Słowo Życia

Słowo życia - sierpień 2015

 

"Postępujcie drogą miłości" (Ef 5, 2).

W tym zdaniu zawiera się cała etyka chrześcijańska. Ludzkie działanie winno być animowane przez miłość, jeśli ma być zgodne z tym, czego oczekuje Bóg-Stwórca, jeśli ma być autentycznie ludzkie.

Apostoł, św. Paweł ujmuje to zalecenie, skierowane do chrześcijan w Efezie, jako zakończenie i syntezę tego, co już napisał na temat życia chrześcijańskiego: o porzuceniu dawnego człowieka, by przyoblec się w nowego, o tym, by żyć wobec siebie nawzajem w prawdzie i szczerości, nie kraść, umieć przebaczać, świadczyć dobro..., jednym słowem, by "postępować drogą miłości".

Wypadałoby przeczytać całe zdanie, z którego wzięto te mocne słowa, jakie będą nam towarzyszyć w ciągu całego miesiąca: „Bądźcie więc naśladowcami Boga, jako dzieci umiłowane, i postępujcie drogą miłości, bo i Chrystus was umiłował i samego siebie wydał za nas w ofierze i dani na woń miłą Bogu”.

Św. Paweł jest przekonany, że całe nasze zachowanie winno wzorować się na Bogu. Jeśli miłość jest cechą określającą Boga, winna ona także charakteryzować Jego dzieci: w tym winni Go naśladować.

Jak jednak możemy rozpoznać miłość Boga? Dla św. Pawła jest to oczywiste: miłość ta objawia się w Jezusie, który ukazuje, w jaki sposób i do jakiego stopnia Bóg miłuje. Apostoł doświadczył tej miłości osobiście: "umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie" (Gal 2,20) i teraz mówi o tym do wszystkich, by stało się to doświadczeniem całej wspólnoty.

"Postępujcie drogą miłości"

Jaka jest miara miłości Jezusa, która ma być wzorem naszej miłości?

Ta miłość, jak wiemy, nie ma granic, nie zamyka się ani nie preferuje nikogo. Jezus umarł za wszystkich, również za swych nieprzyjaciół, za tych, którzy go ukrzyżowali. Jego miłość jest taka, jak Ojca, który ogarnia uniwersalną miłością wszystkich i sprawia, że słońce świeci i deszcz pada na złych i dobrych, na grzeszników i na sprawiedliwych. Jezus wziął w opiekę przede wszystkim maluczkich i ubogich, chorych i wykluczonych. Umiłował bardzo swych przyjaciół, był szczególnie blisko uczniów... Jego miłość nie pozwoliła mu się oszczędzać, umiłował do końca, do ofiarowania życia.

On zaprasza wszystkich do życia Jego miłością, do miłowania tak, jak On miłował.

Może nas przerażać to wezwanie, bo jest zbyt wymagające. Jak możemy być naśladowcami Boga, który kocha wszystkich, zawsze jako pierwszy? Jak miłować na miarę miłości Jezusowej? Jak należy "postępować w miłości", do czego wzywa nas to Słowo Życia?

Jest to możliwe tylko wtedy, jeśli wpierw doświadczyliśmy, że jesteśmy miłowani. W zdaniu "postępujcie drogą miłości, bo i Chrystus was umiłował" wyrażenie bo może być też przetłumaczone przez słowo ponieważ.

"Postępujcie drogą miłości"

Słowo postępować jest tu równoznaczne z działać, zachowywać się, mówi, że każde nasze działanie winno byś inspirowane i kierowane miłością. Może nie przez przypadek św. Paweł używa tego pełnego dynamizmu słowa, żeby przypomnieć nam, że miłości ciągle się uczymy, że istnieje jeszcze droga do przebycia, by osiągnąć szerokość Bożego serca. Używa również innych obrazów, by wyjaśnić konieczność nieustannego rozwoju, jak: wzrost od niemowlęctwa do wieku dojrzałego (por. 1 Kor 3, 1-2), wzrost zasiewu, wznoszenie budowli, bieg na stadionie, by otrzymać nagrodę (por. 1Kor 9,24). Nie doszliśmy jeszcze do celu. Konieczny jest czas i wytrwałość, by dotrzeć do mety. Wobec trudności, z powodu upadków i pomyłek nie możemy się poddawać ani zniechęcać, lecz nie zadawalając się przeciętnością, być zawsze gotowi zaczynać na nowo.

