baner kolda

Bez kategorii

Pytania o małżeństwo

1. „Chcąc Go wystawić na próbę, pytali Go…” Nieraz niby teoretyczne, neutralne pytania
mają swój ukryty kontekst, cel, sens. Pytanie o małżeństwo, które zadali faryzeusze, jest
ważne. I dziś zadajemy podobne. Czy możliwe jest, by wytrwać w małżeństwie bez względu
na wszystko? Czy istnieje możliwość rozwodów? Czy Kościół czegoś tu wreszcie nie zmieni?
Czy w tych wszystkich pytaniach nie ma czasem ukrytego faryzejskiego „wystawiania Boga
na próbę”? Czy pytam, bo szczerze szukam światła, czy też szukam potwierdzenia własnych
racji? Nasza inteligencja sprawia, że potrafimy oszukiwać także siebie. Nieraz idzie nam to tak
dobrze, że sami o tym nie wiemy. Czy nie boję się słów Boga, które mogą zakwestionować moje
wybory, postawy, moje życie?

2. Prawo Mojżeszowe zezwalało na rozwody, ale Jezus pokazuje, że zamysł Boga był inny.
Chrystus przenosi problem z płaszczyzny czysto legalnej na głębszy poziom moralny,
związany z godnością kobiety i mężczyzny, z ich powołaniem. Pan Jezus mówi: „Na początku
stworzenia »Bóg stworzył ich jako mężczyznę i kobietę: dlatego opuści człowiek ojca swego
i matkę i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem«”. To cytat z Księgi Rodzaju,
z opisu stworzenia. Warto uzupełnić go o słowa: „na obraz Boży go stworzył”. Jeśli pytamy o to,
czy rozwód jest dopuszczalny, musimy wrócić do „początku”, do „fundamentu”. W samą naturę
człowieka i miłości wpisana jest nierozerwalność małżeńskiego przymierza. Jeśli „oboje stają się
jednym ciałem”, to już nie da się podzielić tego „ciała”. Dziś mówi się, że wszystko jest umowne,
plastyczne, podlegające zmianom, że najważniejsze są mój komfort, moje spełnienie, samorealizacja.
Małżeństwo nie jest jednak samorealizacją, ale decyzją o realizacji we dwoje (plus dzieci).
To wzajemne pomaganie sobie w dojrzewaniu do pełni człowieczeństwa.

3. „Co więc Bóg złączył…” Te słowa Pana Jezusa zwracają uwagę, że małżeństwo jest sakramentem.
Ludzka miłość mężczyzny i kobiety zostaje pobłogosławiona, wzmocniona przez
Boga. To On ich łączy. Sporo porażek w małżeństwie pochodzi stąd, że buduje się je tylko
na miłości ludzkiej, która z natury jest niedoskonała, zmienna, podatna na grzech, na egoizm,
nie radzi sobie z rozczarowaniem. „Miłość prawdziwa jest potrójna: miłość samego siebie, miłość
drugiego człowieka i miłość Boga należą do siebie nierozdzielnie, a rozdzielone giną. Tak też jest
w małżeństwie” (ks. J. Kudasiewicz). „Bóg złączył” – gdyby te słowa wziąć na serio, ile małżeństw
byłoby do uratowania…

4. Dla apostołów ta nauka wydaje się zbyt trudna. Nieraz i nam się tak wydaje. Dopytują
Jezusa na osobności. Słyszą konkretny wniosek etyczny: „Kto oddala żonę swoją, a bierze
inną, popełnia cudzołóstwo względem niej. I jeśli żona opuści swego męża, a wyjdzie za innego,
popełnia cudzołóstwo”. Niewierność jest grzechem. Jak wygląda wierność mojemu powołaniu?

ks. Tomasz Jaklewicz

Módlmy się za siebie wzajemnie

W tygodniu od 7 października do 13 października 2018 roku modlimy się za mieszkańców ulicy RZESZÓTKI. W szczególny sposób pamiętajmy o chorych i przeżywających jakiekolwiek trudności oraz o zmarłych, którzy kiedyś mieszkali przy tej ulicy. Niech nasza modlitwa będzie dla nich źródłem obfitych Bożych łask.

Słowo Życia - październik 2018

„Jeśli jednak pozwolicie się prowadzić Duchowi, nie znajdziecie się w niewoli Prawa” (Ga 5, 18).

