińskie przystanki” . Wspomniałem w niej pod koniec, czego mi zabrakło. A zabrakło właśnie kontaktów z Chińczykami, zwłaszcza możliwości spotkania wierzących katolików lub innych chrześcijan oraz możliwości zwiedzenia peryferii Chin tj. szczególnie prowincji Yunan graniczącej swoimi ziemiami z północnym Laosem.

Zaspokajałem ten brak lekturą książki Liao Yiwu pt. „Bóg jest czerwony. Opowieść o tym, jak chrześcijaństwo przetrwało i rozkwitło w komunistycznych Chinach”. Książka wydana w 2014 obejmuje 18 spotkań – wywiadów z chrześcijanami, głównie zresztą ze wspomnianej prowincji Yunan. W ten sposób, nie rozmawiając z nikim osobiście, mogłem jednak poznać tamtejsze życie, zwłaszcza jego najbardziej dramatyczne etapy. Czytałem wywiady, w których chińscy chrześcijanie relacjonowali swoje lub bliskich zmagania, a niekiedy męczeńską śmierć za wiarę. Czyż jeszcze mogłem narzekać na poznawczy niedosyt i pragnąć czegoś więcej? Pan Bóg dał wszystko czego oczekiwałem, a nawet ponad to, gdyż żadną miarą nie mógłbym już fizycznie wędrować po dróżkach i górskich ścieżkach prowincji Yunan, która była mi najbliższa, bo dotykała Laosu. Zafascynowany nadto niezwykłymi, tradycyjnymi ogrodami chińskimi, na ostatnim etapie pisania swojej relacji znalazłem swój ogród duchowy w kaplicy Karmelitanek w Bornem Sulinowie. Otrzymałem wszystko i mogłem tylko gorąco dziękować za otrzymane dary. Myślałem, że „przygoda” chińska w moim przypadku jest zamknięta.

Tymczasem w kościele parafialnym pw. Najświętszych Imion Jezusa i Maryi w Brynowie poproszono wiernych o przyjęcie pod własny dach pielgrzymów Światowych Dni Młodzieży w Krakowie na kilkudniowy okres przed ich wyjazdem do Krakowa. Bez zwłoki zgłosiłem wolę przyjęcia w imieniu żony i własnym czterech osób.

Na pewnym etapie dostarczanych stopniowo informacji, dowiedzieliśmy się, że pielgrzymi w Katowicach stanowić będą dość jednolitą, choć międzynarodową grupę tj. Wspólnotę Świętego Jana. Szczególnie zaś interesująca była dla mnie wiadomość, że pielgrzymi przybywający do naszej parafii będą – i owszem – z tej Wspólnoty, ale są zarazem Chińczykami – obywatelami Republiki Chińskiej, czyli inaczej z wyspy Tajwan (zwanej kiedyś Formozą). A więc odwiedzą nas „Tajwańczycy” i tego kreślenia, nie wystarczająco precyzyjnego, w skrócie dalej będę używał. Nie przypuszczałem, że będzie to dla mnie jeszcze jeden przystanek chiński, jeszcze jedna przygoda z Chinami. Dotarłem do informacji na temat bardzo interesującej i szybko rozwijającej się Wspólnoty Świętego Jana, która zawędrowała także na wyspę Tajwan i to niedługo po powstaniu. Obecnie jest tam czterech braci. Nic o tej Wspólnocie wcześniej nie wiedziałem. Uzupełniłem też wiedzę o historii, aktualnej sytuacji politycznej i zależnościach pomiędzy Chińską Republiką Ludową oraz Republiką Chińską. Jako takie zrozumienie fenomenu historycznego i zależności jest kluczem do wiedzy o tym, jak postrzegają Tajwańczycy (a więc nasi goście) sami siebie w kategoriach obywatelskich i politycznych w dzisiejszych realiach.

Po mszy św. o godz. 18.00 w dniu przyjazdu tj. 19 lipca 2016 liczyliśmy na niezbyt długi czas oczekiwania naszych – już w sercach – pielgrzymów. Informacje się zmieniały tak dalece, że kiedy podano dość pewną wiadomość, że grupa wyjeżdża z Częstochowy dopiero o godzinie 19.25 wróciliśmy do domu, aby po godzinie wrócić ponownie. Wcześniej jednak zdążyłem się dowiedzieć, że do nas przybędą cztery panny, a nie młodzieńcy, jak to usłyszałem na wcześniejszym spotkaniu. W grupie 47 pielgrzymów z Tajwanu dziewcząt było zresztą więcej niż chłopców.