Św. Augustyn z Hippony, być może wspominając swoją bolesną drogę, napisał takie słowa: "Bądź stale niezadowolony z tego, jakim jesteś, jeśli chcesz stać się tym, kim jeszcze nie jesteś. Bo jeśli tam, gdzie czujesz się dobrze, zatrzymasz się i powiesz: To mi wystarczy, to ugrzęźniesz. Nieustannie stawiaj sobie wymagania, zawsze idź, cięgle podążaj naprzód; nie zatrzymuj się w drodze, nie odwracaj się, nie zbaczaj. Cofa się ten, kto nie idzie naprzód".

"Postępujcie drogą miłości"

Jak szybciej podążać drogą miłości?

Ponieważ wezwanie postępujcie skierowane jest do całej wspólnoty: pożytecznym byłoby pomagać sobie wzajemnie. Naprawdę smutno i trudno jest podjąć podróż samemu.
Możemy zacząć od stworzenia okazji, aby na nowo zadeklarować – wraz z przyjaciółmi, członkami rodziny, członkami tej samej wspólnoty chrześcijańskiej – wolę postępowania razem.
Możemy dzielić się pozytywnymi doświadczeniami tego, jak staraliśmy się miłować, by uczyć się jedni od drugich.

Możemy komuś, kto potrafi nas zrozumieć, powiedzieć w zaufaniu o popełnionych błędach i zejściu z drogi, by tak znaleźć drogę poprawy.
Również wspólna modlitwa może być źródłem światła i mocy, by iść naprzód.

Zjednoczeni ze sobą i z Jezusem pomiędzy nami – z Jezusem Drogą – przejdziemy do końca naszą "świętą podróż", rozsiewając miłość wokół nas i zdobędziemy metę: Miłość.

Fabio Ciardi

Słowo Życia - lipiec 2015

„Miejcie odwagę: Ja zwyciężyłem świat” (J 16, 33)

Tymi słowami kończą się mowy pożegnalne, kierowane przez Jezusa do uczniów podczas Ostatniej Wieczerzy, zanim oddany został w ręce tych, którzy wydali Go na śmierć. Był to dialog zwięzły, w którym odsłonił najgłębszą rzeczywistość swojej relacji z Ojcem oraz powierzonej Mu przez Niego misji.

Jezus opuszcza ziemię i wraca do Ojca, podczas gdy uczniowie mają pozostać w świecie, aby kontynuować Jego dzieło. Oni również, tak jak On, będą nienawidzeni, prześladowani, nawet wydawani na śmierć (por. J 15, 18.20; 16, 2). Ich misja będzie trudna, tak jak Jego misja. On zna dobrze trudności i próby, które muszą spotkać Jego przyjaciół: Na świecie doznacie ucisku (J 16,33), powiedział przed chwilą.

Jezus zwraca się do apostołów zgromadzonych wokół siebie na tej Ostatniej Wieczerzy, ale ma przed sobą wszystkie pokolenia uczniów, którzy za Nim pójdą przez wieki, również nas.
Tak jest naprawdę. Mimo radości rozsianych na naszej drodze, nie brak również „udręk”: niepewna przyszłość, tymczasowość pracy, ubóstwo i choroby, cierpienia z powodu klęsk żywiołowych i wojen, przemoc w domach i między narodami. Są również cierpienia związane z faktem bycia chrześcijanami: codzienna walka, by pozostać wiernym Ewangelii, poczucie niemocy wobec społeczeństwa, które wydaje się obojętne na przesłanie Boga, wyśmiewanie, pogarda, jeśli nie otwarte prześladowanie ze strony tych, którzy nie rozumieją Kościoła albo mu się przeciwstawiają.

Jezus zna te cierpienia, bo przeżył je osobiście, a jednak mówi:

„Miejcie odwagę: Ja zwyciężyłem świat”

Stwierdzenie to, wypowiedziane tak zdecydowanie i z przekonaniem, wydaje się sprzecznością. Jak Jezus może mówić, że zwyciężył świat, jeśli kilka chwil po wypowiedzeniu tych słów zostanie uwięziony, ubiczowany, skazany i zabity w najokrutniejszy i najbardziej haniebny sposób? Nie tylko nie zwyciężył, lecz wydaje się zdradzony, odrzucony, unicestwiony, a więc całkowicie przegrany.