Apostoł Paweł pisze list do chrześcijan w Galacji (regionu dzisiejszej środkowej Turcji), których sam ewangelizował i których bardzo kochał.
Niektórzy z tej wspólnoty uznawali za konieczne, by chrześcijanie przestrzegali wszystkich przepisów Prawa mojżeszowego, jeśli chcą przypodobać się Bogu i osiągnąć zbawienie.
Paweł stwierdza natomiast, że nie jesteśmy już „w niewoli Prawa”, ponieważ sam Jezus, Syn Boży i Zbawiciel ludzkości, swoją śmiercią i zmartwychwstaniem otworzył nam drogę do Ojca. Wiara w Niego otwiera nasze serca na działanie Ducha Bożego, który prowadzi nas i towarzyszy nam na drogach życia.
Według Pawła nie chodzi zatem o kwestię „nieprzestrzegania prawa”, ale raczej o to, by sprowadzić je do tego, co stanowi jego najbardziej podstawową i zobowiązującą zasadę: podda się prowadzeniu Ducha Świętego.
Kilka wersów wcześniej Paweł pisze: „Bo całe Prawo wypełnia się w tym jednym nakazie: Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego” (Ga 5, 14).
W chrześcijańskiej miłości do Boga i do bliźniego odnajdujemy bowiem synowską wolność i odpowiedzialność; idąc za przykładem Jezusa jesteśmy wezwani, aby kochać wszystkich, zaczynając kochać jako pierwszy, kochać innych jak siebie samego, a nawet kochać tych, których uważamy za nieprzyjaciół.
Jeśli jednak pozwolicie się prowadzić Duchowi, nie znajdziecie się w niewoli Prawa

Miłość, która pochodzi od Boga, wzywa nas do bycia odpowiedzialnymi w rodzinie, w pracy i w naszych środowiskach. Jesteśmy wezwani do budowania relacji pokoju, sprawiedliwości i praworządności.
Prawo miłości jest najtrwalszym fundamentem naszego społeczeństwa - opowiada Maria: „Uczę na obrzeżach Paryża, w dzielnicy zaniedbanej, gdzie środowisko szkolne jest wielokulturowe. Realizuję interdyscyplinarne projekty, aby pracować w zespole, żyć w braterstwie z innymi nauczycielami i być wiarygodną, proponując taki wzór młodym ludziom. Nauczyłam się nie oczekiwać natychmiastowych wyników, również wtedy, gdy uczeń się nie zmienia. Ważne jest, aby nadal w niego wierzyć i mu towarzyszyć, wzmacniając go i nagradzając. Czasami wydaje mi się, że nie mogę niczego zmienić, innym razem natomiast mam namacalny dowód, że nawiązane relacje przyniosły owoce, jak to miało miejsce w przypadku pewnej mojej uczennicy, która nie angażowała się podczas lekcji. Wyjaśniłam spokojnie i stanowczo, że aby żyć w harmonii, każdy musi zrobić swoją część. Napisała do mnie później: «Przepraszam za moje zachowanie. To się nie powtórzy. Wiem, że oczekuje pani od nas podjęcia konkretnych działań, a nie słów, i chcę się do tego zobowiązać. Jest pani osobą, która przekazuje nam właściwe wartości i zachęca do osiągnięcia celu»”.
Jeśli jednak pozwolicie się prowadzić Duchowi, nie znajdziecie się w niewoli Prawa

Życie w miłości to nie tylko owoc naszych wysiłków. To Duch Święty, którego otrzymaliśmy i o którego możemy nieustannie prosić. To On daje nam siłę, by nie być egoistami i żyć w miłości.
Chiara Lubich pisze: „To miłość nas pobudza, podpowiada nam, jak reagować w różnych sytuacjach i jakich wyborów dokonywać tam, gdzie jesteśmy. To miłość uczy nas rozróżniać: to jest dobre, to zrobię; to jest złe, tego nie uczynię. To miłość wzywa nas do działania, które jest dla dobra innych. Nie jesteśmy sterowani z zewnątrz, ale kieruje nami zasada nowego życia, które wlał w nas Duch Święty. Siły, serce, umysł, wszystkie nasze zdolności mogą „działać według Ducha", ponieważ są połączone miłością i oddane do całkowitej dyspozycji Bożego planu wobec nas i wobec społeczeństwa. Jesteśmy wolni, aby kochać ".