Na powitanie gości przyjechali wnukowie z Krakowa. Oczekiwałem wraz z grupą parafialną przed kościołem i moim starszym wnukiem Krzysiem. Krzyś wraz z ks. Łukaszem i grupą młodzieży parafialnej dzielnie wymachiwał flagą Światowych Dni Młodzieży. Natomiast wśród oczekujących przed kościołem byli przede wszystkim pozostali organizatorzy z parafii, przedstawiciele rodzin przyjmujących oraz inni parafianie, którzy przybyli po prostu, aby powitać pielgrzymów. Długie oczekiwanie tłumaczyłem sobie miłym sercu przypuszczeniem, że goście nie śpieszą się z odjazdem od naszej Matki Bożej, naszej Czarnej Madonny. Jasna Góra była bowiem pierwszym przystankiem z wielu przewidzianych w ramach harmonogramu spotkań przygotowanych przez naszą diecezję.

Wreszcie się pojawili. Wychodzili zmęczeni, a obok nich rósł stos bagaży wyładowywanych z przepastnych pojemników potężnego francuskiego autobusu. Usiłowałem odgadnąć kto z nich pojawi się pod naszym dachem, patrząc intensywnie na twarze i głowy, z których wiele okrytych było dużymi kapeluszami. Pobyt w kościele nie trwał długo ze względu na późną porę. Powitanie przez naszego proboszcza w języku angielskim i odmówienie modlitwy „Ojcze nasz” w języku chińskim, a konkretnie mandaryńskim (ale tym tradycyjnym, a nie uproszczonym jaki używany jest obecnie w Chińskiej Republice Ludowej) zamknęło część uroczystą. Po modlitwie rozpoczęła się procedura przydzielania pielgrzymów do poszczególnych rodzin. „Obdarowany” Tajwankami, wraz z Krzysiem, który niósł najcięższy plecak, powędrowaliśmy do domu. Byliśmy pod wrażeniem ich grzeczności i serdecznego uśmiechu pojawiającego się ciągle mimo zmęczenia. Obuwie chciały zdjąć już po wejściu do budynku. Pozwoliłem na to dopiero w mieszkaniu – poznałem przecież ten zwyczaj w krajach Dalekiego Wschodu i nie usiłowałem z nim walczyć.

Oddaliśmy pielgrzymom do dyspozycji praktycznie całą południową część mieszkania tzn.małą sypialnię wraz z samodzielną łazienką, mały pokój służący też jako sypialnia rezerwowa oraz znajdującą się pomiędzy nimi dużą jadalnię. Krzyś, cały czas był pomocny, śmiało oraz sprawnie posługiwał się językiem angielskim. Szybko pojawiła się jakże spóźniona kolacja. Żona przygotowała potrawkę z kurczaka na gorąco – zjedzoną z apetytem. Ale co będzie z akceptacją śniadania to jeszcze nie wiadomo. Nasi goście wciąż byli dla nas zagadką, którą chcieliśmy szybko rozszyfrować, chcieliśmy ich bliżej poznać. To był jednak proces długofalowy, można nawet rzec, że do dzisiaj niedokończony, bo ciągle, teraz korespondencyjnie, poznajemy się nawzajem coraz lepiej i głębiej. Historia każdego człowieka jest tajemnicą przybliżoną na tyle, na ile zechce o tym powiedzieć i na ile wyzwalają to okoliczności. Tak więc postępowaliśmy w tej materii taktownie. Były zresztą dwie trudności: nie wszystkie osoby z wyjątkiem Wen – Chi Ou, bardzo dobrze posługiwały się językiem angielskim. (Taż sama Wen Chi Ou znała także trochę język francuski, gdyż Wspólnota Świętego Jana jest wspólnotą rozwijającą się na początku głównie we Francji). Drugą trudnością pojawiającą się nieodmiennie każdego wieczoru po ich powrocie był chroniczny brak czasu i zauważalne zmęczenie. A przecież potrzebny był jeszcze czas na skorzystanie z łazienki (jednej na cztery osoby) i czas poświęcony do przygotowania się do wyjazdu w dniu następnym.