Na czym polega Jego zwycięstwo? Niewątpliwie na zmartwychwstaniu: śmierć nie może już nad Nim panować. Jego zwycięstwo jest tak potężne, że nas również czyni jego uczestnikami: staje się obecny pomiędzy nami i prowadzi nas ze Sobą do pełni życia, do nowego stworzenia.

Przedtem jednak Jego zwycięstwem był akt największej miłości, przez którą oddał za nas życie. Tutaj, w klęsce porażki, tryumfuje On w pełni. Wnikając do każdego zakątka śmierci, uwolnił nas od wszystkiego, co nas przygniata i przemienił każdy nasz „negatyw”, każdą naszą ciemność i cierpienie w spotkanie ze Sobą, z Bogiem, z Miłością, z pełnią.

Za każdym razem gdy św. Paweł myślał o zwycięstwie Jezusa, zdawało się, że szaleje z radości. Jeśli Jezus – jak twierdził – stawił czoła wszelkim przeciwnościom, aż po największą z nich: śmierć, to my również, razem z Nim i w Nim, możemy przezwyciężyć każdą trudność. Co więcej, dzięki Jego miłości jesteśmy „więcej niż zwycięzcami”: Jestem pewien, że ani śmierć, ani życie […], ani jakiekolwiek inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym (Rzym 8, 38; por. 1 Kor 15, 57).

Dlatego rozumiemy zachętę Jezusa, by niczego już się nie bać:

„Miejcie odwagę: Ja zwyciężyłem świat”

Słowo Jezusa, którym będziemy żyli przez cały miesiąc, potrafi napełnić nas ufnością i nadzieją. Choćby nie wiem jak okrutne i trudne były sytuacje, w których się znajdziemy, miejmy pewność, że Jezus już je przeżył i przezwyciężył.

I choć nie posiadamy Jego mocy wewnętrznej, mamy Jego samego, który żyje i walczy razem z nami. Jeśli Ty zwyciężyłeś świat – możemy Mu powiedzieć, gdy czujemy, że przytłaczają nas trudności, próby, pokusy – potrafisz zwyciężyć także tę moją ‘udrękę’. Gdyż to, co dotyka mnie, moją rodzinę, moich kolegów w pracy, co zdaje się być przeszkodą nie do pokonania i mamy wrażenie, że nie damy rady, to jednak z Tobą pomiędzy nami znajdziemy odwagę i siłę, by stawić czoła tej przeciwności, aż staniemy się „więcej niż zwycięzcami”.

Nie chodzi o jakąś tryumfalną wizję życia chrześcijańskiego, jakoby wszystko było łatwe i już rozwiązane. Jezus jest zwycięski właśnie w momencie, gdy przeżywa dramat cierpienia, niesprawiedliwości, opuszczenia i śmierci. Jego zwycięstwo – to zwycięstwo osoby podejmującej cierpienie z miłości, która wierzy w życie po śmierci.

Może czasem również my, tak jak Jezus i jak męczennicy, powinniśmy oczekiwać nieba, aby ujrzeć pełnię zwycięstwa nad złem. Lękamy się często mówić o raju, jakby myśl o nim była narkotykiem, który nie pozwala odważnie zmierzyć się z trudnościami, jakimś znieczuleniem, które ma łagodzić cierpienia, jakimś alibi usprawiedliwiającym nas przed zaangażowaniem się w walkę z niesprawiedliwością. A przecież nadzieja na niebo i wiara w zmartwychwstanie są potężnym impulsem, by stawić czoło wszelkim przeciwnościom, do podtrzymania innych w próbach, do uwierzenia, że ostatnie słowo należy do miłości, która zwycięża nienawiść, do życia pokonującego śmierć.

Za każdym razem, gdy napotkamy jakąś trudność w swoim życiu, zobaczymy ją u naszych bliskich albo dowiemy się, że dotknęła ludzi w różnych częściach świata, odnówmy naszą ufność w Jezusa obecnego w nas i pomiędzy nami, w Tego, który zwyciężył świat, który daje nam udział w swoim zwycięstwie, który otwiera nam niebo, dokąd odszedł, aby przygotować nam miejsce. W ten sposób znajdziemy odwagę, by przezwyciężyć każdą próbę. Wszystko możemy zwyciężyć w Tym, który obdarza nas mocą.