Letizia Magri

Odkurzanie

Odkurzam, przechodzę od jednego przedmiotu do drugiego i wszystko przesuwa mi się pomiędzy palcami. Ręka zatrzymała się na zdjęciu z naszego ślubu: nasze spojrzenia zatracone w sobie. Odczuwam nostalgię wspominając te momenty. Pamiętam, ile czasu - jeszcze jako narzeczeństwo - spędzaliśmy w samochodzie, nieraz po prostu patrząc na siebie w ciszy: każde znajdowało w tym drugim pewność, na której można budować całą przyszłość. Teraz nasze dni wypełnione są tak wieloma zajęciami, że nie pamiętam nawet, kiedy ostatni raz on na mnie spojrzał z uwagą, i kiedy ostatni raz zapytał, jak się miewam. Rozmawiamy ze sobą tylko i wyłącznie o rzeczach do zrobienia: wydaje mi się to takie monotonne, wyzbyte wszelkiej iskry nowości. Pozwoliliśmy, by czas wtrącił nas w przepaść przyzwyczajenia i ukrócił możliwość odkrywania w sobie pięknych i nowych rzeczy, którymi możemy jeszcze się obdarować. Miłość, którą mimo wszystko jeszcze między nami odczuwam, trochę się wypaczyła.
Lecz podczas sprzątania podjęłam decyzję: odświeżę nasze małżeństwo, tak jak odkurzyłam zdjęcie. Odkurzę moje oczy i dziś wieczór przywitam mojego męża, patrząc na niego tak jak kiedyś, tak jak wtedy, gdy Jezus mi go powierzył w dniu naszego ślubu.

M.C.

Ocaleliśmy dzięki Maryi

(ciąg dalszy rozmowy z p. Anną Oleksiak-Bijak - naszą parafianką i Sybiraczką)

KRYSTYNA KAJDAN: - Jak wyglądało wasze codzienne życie w tym kołchozie?

ANNA OLEKSIAK-BIJAK: - Mama i brat pracowali w polu, przy żniwach i przez cały rok musieli dbać o bydło. Wszystkie dzieci, które ukończyły 10 lat, miały obowiązek iść do pracy w kołchozie, gdzie przydzielano im pracę i normę do wykonania na równi z dorosłymi. Ta mordercza praca trwała przeważnie 12 godzin. Każdy z pracujących w kołchozie miał swoją miskę, do której tylko jeden raz w ciągu dnia dostawał jakieś jedzenie. Jeśli wyrobił normę, mógł dostać od dozorujących 10 lub 20 gram chleba, to jest jedną kromkę, co jednak zdarzało się bardzo rzadko. Mama i starszy brat musieli chodzić do pracy nawet w czasie mrozów; mieli odmrożone stopy, ręce i nosy. Dla dzieci i ludzi starszych pozostających w ziemiankach nie było żadnych przydziałów żywności. Wiele dzieci i starszych umierało więc z głodu. Za pracę nie otrzymywaliśmy żadnego wynagrodzenia. Dopiero jesienią według uznania władz kołchozu dostawaliśmy po pół worka ziemniaków i trochę zboża. Żeby wyżywić mnie i młodszego brata, mama i dorastający brat musieli kraść, bo te racje żywnościowe dla dorosłych były po prostu głodowe. W ubraniach mieli wszyte od wewnątrz kieszenie, w których przynosili po kilka ziemniaków, buraków, czasem garść zboża czy kaszy. Panował ogólny głód i brud nie do opisania. Pokarmem była pokrzywa, lebioda, czasem nawet gnijące obierki.

Wcale się nie dziwię, w takich warunkach trudno o jakąkolwiek higienę.

Wszyscy byliśmy zawszeni. Nękały nas pluskwy i świerzb oraz choroba skóry tak zwana „zołotucha”, polegająca na wypadaniu włosów, schodzeniu paznokci i powstawaniu ran na całym ciele. Nie było żadnych leków, a rany przemywaliśmy własnym moczem. Chorowaliśmy na szkorbut, bolały nas oczy. Wszystko to z głodu i braku witamin. By zaspokoić głód, łapaliśmy susły, czyli polne szczury, które gromadziły się tam, gdzie składano zboże. Przynajmniej one były dobrze odżywione.

Trzeba było zatem wielkiej wiary, zaradności i bezgranicznego poświęcenia, by przeżyć takie piekło.