Nasze pątniczki mieszkają w różnych częściach Taiwanu, ale na wybrzeżu. Ewidentnym wyróżnikiem każdego chrześcijanina jest jego imię uzyskane z okazji chrztu świętego. Tak więc: najdojrzalsza Wei Chi Ou, lat 29, na chrzcie przyjęła imię Adelina (w jez. polskim raczej Adelajda), Cian Cian Gao, lat 21, otrzymała imię Grace, Fu Yu Hsieh, lat 21, otrzymała imię Flora, a najmłodsza Hui Cih Chen, lat 16, otrzymała imię Teresa. Piszę świadomie „przyjęła” lub „otrzymała”, bo poza jednym przypadkiem chrztu w wieku dojrzałym (Adelina przyjęła chrzest święty w 21 roku życia), pozostałe trzy uczestniczki Ś.D.M. zostały ochrzczone jako małe dzieci. Fenomen z dodawaniem imion świętych patronów jest godny podkreślenia, bo odmienny od naszego, ale również pokazuje rolę i znaczenie tego sakramentu. To nie tak jak w Polsce gdzie prawie wszystkie dzieci są chrzczone; katolików czy innych chrześcijan na Tajwanie jest jeszcze mało. To nie jest także tak jak w Polsce, w której prawie wszystkie imiona wykorzystywane, będące niejako „w obiegu”, są chrześcijańskie, a ochrzczeni mają swoich patronów. W Chinach czy Japonii, czy innych krajach Dalekiego Wschodu istnieją przecież imiona tradycyjne, wyrastające z danej kultury i one są nadawane dzieciom. Po raz pierwszy zauważyłem dodane imię chrześcijańskie oprócz miejscowego, także na wizytówkach, w Japonii. Zabawnym zbiegiem okoliczności jest, że w trakcie przygotowania mojej wystawy fotografii z Chin, nieco dla zabawy, przetłumaczono moje imię i nazwisko także na język chiński. Pojawiłem się więc na wystawie jako Gao (bo podobne jak Goik, a fonetycznie brzmi jeszcze bardziej podobnie ). Tymczasem jest to także nazwisko jednej uczestniczek, 21 letniej Cian Cian Gao. Dodatkowy powód do pokrewieństwa dusz? Nota bene, choć nazwisk chińskich nie jest wcale tak dużo, to nazwisko Gao jest bardzo popularne, zupełnie inaczej niż Goik w Polsce. Co było jeszcze pięknego w tej małej grupce? To, że najmłodsza szesnastoletnia Tereska otoczona była szczególną opieką. Ona też wyłącznie z racji „młodocianego” wieku nie piła w ogóle kawy.

Już nazajutrz, że względu na wyjazd do Oświęcimia pobudka była zarządzona na godzinę 6.00, ale dziewczyny wstały bez budzenia chyba znacznie wcześniej. Podobnie było i z wnukiem Krzysiem, który przyjechał wczoraj tylko po to, aby je przywitać i poznać. Dnia 20 lipca przed południem musiał już być w Krakowie. Wyjechał więc na dworzec bardzo wcześnie, pożegnawszy się pośpiesznie. Pozostał jego młodszy brat Adaś. Posiłek poranny, wbrew naszym niepokojom został oceniony bardzo dobrze. Pośród serwowanych produktów największymi wygranymi okazały się białe serki do smarowania oraz ciemne i razowe pieczywo. Również polski chleb otrzymany później przez dziewczęta w Krakowie był chwalony (w korespondencji mailowej). O dziwo, z napojów preferowały wodę i soki, a nie np. zieloną herbatę, nie mówiąc o mleku.

Zaopatrzone przez żonę w suchy prowiant odprowadziłem na zbiórkę przed kościołem – w tym dniu w planie był wyjazd do Oświęcimia (Obóz Zagłady Auschwitz-Birkenau). A na naszej parafialnej mszy świętej o godzinie 8.00 – dość znamiennie: pierwsze czytanie to fragment z księgi Proroka Jeremiasza, właśnie o Jego powołaniu, a ewangelia według świętego Mateusza obejmowała fragment zawierający przypowieść o siewcy. Jeden i drugi tekst uznałem za znaczący dla mnie tego dnia.