Fabio Ciardi

Słowo Życia - czerwiec 2015

"Marto, Marto, martwisz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba (mało albo) tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona" (Łk 10, 41-42).

Ileż uczucia przy powtarzaniu tego imienia: Marto, Marto. Dom w Betanii, u bram Jerozolimy, to miejsce gdzie Jezus miał zwyczaj zatrzymywać się i odpoczywać ze swymi uczniami. Na zewnątrz, w mieście, musiał prowadzić dyskusje, spotykał się ze sprzeciwem i odrzuceniem, tu natomiast znajdował pokój i gościnność.

Marta jest kobietą zaradną i aktywną. Taką widzimy ją również po śmierci brata, gdy rozpoczyna z Jezusem rozmowę, w czasie której w sposób energiczny zadaje Mu zasadnicze pytania. Ta mocna kobieta wykazuje wielką wiarę. Na pytanie: Wierzysz w to, że Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem?, odpowiada bez wahania: Tak, Panie! Ja mocno wierzę (por. J 11, 25-27).

Marta jest zajęta przygotowaniami, aby godnie przyjąć Mistrza i Jego uczniów. Jest panią domu (o czym mówi samo jej imię: Marta – oznacza: pani domu), czuje się więc odpowiedzialna. Prawdopodobnie przygotowuje wieczerzę dla szanownego gościa. Jej siostra, Maria, zostawiła ją samą z jej krzątaniną. Nie było tozgodne ze zwyczajami Wschodu – zamiast przebywać w kuchni – razem z mężczyznami słucha Jezusa, siedząc u Jego stóp jak doskonała uczennica. Stąd trochę urażona wypowiedź Marty: Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła (Łk 10,40). I oto serdeczna a zarazem zdecydowana odpowiedź Jezusa:

„Marto, Marto, martwisz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba (mało albo) tylko jednego”.

Czy Jezus nie był zadowolony z przedsiębiorczości i wielkodusznej służby Marty? Czy nie podobała Mu się jej konkretna gościnność i nie skosztowałby chętnie potraw, które przygotowywała? Wkrótce po tym wydarzeniu będzie chwalił w przypowieściach zarządców, przedsiębiorców i podwładnych, którzy potrafią doprowadzić do pomnażania talentów i obracać dobrami (por. Łk 12, 42; 19, 12-26). Wychwala wręcz ich przebiegłość (por. Łk 16, 1-8). Nie mógł więc nie cieszyć się widząc kobietę tak pełną inicjatywy, zdolną szczodrze przyjąć gości.

Gani natomiast niepokój i zatroskanie towarzyszące jej pracy. Marta jest zdenerwowana, „uwija się około rozmaitych posług” (Łk 10,40), utraciła pokój.Już nie ona kieruje pracą, lecz to praca ją zdominowała i ją tyranizuje. Przestała być wolna, stała się niewolnikiem swej pracy.

Czy i nam nie zdarza się zagubić w tysiącach rzeczy, które mamy do zrobienia? Pociąga nas, ale i rozprasza internet, chat, niepotrzebne sms-y, nawet wtedy, gdy powinniśmy zająć się poważnymi obowiązkami. Mogą nas tak rozpraszać i absorbować, że zapominamy zwracać uwagę na innych, nie słuchamy bliskich nam osób. Niebezpieczne jest przede wszystkim to, że możemy stracić z oczu to, dlaczego i dla kogo pracujemy. Praca i inne zajęcia stają się wówczas celem samym w sobie.

Może też się zdarzyć, że w obliczu trudnych problemów i sytuacji, które dotyczą rodziny, ekonomii, kariery, szkoły, przyszłości naszej i naszych dzieci, ogarnia nas lęk i niepokój tak dalece, że zapominamy o słowach Jezusa: Nie martwcie się zatem i nie mówcie: co będziemy jedli? co będziemy pili? czym będziemy się przyodziewali? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie (Mt 6, 31-32). Również my zasługujemy na naganę Jezusa:

„Marto, Marto, martwisz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba (mało albo) tylko jednego”.

Co jest tą jedyną rzeczą, której potrzeba? Słuchanie i życie słowami Jezusa. Ponad nie i ponad Niego, który je wypowiada, nie wolno przedkładać absolutnie niczego. Prawdziwym sposobem ugoszczenia Pana, przyjęcia Go w domu, jest słuchanie i przyjęcie tego, co On mówi. Tak, jak uczyniła to Maria, która zapominając o wszystkim, usiadła u Jego stóp i nie straciła ani jednego Jego słowa. Nie może zatem kierować nami pragnienie „pokazania się” czy dominowania, lecz pragnienie podobania się Jemu, służba na rzecz budowania Jego królestwa.