Mama walczyła o nasze przeżycie jak lwica i poświęcała się wprost w heroiczny sposób. Jestem przekonana, że ocaleliśmy dzięki orędownictwu Maryi. Tej najlepszej Bożej Matce polecała siebie i nas w błagalnej, żarliwej modlitwie. W ukryciu przechowywała zabrany z domu obrazek Matki Boskiej Częstochowskiej i przed nim codziennie modliliśmy się szeptem po polsku, by nie zapomnieć ojczystego języka. Był to przecież język naszego serca. Na co dzień z nakazu NKWD musieliśmy posługiwać się językiem rosyjskim. Cieszę się, że pierwsza część naszej rozmowy miała miejsce w dniu parafialnego odpustu ku czci Najświętszego Imienia Maryi w Brynowie, bo doskonale pamiętam, czym to Najświętsze Imię Maryi było dla mojej mamy i dla nas w tych niewyobrażalnie ciężkich latach.

Pani mama potrafiła podobno wykorzystać nawet swój typ urody, by zdobyć choć trochę żywności dla swoich dzieci.

Tak, mama była brunetką i wmówiła Rosjankom, że potrafi wróżyć. Chętnie z tego korzystały, a mama opowiadała im najróżniejsze rzeczy, co znając to środowisko nie było trudne. W ten sposób mogła dla nas zdobyć kilka ziemniaków czy buraków. Sprzedawała też swoje osobiste rzeczy, które miejscowe Rosjanki chętnie kupowały. Mama dostawała za nie trochę chleba i kaszy, czasem nawet parę rubli. Pamiętam, że sprzedała w ten sposób między innymi swoją nocną koszulę, w której Rosjanka poszła na miejscową „potańcówkę”. Zazdroszczono jej tak pięknej „balowej sukni”.

Rozumiem, że w tej kazachstańskiej rzeczywistości nie było dla dzieci żadnej szkoły...

Nadzieja na naukę w szkole pojawiła się dopiero z końcem marca 1941 roku. Dzięki staraniom Delegatury Ambasady Rzeczypospolitej Polskiej, w której aktywnie działała Hanka Ordonówna i kilku innych Polaków, pozwolono wówczas wywozić polskie dzieci do Iranu, aby je uratować od śmierci głodowej. Moja matka postarała się o wyjazd dla mnie i brata Mariana. Musiała jednak sama zawieźć nas do Kustanaju nad rzeką Toboł, gdzie był punkt zborny. Tam ubrano nas, odżywiono i posłano do zorganizowanej polskiej szkoły. Powstała tylko jedna klasa, do której chodziły dzieci w różnym wieku. Los się do nas uśmiechnął, ale na krótko. Z chwilą rozpoczęcia wojny niemiecko-rosyjskiej nagle zlikwidowano punkt w Kustanaju i wydano zakaz wyjazdu do Iranu. Musieliśmy niestety obaj z bratem wrócić do kołchozu w Połtawce. Choć nauka w tej polskiej szkole trwała zaledwie cztery miesiące, tuż przed wyjazdem z Kustanaju wydano nam świadectwo ukończenia całego roku jako dowód naszego tam pobytu.

Czy wojna Sowietów z Niemcami wpłynęła na wasze codzienne życie w kołchozie?

Z powodu rozpoczęcia wojny z Niemcami w kołchozie zapanował ogólny niepokój i spore zamieszanie. Zmniejszono i tak głodowe racje żywnościowe dla wszystkich pracujących. Pewnego dnia do Połtawki przyjechał sam naczelnik NKWD i wydał polecenie, by zwołać do biura wszystkich Polaków. Mama się tym bardzo zaniepokoiła. Zabrała starszego brata, a żegnając się z nami przykazała mi, abym dbała o młodszego braciszka i nie pozwoliła mu umrzeć z głodu. Wielokrotnie i z miłością tłumaczyła nam, w jakiej jesteśmy sytuacji i co robić, aby przeżyć. Miałam dopiero osiem lat, ale już znałam widmo głodowej śmierci. Zdawało mi się, że jestem dorosłą, starą kobietą i muszę sobie dać ze wszystkim radę, jak mama i brat. Wkrótce okazało się, że nastały dla nas jeszcze gorsze czasy.

Po co zwołał Polaków ten naczelnik NKWD?