Dzień był też szczególny dla rodziny z innego powodu. Po mszy św. postanowiłem przygotować mieszkanie specjalnie z okazji rocznicy urodzin żony. Zakupiłem kilkadziesiąt mieczyków koloru czerwonego w dwóch mocnych odcieniach (drugi bardziej purpurowy ) – kolor, według mnie, najbardziej przystający dla mieczyków. Przyniosłem do domu bardzo ciężki snop długich, zielonych łodyg z czerwonymi pąkami, z góry ciesząc się widokiem ustrojonego nimi mieszkania. Wszyscy przecież pamiętamy i z lubością obserwujemy ten fenomenalny gejzer wystrzelających kwiatów na ołtarzach naszych kościołów w tym okresie. Włożyłem kwiaty do sześciu ogromnych bądź dużych wazonów, które zostały rozstawione w jadalni – tej, oddanej czasowo gościom z Tajwanu. Poprzez okna, zwłaszcza te boczne, widoczne były też z ulicy, nawet z odległości. W ten sposób gladiole witały naszych gości z oświetlonych okien przy każdym powrocie wieczorem. Kolor czerwony jest kolorem pozytywnym, lubianym, popularnym i bogatym w symbolikę w Chinach. Oznacza tam wesołość, pomysłowość, przynosi szczęście, a był także, zwłaszcza w odcieniu purpurowym – kolorem cesarskim. Kolor czerwony na twarzy chińskiego aktora oznacza lojalność i odwagę, a purpurowy powagę i sprawiedliwość. Tak się składa, że cechy te niewątpliwie charakteryzują moją żonę. Tak więc te pąki, a wkrótce piękne kwiatostany mieczyków podkreślały w tym roku i rocznicę jej urodzin i odwiedziny gości z Tajwanu. Sam byłem zachwycony patrząc jak z dnia na dzień, ba! z godziny na godzinę, rozkwitają w całej swej urodzie kolejne kielichy kwiatów na łodygach, wspinając się coraz wyżej, niczym chińskie latarenki o nieco nietypowym kształcie. W jadalni w ciągu tych dni pojawiła się specyficzna poświata od tak dużej ilości kwiatów – tak w świetle słońca, jak i w świetle lamp elektrycznych. Przypomnijmy jeszcze raz, że nasi pielgrzymi należeli do Wspólnoty Świętego Jana. Widząc więc ich wspólną modlitwę i to przemienione otoczenie, poczułem jakby mieszkanie nasze zamieniło się – na kilka dni – w nietypowy klasztor.

Wieczorem 20 lipca, tego pierwszego dnia ich pełnego pobytu w Katowicach wyszedłem na ulicę, aby podjąć moje pątniczki i przyprowadzić je do domu. Uprzedziłem je też o urodzinach, bo ani faktu nie można było ukryć, ani też takiego nie było ku temu powodu. Oczekujący tort odmienił wieczór tego dnia, a z odwiedzinami przyjechał też syn, tym razem również po to, aby przywitać się i poznać gości. Tym razem w użyciu był także język francuski. Żona otrzymała zaś od gości piękne życzenia, a nieoczekiwanie także w prezencie komplet zielonych herbat, które nota bene preferuje ponad wszystkie inne. Na skutek tej nieoczekiwanej koincydencji wydarzeń nasza powiększona domowa wspólnota dodatkowo i w przyśpieszonym tempie zacieśniała chrześcijańską przyjaźń.

Kolejne dni były i podobne i niepodobne, bo ich program pobytu poza domem się zmieniał. Codziennie jednak odprowadzałem dziewczyny na miejsce zbiórki przed kościołem i codziennie wychodziłem z domu wieczorem, kiedy otrzymywałem informację, że już przyjeżdżają (brawo wolontariusze!). Dodawałem też otuchy całej grupie w trakcie dnia ewangelizacji w piątek 22 lipca – na scenie, na wolnym powietrzu obok siedziby Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia. W ich wykonaniu miał miejsce bardzo interesujący i wzruszający spektakl pantomimiczny przygotowany przy pomocy skromnych rekwizytów. W piątek przewidziany był wcześniejszy powrót pielgrzymów do domu, a więc podjechałem samochodem, aby zrobić krótką przejażdżkę wieczorną po ulicach Katowic. Co prawda, goście powrócili jak zwykle późno, ale mimo wszystko odwiedziliśmy dwa miejsca: spacerowo – Nikiszowiec oraz z okien samochodu – Giszowiec. Zauważyłem, że Wen Chi Ou jest podziębiona i zakatarzona. Nie chciała jednak przyjąć pomocy naszego zaprzyjaźnionego internisty, bo odpowiednio przeszkolona uczestniczka już podała jej lekarstwo, „które z pewnością pomoże”. W piątek, równie późno jak my z wycieczki, przyjechała córka Małgorzata, która jeszcze naszych pielgrzymów nie poznała. Była więc okazja do żywiołowej rozmowy i wręcz dyskusji Wen Chi i naszej córki, co również nas zbliżało.

Sobota znowu była szczególna. Uroczysty obiad urodzinowy miał miejsce w południe, kiedy naszych gości jeszcze nie było. Był kolejny tort. Z rodziny Małgosi zabrakło wnuka Krzysia (wakacje). Nasza piętnastomiesięczna wnuczka Natalka wraz z Mamą Danusią i Tatą Pawłem też zajadała się tortem mimo, że nadal karmiona jest mlekiem matki. Tak więc wydarzenia bardzo rodzinne przeplatały się z pobytem naszych pątniczek z Tajwanu.