My również, tak jak Marta, jesteśmy powołani, by czynić wiele rzeczy dla dobra innych. Jezus nauczył nas, że Ojciec jest zadowolony, gdy przynosimy obfity owoc (por. J 15,8) i wręcz dokonujemy rzeczy większych niż On (por. J 14,12). Oczekuje więc od nas oddania, pasji w pracy, którą dał nam do wykonania, inwencji, odwagi, przedsiębiorczości. Jednak bez niepokoju i zdenerwowania, lecz zachowując pokój rodzący się ze świadomości, że spełniamy wolę Boga.

Ważne jest więc tylko to, abyśmy stali się uczniami Jezusa, pozwolili Mu żyć w sobie, uważnie słuchali Jego sugestii, Jego delikatnego głosu, który kieruje nami chwila po chwili. W ten sposób On będzie kierował każdym naszym działaniem.

Idąc za słowami Jezusa, wykonującwiele rzeczy, nie będziemy rozproszeni i zagubieni, ponieważ naszym działaniem kierować będzie jedynie miłość. Poprzez wszystkie działania będziemy zawsze robili tylko jedno: miłowali.

Fabio Ciardi

Słowo życia - maj 2015

A Bóg, będąc bogaty w miłosierdzie, przez wielką swą miłość, jaką nas umiłował, i to nas, umarłych na skutek występków, razem z Chrystusem przywrócił do życia. Łaską bowiem jesteście zbawieni” (Ef 2, 4-5).

Kiedy Pan Bóg objawia się Mojżeszowi na górze Synaj, mówi Mu, kim jest: Jahwe, Jahwe, Bóg miłosierny i litościwy, cierpliwy, bogaty w łaskę i wierność (Wj 34, 6). Dla ukazania natury tej miłosiernej miłości Biblia hebrajska używa słowa raămîm,przywołując na myśl łono matki, miejsce, z którego pochodzi życie. Bóg daje się poznać jako „miłosierny”, ukazując troskę, jaką otacza swoje stworzenie, podobną do troski matki o każde jej dziecko: kocha je, jest blisko niego, chroni, troszczy się o nie. Biblia używa ponadto określenia esed, aby wyrazić inne aspekty miłości miłosiernej: wierność, życzliwość, dobroć, solidarność.

Również Maryja w swoim Magnificat wysławia miłosierdzie Wszechmocnego, które rozciąga się na wszystkie pokolenia. (por. Łk  1,50).

O miłości Boga mówił nam sam Jezus, ukazując Go jako Ojca bliskiego nam i zauważającego wszelkie nasze potrzeby, gotowego przebaczać i dawać wszystko, czego nam potrzeba: On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych(Mt 5, 45). Rzeczywiście Jego miłość jest bogata i wielka, jak określa ją list do Efezjan, z którego wybrane jest to Słowo:

A Bóg, będąc bogaty w miłosierdzie, przez wielką swą miłość, jaką nas umiłował, i to nas, umarłych na skutek występków, razem z Chrystusem przywrócił do życia. Łaską bowiem jesteście zbawieni”.

Słowa św. Pawła to prawie okrzyk radości rodzący się z kontemplacji nadzwyczajnego działania Boga w stosunku do nas: byliśmy umarli, a On nas wskrzesił, dając nam nowe życie.

Początek tego zdania wskazuje na kontrast zauważony wcześniej przez Pawła: ludzkość przygnieciona ciężarem win i grzechów, więziona przewrotnymi, egoistycznymi pragnieniami, pod wpływem sił zła, buntująca się otwarcie wobec Boga, zasługiwałaby na wybuch Jego gniewu (por. Ef 2, 1-3). A Bóg przeciwnie, zamiast karać – stąd wielkie zdumienie św. Pawła – przywraca życie: nie pozwala, by powodował Nim gniew, lecz miłosierdzie i miłość.

Jezus opowiadając przypowieść o ojcu i dwóch synach pozwala nam już przeczuwać takie działanie Boga. Ojciec z otwartymi ramionami przyjmuje młodszego, uwikłanego w życie niegodne człowieka. To samo w przypowieści o dobrym pasterzu, który szuka zagubionej owcy, bierze ją na ramiona, by zanieść ją do owczarni; lub o dobrym Samarytaninie, leczącym rany człowieka zadane mu przez zbójców (por. Łk, 11-32; 3-7; 10, 30-37)..