Okazało się, że w związku z wojną z Niemcami naczelnik poinformował ich, iż każdy obywatel Związku Radzieckiego musi obowiązkowo oddać 72 kg mięsa na 1 osobę i 1 skórę. Perfidnie dla celów statystycznych zaliczono nas do obywateli Związku Radzieckiego, by wykazać, że nie ma tam żadnych Polaków. Moja mama odważyła się powiedzieć, że nawet gdyby nas zabili, to i tak nie byłoby 72 kg mięsa, bo jesteśmy wygłodzeni, a żeby mieć skórę, to musieliby ją z nas zedrzeć. Na sali zapanowała przerażająca cisza, a naczelnik chwycił za karabin. Zaczął krzyczeć, że martwych ludzi Sowiecki Sojuz nie potrzebuje, że mamy pisać do Moskwy podania o poprawę warunków życia. Niektórzy pisali, ale pisma te trafiały do kosza. Tymczasem – jak już wspomniałam nastały jeszcze gorsze czasy. Jesienią już nie rozdzielano ani zboża, ani ziemniaków, nie było przydziału dodatkowej kromki chleba. Gdyby nie zaradność mamy i brata, to na pewno umarlibyśmy z głodu.

A kiedy pojawiła się nadzieja na powrót do Polski?

Kiedy pod naporem wojsk rosyjskich i I Dywizji Armii Polskiej im. Tadeusza Kościuszki nastąpił odwrót Niemców spod Moskwy, pozwolono Polakom starać się o powrót do Polski. W 1944 roku Delegatura Związku Patriotów Polskich pod przewodnictwem Wandy Wasilewskiej utworzyła pierwszy transport dla polskich rodzin wielodzietnych. Mama przekupiła urzędnika ostatnim złotym pierścionkiem, który trzymała na „czarną godzinę” i udało nam się dostać do tego pierwszego transportu. Jechaliśmy kilka tygodni w towarowych wagonach mając do jedzenia tylko pieczone susły, które mama zabrała na drogę. Ponieważ w zachodniej Polsce jeszcze trwały walki, transport zatrzymano przed Kijowem i zakwaterowano nas w starych, nieogrzewanych barakach. Kazano nam żyć na własną rękę, czyli znów otwarło się przed nami widmo straszliwego głodu. Nasz pobyt pod Kijowem trwał ponad dziewięć miesięcy. Mama, starszy brat i ja zachorowaliśmy tam na malarię. Zdobyta potajemnie chinina pomogła mamie i bratu, ale ja nadal byłam chora. I z tego względu pozwolono mamie starać się o wyjazd do Polski na zasadzie zaproszenia od rodziny mieszkającej w Stanisławowie. W czerwcu 1945 roku otrzymaliśmy to pozwolenie, ale mamę znów wezwano do NKWD. Przeżyliśmy kolejne chwile grozy i niepokoju. Tam postawiono warunek i kazano jej podpisać oświadczenie, że w Związku Radzieckim było jej bardzo dobrze, a dzieci miały wzorową opiekę. A jeśli cokolwiek spotkało nas tam złego, to wszystko przez Niemców i skutki wojny. Do Stanisławowa przyjechaliśmy w ostatnich dniach czerwca 1945 roku. Rodzina patrzyła na nas jak na zjawy z innej planety. Otoczono nas troskliwą opieką, spalono nasze śmierdzące, zawszone łachmany. Po raz pierwszy od 1940 roku mogliśmy się wykąpać w wannie z ciepłą wodą. Ubrano nas w czyste rzeczy i próbowano uczyć poprawnej polszczyzny, ponieważ nam się łatwiej mówiło po rosyjsku. Wreszcie mogliśmy się najeść do syta. Matka Boża, do której tak żarliwie modliliśmy się każdego dnia, ocaliła nas. Pod koniec października 1945 roku - już jako repatrianci - dotarliśmy do Gliwic.

Jak wyglądało życie waszej rodziny po wojnie?

Razem z braćmi poszliśmy do szkoły, a mama podjęła pracę jako pomoc kuchenna, co zapewniało nam utrzymanie. Wykształciła nas, dzięki czemu mogłam przez 38 lat pracować jako nauczycielka w szkole podstawowej w Bytomiu. Wyszłam za mąż, ale kilka lat temu mój mąż Zbigniew zmarł. Obecnie jestem na emeryturze, należę do Związku Sybiraków i Rodzin Katyńskich. Mój jedyny syn Maciej mieszka w Kanadzie, dba o mnie, mam troje wnuków i Bogu dziękuję za każdy dzień życia. Cieszę się, że prawdę o tych strasznych czasach mogę wreszcie ujawnić, bo wcześniej nie wolno było.

Powróćmy do Pani ojca - Romana Oleksiaka, aresztowanego przez NKWD 30 października 1939 roku. Czy mama czyniła starania, aby go odnaleźć?