Zwierzyłem się córce z moich dylematów co do prezentu. Moja wcześniejsza wizyta i poszukiwania w sklepie „Gryfnie” nie przyniosły bowiem rezultatu. Razem więc wybraliśmy na prezent płyty z muzyką, gdyż już wcześniej zauważyłem u nich takie zainteresowania. A skoro dobra muzyka ….to myśl była jedna: znakomita muzyka naszego parafianina śp. Wojciecha Kilara. Wykupiłem w księgarni niestety ostatnie dwa komplety po dwie płyty z serii „the best of” dla dwóch dziewcząt, a dla kolejnych dwóch dziewcząt dwa komplety po dwie płyty „the best of” Fryderyka Chopina. Do nagrań Wojciecha Kilara córka przygotowała informację zarówno o charakterze uniwersalnym jak i o jego związkach z naszą – a chwilowo także ich – parafią. Sobota była bogata i w dalsze wydarzenia. Po obiedzie odwiedziłem i wyszukałem wraz z moim młodszym wnukiem Adasiem naszych parafialnych Tajwańczyków na terenie lotniska w Muchowcu (tzw. spotkanie wszystkich grup na „Górze Karmel”). Nie pobyliśmy tam jednak zbyt długo, bo występy muzyczne były już dla mnie zbyt głośne.

Kiedy późno podejmowałem znużone i chyba nieco ogłuszone pątniczki zauważyłem, że medykamenty zażywane przez Wen Chi nie dają rezultatów. Adelina raczej się tym razem ze mną zgadzała. Poprosiłem więc przyjaciela doktora Darka, który przyjechał w niedzielę rano (a raczej skoro świt!) i odpowiednie lekarstwo zostało podane natychmiast. Jak się okazało było skuteczne.

Niedziela 24 lipca, czyli dzień w parafii, była rzeczywiście nasza. Wspólna msza święta o 10.30 zakończyła się powtórzeniem spektaklu ewangelizacyjnego. W kościele zawarty w sztuce dramat wybrzmiał pewniej, był bardziej wzruszający, choć część wspólnoty parafialnej poszła do domu przygotować lub jeść obiad. Dodać trzeba, że już od pierwszego zobaczenia tej sztuki prosiłem Adelinę, aby streściła sztukę lub przesłała jej scenariusz po angielsku, a zrobię z niej i ja jakiś użytek ewangelizacyjny. Powstrzymam się tu z jej streszczeniem, bo mam przekonanie, że ten tekst otrzymam. Jeśli będę dysponował tekstem z pewnością coś na ten temat napiszę, podzielę się z parafianami (jeśli redakcja zechce).

Obiad upłynął w bardzo rodzinnej i trochę uroczystej atmosferze. W czasie pobytu u nas – pomyślałem – w ciągu tych niewielu godzin fizycznego wspólnego przebywania, przyjechały na ich spotkanie i nasze dzieci i nasze wnuki z wyjątkiem malutkiej wnuczki. Spędzili z gośćmi mniej lub więcej czasu. Po obiedzie zrealizowaliśmy krótką wycieczkę do miasta zwiedzając, choć skromnie, fragmenty dotąd nieznane. Kościół Mariacki był admirowany najdłużej.

Popołudniem trzeba było zaakceptować wyprawę na piknik parafialny w Panewnikach, w którym sporo czasu spędziliśmy razem. A wieczorem tradycyjnie oczekiwałem na hasło, aby się pojawić we wskazanym miejscu. Starałem się więc być ich ojcem na czas pobytu w naszym domu.

Smutek zapanował już wieczorem w niedzielę. Ranek w poniedziałek był krótki, gdyż znowu trzeba było się śpieszyć, więc opanowaliśmy wzruszenie.