Bóg, Ojciec miłosierny, którego miłosierdzie symbolizują te przypowieści, nie tylko nam przebaczył, lecz obdarzył nas życiem swego Syna Jezusa, obdarzył nas pełnią życia Bożego.

Stąd hymn wdzięczności:

A Bóg, będąc bogaty w miłosierdzie, przez wielką swą miłość, jaką nas umiłował, i to nas, umarłych na skutek występków, razem z Chrystusem przywrócił do życia. Łaską bowiem jesteście zbawieni”.

To Słowo Życia powinno wzbudzić w nas taką samą radość i wdzięczność, jak u św. Pawła i wśród pierwszej wspólnoty chrześcijańskiej. Także wobec każdego z nas Bóg ukazuje się bogaty w miłosierdzie i wielką miłość, gotowy przebaczać i obdarzać miłosierdziem. Nie ma takiej sytuacji grzechu, cierpienia, samotności, w której nie byłby obecny, nie stanąłby obok nas, aby towarzyszyć nam w drodze, nie obdarzył nas zaufaniem, nie dał możliwości zmartwychwstania i siły, by zawsze zaczynać od nowa.

W swej pierwszej modlitwie „Anioł Pański”, dwa lata temu, 17 marca, papież Franciszek zaczął mówić o miłosierdziu Boga, temacie, który później często poruszał. Przy tej okazji powiedział: Oblicze Boga – to oblicze Ojca miłosiernego, który zawsze jest cierpliwy… rozumie nas, czeka na nas, nie męczy Go przebaczanie nam…. Zakończył to pierwsze krótkie pozdrowienie przypominając, że: On jest kochającym Ojcem, który zawsze przebacza, który dla nas wszystkich ma to miłosierne serce. My również uczmy się być miłosiernymi dla wszystkich.

Ta ostatnia wskazówka sugeruje nam konkretny sposób realizowania Słowa Życia. Jeśli Bóg wobec nas jest bogaty w miłosierdzie i otacza nas wielką miłością, my także jesteśmy  powołani, byśmy byli miłosierni dla innych. Jeżeli On kocha nieprzyjazne Mu osoby, my również powinniśmy się nauczyć kochać tych, którzy nie są „pociągający”, nawet wrogów. Czy Jezus nie powiedział nam: Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią (Mt 5, 7); czy nie prosił nas, byśmy byli miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny (Łk 36, 6)? Również św. Paweł zachęcał swoje wspólnoty wybrane i miłowane przez Boga, by przyoblekły się w serdeczne miłosierdzie, dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość (Kol 3, 12).

Jeśli uwierzyliśmy w miłość Boga, my także możemy kochać miłością, która staje się bliska każdej bolesnej sytuacji, każdej potrzebie, która wszystko wybacza, która chroni, która umie otoczyć troską.

Żyjąc w ten sposób, możemy być świadkami miłości Bożej i dopomóc wszystkim, których spotykamy, by odkryli, że i wobec nich Bóg jest bogaty w miłosierdzie i wielką miłość.

Fabio Ciardi

Słowo życia - kwiecień 2015

„Stałem się wszystkim dla wszystkich”

W pierwszym liście do wspólnoty w Koryncie, z którego wybrane jest Słowo Życia na ten miesiąc, Paweł musi się bronić przed surową oceną ze strony niektórych chrześcijan. Poddawali oni w wątpliwość lub wręcz negowali jego tożsamość apostoła. Uzasadniwszy, że posiada pełne prawo do tego tytułu, ponieważ „widział Jezusa Chrystusa” (por. 1, 9), Paweł wyjaśnia powód swej postawy do tego stopnia pokornej i uległej, że zrzeka się wszelkiego wynagrodzenia za swoją pracę. Choć umie docenić autorytet i prawa apostoła, woli raczej stać się „sługą wszystkich”. To jego ewangeliczna strategia.