Tak, mama cały czas nie ustawała w poszukiwaniach ojca, za którym bardzo tęskniliśmy. Niestety przez te trudne warunki bytowania w Kazachstanie straciła zdrowie i zmarła w 1986 roku w Gliwicach. Do trumny włożyłam mamie – zgodnie z jej życzeniem - obrazek Matki Boskiej Częstochowskiej, który nam przez te wszystkie tułacze lata towarzyszył. Po wytrwałych, przeszło czterdziestoletnich poszukiwaniach, dopiero w 1991 roku dowiedzieliśmy się, że mój ojciec został zamordowany w Katyniu. Na bazie „pieriestrojki” 13 kwietnia 1990 roku prezydent ZSRR Michaił Gorbaczow przekazał Polsce kopie dokumentów dotyczących Zbrodni Katyńskiej. Odnaleziono w nich między innymi imię i nazwisko mojego ojca. W książce pt. „Gdziekolwiek są Wasze prochy” napisano, że został wpisany na ukraińską listę NKWD nr 042 poz. 341, nr akt 2141.

Pani Anno, serdecznie dziękuję za te wszystkie tragiczne wspomnienia, które na nowo w Pani odżyły, ale jak sama Pani twierdzi, prawda o tych czasach należy się dzielnej śp. mamie Antoninie Oleksiak. O takich bohaterskich matkach w archiwum NKWD można przeczytać: Polskije Matieri to tajna broń „Pańskoj Polszy...”. Nie do zlikwidowania...

Ja także dziękuję za tę rozmowę i na koniec pragnę dodać, że Bóg stokroć wynagrodził mi to wszystko, bo 13 kwietnia 1996 roku - dokładnie w 57. rocznicę zesłania do Kazachstanu - mogłam być na audiencji u naszego polskiego papieża Jana Pawła II i ucałować pierścień Rybaka. Zawdzięczam to śp. ks. prałatowi Zdzisławowi Peszkowskiemu, który dla nas – Rodzin Katyńskich ze Śląska - zorganizował pielgrzymkę do Rzymu. Wielkie to było szczęście i wzruszające przeżycie! Nic piękniejszego nie może mnie już spotkać!

 

Ty tu urządzisz

Zebrali się u Jezusa faryzeusze i kilku uczonych w Piśmie, którzy przybyli z Jerozolimy.

I zauważyli, że niektórzy z Jego uczniów brali posiłek nieczystymi, to znaczy nieumytymi rękami. Faryzeusze bowiem i w ogóle Żydzi, trzymając się tradycji starszych, nie jedzą, jeśli sobie rąk nie obmyją, rozluźniając pięść. I gdy wrócą z rynku, nie jedzą, dopóki się nie obmyją. Jest jeszcze wiele innych zwyczajów, które przejęli i których przestrzegają, jak obmywanie kubków, dzbanków, naczyń miedzianych. Zapytali Go więc faryzeusze i uczeni w Piśmie: „Dlaczego twoi uczniowie nie postępują według tradycji starszych, lecz jedzą nieczystymi rękami?”. Odpowiedział im: „Słusznie prorok Izajasz powiedział o was, obłudnikach, jak jest napisane: »Ten lud czci mnie wargami, lecz sercem swym daleko jest ode mnie. Ale czci na próżno, ucząc zasad podanych przez ludzi«. Uchyliliście przykazanie Boże, a trzymacie się ludzkiej tradycji”. Potem przywołał znowu tłum do siebie i rzekł do niego: „Słuchajcie mnie wszyscy i zrozumiejcie. Nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby uczynić go nieczystym; lecz co wychodzi z człowieka, to czyni człowieka nieczystym. Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota. Wszystko to zło z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym”.

1. Czystość rytualna była ważnym elementem kultu Izraelitów. Ale czystość nie jest dla czystości. Celem religijności nie jest religijność, lecz Bóg, a wtórnie uświęcenie człowieka. Bywa tak, że droga do celu staje się celem samym w sobie. A to jest bez sensu. Dlatego Jezus w ostry sposób piętnuje faryzeuszy za dwie rzeczy: za obłudę i za zastępowanie Bożych praw bardziej liberalnymi prawami, które sprytnie omijając trudniejsze wymagania, dają pozór przyzwoitości. Nie ma innego wyjścia: słowa Jezusa trzeba odnieść do siebie, czyli przyjrzeć się własnej religijności. Pozwolić, by Pan odsłonił hipokryzję lub łatwe rozgrzeszanie się z trudniejszych przykazań.