Na zakończenie otrzymaliśmy wzruszającą kartkę. Na jednej stronie podzielonej na dwie części – gustowny i oryginalny rysunek, dekoracje oraz wykaligrafowane w języku chińskim strofy Psalmu 23 Dawida: „…Pan jest moim pasterzem, nie zbraknie mi niczego….”. Druga strona tej kartki jest bardzo osobista. To chwytające za serce podziękowania każdej z dziewczyn osobno, za poznanie, gościnność, ofiarowaną miłość, przyjaźń z wyraźnym pragnieniem powrotu do Polski. Najmłodsza z nich to prawie dziecko: szesnastoletnia Teresa napisała wprost, z szczerością dziecięcego serca: „…Chciałabym być waszą córką na zawsze…. Kocham was wszystkich. Niech was Bóg błogosławi.” Czy trzeba coś dodać? Tereniu, możesz być naszą adoptowaną córką, dzieckiem przybranym! Mam w tym zakresie niejakie, piękne doświadczenie życiowe. Z pożegnaniami zwlekaliśmy. Nawet z niejaką ulgą zauważyłem, że było ono rozłożone na raty. Tak więc najpierw z żoną w domu. Odwiozłem dziewczęta najpierw do kościoła, a potem, ponieważ było trochę zamieszania, odwoziłem ich bagaże na plac przed Katedrą. Tam dopiero wręczyły mi ściskaną od dłuższego czasu – co zauważyłem – kartkę ze swoimi tekstami. Były próby, niezbyt udane, powstrzymywania emocji przy słowach pożegnania i już wcale nieudawane uściski pożegnalne, kiedy próby powściągania emocji legły w gruzach. Tak więc kartkę z tekstami tak naprawdę mogliśmy przeczytać dopiero po rozstaniu.

Tak to w istocie rozpoczął się i trwa kolejny, ale zupełnie inny w moim życiu „chiński przystanek”. Stan tak powstałej w radości przyjaźni pomiędzy nami trwa. I obejmuje wszystkich żonę, dzieci i wnuki. Pierwszy list ze zdjęciami z Mszy św. otwarcia Ś.D.M. na krakowskich Błoniach otrzymaliśmy szybko, drugi list został wysłany z Vezelay we Francji – również ze zdjęciami i z informacjami po pobycie w Krakowie. Przebywali w Vezelay kilka dni. Kolejne wiadomości otrzymaliśmy w liście już z Tajwanu. Przesłane zdjęcie pokazuje stronę tygodnika, pisma katolickiego, w którym jest już wydrukowany tekst sztuki wystawionej także w naszym kościele, oczywiście po chińsku. Wei Chi (Adelina) pisze w nim, że prześle tekst angielski po przetłumaczeniu. Wkrótce się spotkają, bo już prawie wszyscy uczestnicy wrócili do swoich zajęć. Spotkane będzie poświęcone podzieleniu się owocami wyjazdu oraz projektowi ponownego przyjazdu do Polski w przyszłym roku.

Wierzę, że w tym roku nastąpiło prorocze, błogosławione połączenie Roku Miłosierdzia ze Światowymi Dniami Młodzieży. Pragnę wierzyć, że z Polski wyszła już iskra która przygotuje świat na ostateczne przyjście Jezusa, jak to zapowiedział Pan świętej Faustynie i że dotarła już poprzez naszych pielgrzymów również na wyspę Tajwan. Pątnicy z naszej parafii będą przekazywać to orędzie Miłosierdzia Bożego swoim rodakom. A może spełni się w ten sposób, niejako okrężnie, marzenie świętej Matki Teresy, która chciała nieść pomoc biednym i chorym w Chinach z Misjonarkami Miłości. Dwukrotnie bowiem w czasie swojego pobytu w Chinach św. Matka Teresa otrzymywała odpowiedź , że jeszcze nie czas (1986 r. i w 1993 r.). Również dalsze próby ostatecznie się nie powiodły: ciągle jeszcze nie czas, jeszcze nie czas… Może tym razem, choćby inaczej.

Usłyszałem, że niektórzy nasi pielgrzymi pozostali trochę dłużej w Europie, a niektórzy już zatęsknili tak dalece za Katowicami, że wrócili jeszcze na kilka dni do domów i rodzin, które je tu z miłością przygarnęły. Czyż i one nie są dziećmi adoptowanymi, realizując w praktyce to, o czym marzy nasza Tereska. Adoptowane w miłości dzieci? A nasze rodzinne kolejne listy elektroniczne do czwórki dziewcząt redagują już teraz „pod moim okiem” poszczególni członkowie rodziny: córka Małgosia i wnuk Krzyś.

Henryk Goik

ŚDM w naszej Parafii – ciąg dalszy wspomnień

Mijają dwa miesiące, odkąd grupa pielgrzymów z Tajwanu, licząca 47 osób, dotarła do naszej parafii, aby w Katowicach przeżyć Dni w Diecezji w ramach Światowych Dni Młodzieży. 20 rodzin z naszej parafii przygotowało miejsca noclegowe, pełniąc w ten sposób uczynek miłosierdzia „podróżnych w dom przyjąć”.