Solidaryzuje się z osobami wszelkich kategorii tak dalece, że aby przynieść im nowinę Ewangelii, chce stać się jednym z nich. Pięć razy powtarza „stałem się” jedno: z Żydami – i z miłości do nich poddaje się prawu mojżeszowemu, chociaż wie, że ono go nie obowiązuje; z nie Żydami, którzy prawa nie zachowują – i on również żyje tak, jakby prawo mojżeszowe nie istniało, bo ma wymagające prawo samego Jezusa; z tymi, których uważano za „słabych” – byli to prawdopodobnie chrześcijanie skrupulanci, rozważający problem: jeść czy nie jeść mięso poświęcone bożkom – on również staje się „słaby”, choć jest „mocny” doświadczając wielkiej wolności. Jednym słowem: staje się „wszystkim dla wszystkich”.

Za każdym razem powtarza, że postępuje tak, by „pozyskać” dla Chrystusa każdego, aby za wszelką cenę kogoś przynajmniej „uratować”. Nie ma złudzeń, nie oczekuje też tryumfu, dobrze wie, że jedynie niektórzy odpowiedzą na jego miłość, mimo to kocha wszystkich i wszystkim służy, za przykładem Pana, który przyszedł, „aby służyć i dać swoje życie na okup za wielu” (Mt 20, 28). Któż bardziej od Jezusa Chrystusa z nami się zjednoczył? On, który był Bogiem, „ogołocił samego siebie przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi” (Flp 2, 7).

„Stałem się wszystkim dla wszystkich”

Chiara Lubich uczyniła to słowo jedną z głównych zasad „sztuki miłowania” – streszcza się ona w wyrażeniu „stawać się jedno”, „jednoczyć się”. Dostrzegła w tym wyraz „dyplomacji” miłości. „Kiedy ktoś płacze – napisała – powinniśmy płakać razem z nim. A jeśli się śmieje, cieszyć się z nim. W ten sposób krzyż jest podzielony i niesie go wiele ramion, a w pomnożonej radości ma udział wiele serc. […] Jednoczyć się z bliźnim z miłości do Jezusa, z miłością Jezusa tak dalece, aż bliźni, delikatnie zraniony miłością Boga w nas, zechce stać się jedno z nami we wzajemnej wymianie pomocy, ideałów, planów, uczuć. […] To jest dyplomacja miłości, która ma wiele cech i wyrazów zwykłej dyplomacji i dlatego nie mówi wszystkiego, co można by powiedzieć, bo bratu by się to nie podobało, a Bogu nie byłoby miłe; umie czekać, umie mówić, umie osiągać cel. Boska dyplomacja Słowa, które staje się ciałem, aby nas przebóstwić”1.

Pedagogia Chiary wskazuje również na przeszkody dnia codziennego, które utrudniają „jednoczenie się”: „Są to niekiedy rozproszenia, kiedy indziej niecierpliwe pragnienie wtrącenia swojej myśli, w niewłaściwym momencie udzielenia swej rady. Przy innych okazjach jesteśmy za mało nastawieni na jednoczenie się z bliźnim, bo uważamy, że nie zrozumie naszej miłości, albo blokują nas inne sądy o nim. W pewnych wypadkach przeszkadza nam ukryta chęć pozyskania go dla naszej sprawy”. Dlatego: „konieczne jest naprawdę odcięcie lub odsunięcie wszystkiego, co wypełnia nasz umysł i nasze serce, by jednoczyć się z bliźnimi”2. Tak więc nieustanna i niestrudzona, wytrwała i bezinteresowna miłość, która ze swej strony powierza się większej i potężniejszej miłości Bożej.

Te cenne wskazówki mogą nam pomóc w tym miesiącu w przeżywaniu Słowa Życia, abyśmy szczerze zaczęli słuchać bliźniego, rozumieć go do głębi, utożsamiając się z tym, co przeżywa i co czuje, dzieląc z nim jego troski i radości:

„Stałem się wszystkim dla wszystkich”

Nie możemy jednak rozumieć tego ewangelicznego wezwania jako zachęty do wyrzeczenia się własnych przekonań, by niemal bezkrytycznie akceptować każdy sposób postępowania drugiej osoby, czy też by rezygnować ze swojej koncepcji życia albo z własnych idei. Jeśli kochaliśmy do tego stopnia, że staliśmy się tym drugim, jeśli wspólnie zdobyte wartości były darem miłości i zbudowały nasze szczere relacje, wtedy można i powinno się wyrazić swoją myśl, nawet gdyby to miało zaboleć, trwając jednak zawsze w postawie najgłębszej miłości. Jednoczenie się nie jest oznaką słabości ani poszukiwaniem spokojnego i pokojowego współżycia, lecz sposobem życia osoby wolnej, która chce służyć, a to wymaga odwagi i determinacji.