2. „Ten lud czci mnie wargami, lecz sercem swym daleko jest ode mnie”. Jak daleko od Boga jest moje serce? Można też zapytać inaczej: gdzie jest moje serce, czyli co jest dla mnie najcenniejsze, najdroższe? Gdzie jest mój skarb? Bo gdzie skarb twój, tam będzie i serce twoje. Pytanie o serce nie jest pytaniem o same uczucia, ale o miłość, czyli o wybór i wierność.

3. „Uchyliliście przykazanie Boże, a trzymacie się ludzkiej tradycji”. Trzeba uważać, by nie wylać dziecka z kąpielą. W imię tak zwanego autentyzmu rezygnuje się czasem z tradycji, powołując się przy tym na słowa Jezusa, że przecież ważne jest to, co w sercu. Na przykład w wielu krajach zrezygnowano z piątkowego niejedzenia mięsa na rzecz innej, rzekomo bardziej autentycznej formy postu. Efekt jest taki, że nie ma tam już dziś żadnego postu. Jezus nie wzywa do rezygnowania z tradycji na rzecz własnych pomysłów na autentyczną religijność. Chodzi o to, co święty Paweł nazwie „rozumną służbą Bożą” (Rz 12,1), czyli pobożność mądrą – wierną i twórczą zarazem. Chodzi o zgodność zewnętrznych praktyk z tym, co gra nam w duszach. 

Tylko czy pozwalamy, by w duszach grała nam Boża melodia? Im głośniej ktoś krzyczy, że jest autentyczny i nie da sobie niczego narzucać, tym łatwiej jest formowany przez kulturę masową według jednego modelu: konsumenta, niedojrzałego luzaka, egoisty. 

4. „Nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby uczynić go nieczystym; lecz co wychodzi z człowieka, to czyni człowieka nieczystym”. Zdanie to mówi o wolności człowieka. To człowiek decyduje się na zło, a nie odwrotnie. To człowiek otwiera furtkę diabłu lub zostawia niedomknięte drzwi, przez które wsącza się w niego trucizna. Wokół nas, owszem, wiele jest niszczących wyziewów. Ale niszczy nas to zło, które świadomie wybieramy, na które się godzimy, zawierając jakiś zgniły kompromis. Zdanie Pana Jezusa jest strasznie wymagające. Nie mogę uciec od odpowiedzialności za moje wybory. Nie mogę się usprawiedliwiać, że taki jest świat, że wszyscy tak robią, że inaczej się nie da. Z drugiej strony to zdanie mówi o tym, jak wielki jest człowiek. Może zachować się pięknie i godnie nawet w jakimś ziemskim piekle. Ty meblujesz w swoim sercu, w swojej głowie, w swoim życiu. Ty tu urządzisz.

ks. Tomasz Jaklewicz

ROZMOWA NA POWITANIE

(z nowym wikariuszem – ks. Tomaszem Klikowiczem rozmawia Krystyna Kajdan)

KRYSTYNA KAJDAN: – Otrzymał Ksiądz dekret do naszej parafii jako wikariusz w miejsce ks. Janusza Wilczka. Czy może się nam Ksiądz krótko przedstawić? Z jakiej parafii Ksiądz pochodzi? Z jakiej rodziny?

KS. TOMASZ KLIKOWICZ: - Pochodzę z Parafii Trójcy Przenajświętszej w Chełmie Śląskim. Wywodzę się z rodziny głęboko wierzącej.

– Ta parafia to prawdziwa kopalnia powołań, pochodzi z niej wielu znanych śląskich kapłanów. Jak kształtowało się Księdza powołanie?

- Zanim wstąpiłem do seminarium, studiowałem na pierwszym roku finanse – bankowość. W Wielki Piątek usłyszałem głos Bożego powołania do kapłaństwa. Ten głos w tamtym czasie bardzo mnie poruszył; tak mocno, że nie mogłem myśleć o niczym innym. Nie było łatwo podjąć decyzję, ale czułem, że jeżeli nie pójdę za tym głosem powołania, zmarnuję go. Byłem przekonany, że muszę to uczynić tu i teraz, a nie odwlekać z realizacją Bożego planu. Zrezygnowałem więc ze studiów i wstąpiłem do Wyższego Śląskiego Seminarium Duchownego w Katowicach oraz rozpocząłem studnia teologiczne, które bardzo różnią się od mojego poprzedniego kierunku studiów.
Moje powołanie kapłańskie było i jest dla mnie ogromnym wyzwaniem. Bałem się czy sobie poradzę, czy podołam temu wszystkiemu. Jednak z perspektywy czasu widzę, że nie dałbym rady bez Bożej pomocy i bez modlitwy wielu ludzi. Chcę również podkreślić, że jestem bardzo szczęśliwy w tym wszystkim, co robię, a do czego powołał mnie sam Bóg.