Niektórzy nadal utrzymują kontakt ze sobą przez wysyłanie kartek czy też pocztę elektroniczną. Cieszymy się, że to międzynarodowe wydarzenie, w którym wzięły udział osoby z wszystkich kontynentów, stało się okazją do wzajemnego obdarowywania się miłością pomimo różnicy kultur i języków.

Rodziny z naszej parafii, goszczące Przyjaciół z Tajwanu, z chęcią opowiadają o tym pełnym radości doświadczeniu. Poniżej przedstawiamy kolejne wspomnienia i zdjęcia z pobytu pielgrzymów w ich domach.

Agnieszka i Bartosz Kajdanowie

Wspomnienia pobytu naszych egzotycznych gości na Brynowie

Gdy usłyszałam, że następna edycja Światowych Dni Młodzieży odbędzie się w Krakowie, nawet przez myśl mi nie przyszło, że będziemy w naszym domu gościć pielgrzymów, a co tu mówić o tak egzotycznych gościach, z tak odległego kraju, o tak różnej od naszej kulturze, jakim jest Tajwan.

Pamiętam jak podczas jednej z niedzielnych Mszy świętych ksiądz proboszcz zwrócił się do parafian z prośbą o otwarcie swoich serc i drzwi swoich domów dla pielgrzymów, którzy przyjadą do naszej parafii przed ŚDM w 2016 roku. Zastanawiałam się, czy nasz dom nie będzie zbyt mały na przyjęcie kogokolwiek, a tutaj była konieczność ugoszczenia co najmniej dwóch osób. Do tego nie wiedzieliśmy, z jakiego kraju będą goście i czy będziemy w stanie się porozumieć. Jednak mimo tych obaw poczułam, że chcę to zrobić i od razu po Mszy poszłam złożyć swoją deklarację przyjęcia gości.

Mijały miesiące i było coraz bliżej do wydarzeń ŚDM. Mieliśmy zorganizowane spotkania organizacyjne w parafii, gdzie omawiane były szczegóły całego przedsięwzięcia, ale nadal nie znaliśmy kraju, z jakiego przybędą pielgrzymi.

Gdy okazało się, że będzie to Tajwan, mieliśmy poważne wątpliwości, jak się porozumiemy i jakie posiłki możemy zaserwować naszym gościom, ponieważ jak wiadomo nasza polska kuchnia różni się zasadniczo od azjatyckiej.

Yi Ming Lu (Mark) i Lei Kuok Hon (Kelvin) okazali się wspaniałymi młodymi ludźmi i mówili po angielsku, więc z komunikacją nie było problemu. Największe obawy dotyczyły jedzenia, ale na pierwszą kolację zaserwowaliśmy im gorące zapiekanki z piekarnika, które zjedli z wielkim apetytem, podobnie jak wszystkie kolejne posiłki. Początkowo nie było zbyt wiele czasu na rozmowy z powodu napiętego grafiku, ale dowiedzieliśmy się, że Mark studiuje matematykę, a jego rodzice są emerytowanymi nauczycielami akademickimi. Kelvin pochodzi z Makao, studiuje w Tajwanie nauki społeczne i niedawno został katolikiem. Mark i Kelvin spędzili z naszą rodziną niespełna tydzień i uważamy, że to było stanowczo za krótko. Mimo tego wykorzystaliśmy w pełni ten czas na wspólne posiłki, interesujące rozmowy, grillowanie, grę w koszykówkę, układanie kostki Rubika i nawet zabawę z psem, co było dla nich dużą atrakcją. Jako dzieci marzyli o posiadaniu czworonoga. Okazało się też, że nasz dom wcale nie jest taki mały, bo w Tajwanie i Makao ludzie najczęściej mieszkają w wysokich wieżowcach w bardzo małych mieszkaniach, w bliskiej odległości od siebie. Dla Kelvina nasz dom był duży, a ogrodem tak się zachwycił, że powiedział, że chciałby taki mieć.

Bardzo nas wzruszyły napisane przez nich podziękowania i wspaniałe życzenia pomyślności wraz z obietnicą pomocy w organizacji pobytu w Tajwanie, Makao lub Hong Kongu. Kto wie, może zaplanujemy taki wyjazd i przeżyjemy coś wspaniałego tym razem w ich rodzinnych stronach.

Gdy wyjeżdżali do Krakowa, nasze pożegnanie było z jednej strony smutne, bo trzeba było się już rozstać, a z drugiej strony radosne, ponieważ widzieliśmy ich wielkie emocje związane z podróżą do miejsca, gdzie tyle miało się wydarzyć. Ten czas spędzili wspaniale. Byli bardzo szczęśliwi, że mogli być w Polsce podczas ŚDM.