– Jak brzmi hasło wybrane przez Księdza na obrazku prymicyjnym? I dlaczego taki wybór?

- „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie” (J 2,5). Jest to fragment z Ewangelii według świętego Jana. A są to słowa Maryi wypowiedziane podczas wesela w Kanie Galilejskiej, skierowane do sług. Maryja wskazuje im na Jezusa i wypowiada właśnie te słowa: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”.
Na początku mej drogi seminaryjnej moja duchowość była skierowana ku Jezusowi. Lecz przez te wszystkie lata bardzo rozwinęła się u mnie pobożność Maryjna, szczególnie poprzez parafialne, piesze pielgrzymki do Kalwarii Zebrzydowskiej. To tam kształtowało się moje powołanie. Dlatego wybrałem te słowa „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”, ponieważ one łączą te dwie Osoby, Jezusa i Maryję, które są dla mnie bardzo ważne.

– Jakie parafie pojawiły się do tej pory na kapłańskiej drodze Księdza życia?

- Tychy – Parafia św. Benedykta Opata
Rybnik – Bazylika św. Antoniego
Świętochłowice – Parafia św. Apostołów Piotra i Pawła.

- Jakie ma Ksiądz pasje i zamiłowania?

- Duszpasterstwo. :)

- Czy lubi Ksiądz swoje imię? Nietrudno zauważyć, że na Brynowie nastała „era Tomków”, nasz nowy Ksiądz Proboszcz także nosi to piękne imię.

- Bardzo lubię imię, które nadali mi moi rodzice i mamy wiele wspólnego ze św. Tomaszem Apostołem.

– Dziękuję Księdzu za rozmowę. W imieniu naszej wspólnoty parafialnej pragnę Księdzu życzyć wszelakiego DOBRA i nieustannej opieki Jezusa i Maryi. Cieszymy się, że w prezbiterium naszego kościoła może Ksiądz codziennie oglądać swoje prymicyjne hasło. Szczęść Boże!

- Ja również dziękuję.

Podziękowanie dla ks. Janusza Wilczka

Księdzu Januszowi WILCZKOWI za rok pobytu pośród nas, za każdy trud duszpasterski, za duchową opiekę nad ministrantami, bierzmowańcami i grupą Słowa Bożego, za nauczanie religii, za organizowanie pielgrzymek, za odwiedziny chorych, za „krzyżyki” na naszych czołach i każde błogosławieństwo: Bóg zapłać!
Niech Bóg, który dał Księdzu w Brynowie łaskę świadczenia dobra, dalej prowadzi Księdza tą drogą. Niech Najświętsze Serce Pana Jezusa obdarza Księdza na nowej placówce wszelkimi potrzebnymi łaskami i darami Ducha Świętego. Szczęść Boże!

Wdzięczni za wszystko
Parafianie z Brynowa
z ks. proboszczem Tomaszem Jaklewiczem
i ks. Łukaszem Walaszkiem

Strona 1 z 47

Parafia
Najświętszych Imion
Jezusa i Maryi

ul. Przyklinga 12, 
40-551 Katowice-Brynów
tel. 32 251 86 60
brynow.jm@archidiecezjakatowicka.pl


Msze Święte:

niedziele i święta:
7:30, 9:00, 10:30, 12:00, 18:00

dni powszednie:
8:00, 18:00

piątki
8:00, 16:30 (szkolna), 18:00


Nabożeństwa

Adoracja Najświętszego Sakramentu
czwartek 17:00 – 18:00
sobota 17:00 – 18:00

Nabożeństwo ku czci Serca Pana Jezusa
pierwszy piątek 8:30, 18:30


Kancelaria Parafialna

poniedziałek, środa, piątek
17:00-18:00
wtorek, czwartek
18:45-20:00


W sprawach pilnych
dotyczących np. pogrzebu,
wezwania do chorego
proszę dzwonić na probostwo,
tel. nr 32 2518 660.

 

 chrzty i roczki

1. niedziela miesiąca 12:00

 

protokoły przedślubne
po mszy św. wieczornej - po umówieniu


numer konta bankowego:
BOŚ: 05 1540 1128 2001 7050 4713 0001


 

Szukaj na stronie