Elżbieta Kandzia z rodziną

„Przybysze zostali naszymi dziećmi, a my ich Mamą i Tatą”

W dniach 19–25 lipca gościliśmy trzech młodzieńców z Tajwanu o imionach Sammy, Sam i John. Oczywiście są to odpowiedniki ich chińskich imion w celu łatwej komunikacji. Pierwsza radość ogarnęła nas przy przywitaniu w kościele parafialnym i mocno opóźnionej kolacji w ten wieczór. Przed domem przywitała ich flaga Tajwanu, co bardzo głęboko rozradowało ich serca, dlatego zaczęli robić sobie z nią zdjęcia. Nad stroną kulinarną czuwała Irenka – „tajwańska mama”, realizując znane powiedzenie „przez żołądek do serca”. Uderzył nas szacunek dla pokarmu naszych gości okazywany przez ich modlitwę przed posiłkiem. Czas przeznaczony na posiłek i dyskusję był mocno okrojony: Tajwańczycy o 1.30 chodzili spać, a pobudka bywała czasem o 6 rano.

Należy podkreślić ich obowiązkowość i chęć realizacji wszystkich punktów programu w ramach Dni w Diecezji. Jedynie w sobotę znaleźliśmy czas na wspólne śpiewanie pieśni w językach chińskim, angielskim i polskim. Wspólny obiad był bardzo miłym przeżyciem, a przy okazji nauką słów „siesie” (dziękuję), „chausy” (smacznego) i innych. W przypadku problemów doskonale działały ich translatory w komórkach. Najbardziej przykrym dniem była chwila rozstania w poniedziałek. Otrzymaliśmy poprzez pocztę elektroniczną ich słowa pozdrowienia kierowane do nas i postanowiliśmy odwiedzić ich w Krakowie przed wyjazdem na nocne czuwanie do Brzegów. Tam też napisaliśmy im tekst w języku angielskim, że jesteśmy bardzo zaszczyceni, że skorzystali z naszej gościny i że zdołaliśmy się z nimi zaprzyjaźnić oraz częściowo poznać ich rodziny poprzez wideo-rozmowy. Życzyliśmy im bezpiecznego powrotu do domu i zapewniliśmy, że będziemy ich ciągle wspominać. Mamy nadzieję, że kontakty te wydadzą owoce, a Miłosierdzie Boże ogarnie cały świat. Nasze słowa bardzo ich wzruszyły. Podarowali nam tajwańskie kapelusze i jeszcze zrobiliśmy sobie kilka pożegnalnych zdjęć. Przybysze zostali naszymi dziećmi, a my ich Mamą i Tatą.

Po przybyciu do Paryża grupa czterech osób postanowiła odłożyć wylot do Tajwanu i odwiedziła nas w Katowicach powtórnie. Nasz ksiądz proboszcz Jarosław nie krył zdumienia, że byli obecni jeszcze na dwóch porannych mszach w kościele. Z grupą czterech rodzin odbyliśmy spotkanie w restauracji Patio Park i wymieniliśmy doświadczenia.

Na chwilę obecną jest jeszcze za wcześnie na analizę działania Ducha Świętego podczas tych spotkań. Dostrzegamy w tym nie tylko bezinteresowność i miłość do początkowo nieznanych nam, a obecnie już przyjaciół, szlachetnych przybyszów z Tajwanu. Te dni pomogły też zbliżyć się do siebie naszym Parafianom w Katowicach Brynowie.

Irena, Janusz i Krystian Koza

Strona 1 z 4

Parafia
Najświętszych Imion
Jezusa i Maryi

ul. Przyklinga 12, 
40-551 Katowice-Brynów
tel. 32 251 86 60
brynow.jm@archidiecezja.katowice.pl


Msze Święte:

niedziele i święta:
7:30, 9:00, 10:30, 12:00, 18:00

dni powszednie:
8:00, 18:00

piątki
8:00, 16:30 (szkolna), 18:00


Nabożeństwa

Adoracja Najświętszego Sakramentu
czwartek 17:00 – 18:00

Nabożeństwo ku czci Serca Pana Jezusa
pierwszy piątek 8:30, 18:30


Kancelaria Parafialna

poniedziałek
9:00-10:00
wtorek, czwartek, piątek
9:00-10:00, 17:00-18:00

 

chrzty i roczki
1. niedziela miesiąca 12:00

 

protokoły przedślubne
po mszy św. wieczornej - po umówieniu


numer konta bankowego:
BOŚ: 05 1540 1128 2001 7050 4713 0001


 

Szukaj na stronie