Ważne jest też, aby pamiętać o celu stawania się jedno z innymi.

Zdanie św. Pawła, którym – jak już zaznaczyliśmy – będziemy żyli w tym miesiącu, mówi dalej: „… żeby w ogóle ocalić przynajmniej niektórych”. Paweł usprawiedliwia swoje „jednoczenie się” pragnieniem, aby doprowadzić do zbawienia. Jest to droga, by wniknąć w drugiego człowieka tak, by ukazała się w nim pełnia dobra i prawdy, które już w nim mieszkają, aby spalić ewentualne błędy i złożyć w nim ziarno Ewangelii. Dla Apostoła spełnianie tego zadania nie zna ograniczeń ani wymówek. Nie może od niego odstąpić, bo powierzył mu je sam Bóg. Musi je wypełnić „za wszelką cenę”, z fantazją, do której tylko miłość jest zdolna.

Takie nastawienie jest najważniejszym motywem naszego „jednoczenia się”. Także w polityce i handlu istnieje zainteresowanie tym, w jaki sposób zbliżyć się do ludzi, jak przeniknąć ich myśli, zrozumieć ich potrzeby i wymagania, ale jest w tym zawsze szukanie zysku. Natomiast: „co swoiste dla dyplomacji boskiej, co może jej tylko właściwe, jest to, że kieruje się dobrem drugiego, a więc jest wolna od najmniejszego cienia egoizmu”3.

Tak więc „stawiać się jedno”, aby wszystkim pomóc wzrastać w miłości i w ten sposób przyczyniać się do realizowania powszechnego braterstwa – o którym Bóg marzy dla ludzkości, dla którego Jezus oddał życie.


o. Fabio Ciardi

1  Dyplomacja, [w:] Chiara Lubich, Tylko jedno, Katowice: Księgarnia św. Jacka 1986, s. 66.
2  Myśl Chiary Lubich w Collegamento z 2 września 1982.
3  Dyplomacja, [w:] Chiara Lubich, Tylko jedno, Katowice: Księgarnia św. Jacka 1986, s. 67.

Słowo życia - marzec 2015

 

Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje!” (Mk 8, 34)

Podczas podróży do północnej Galilei, przemierzając wioski otaczające Cezareę Filipową, Jezus pyta swych uczniów, co o Nim myślą. Piotr w imieniu wszystkich wyznaje, że jest On Chrystusem, oczekiwanym od wieków Mesjaszem. Aby uniknąć niezrozumienia Jezus wyjaśnia, jak pojmuje realizowanie swojej misji. Owszem, uwolni swój lud, ale w sposób nieoczekiwany, płacąc za to osobiście: będzie wiele cierpiał, będzie potępiony, zabity, a po trzech dniach zmartwychwstanie. Piotr nie akceptuje takiej wizji Mesjasza – wyobrażał Go sobie, podobnie jak wielu innych w Jego czasach, jako tego, który miał działać z mocą i siłą, pokonując Rzymian i przywracając narodowi izraelskiemu należne mu miejsce w świecie – i upomina Jezusa, który gani go słowami: „Ty nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie” (Mk 8, 33).

Jezus ponownie udaje się w drogę, tym razem w kierunku Jerozolimy, gdzie wypełni się Jego przeznaczenie: śmierć i zmartwychwstanie. A teraz, gdy Jego uczniowie wiedzą, że idzie na śmierć, czy zechcą jeszcze za Nim iść? Warunki, których żąda Jezus, są jasne i wymagające. Do zgromadzonych wokół siebie tłumów oraz do swoich uczniów mówi:

Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje!”

Zafascynowali się Nim, Mistrzem, kiedy szedł brzegiem jeziora, podczas gdy zarzucali sieci na połów czy przy komorze celnej. Bez wahania pozostawili łodzie, sieci, komorę celną, dom, rodzinę, by za Nim pójść. Widzieli, jak dokonuje cudów i słuchali Jego słów mądrości. Aż do tego momentu szli za Nim, ożywiani radością i entuzjazmem.

Jednak pójście za Jezusem związane było z jeszcze większymi wymaganiami. Obecnie stało się jasne, że oznaczało dzielić w pełni Jego życie i Jego los: porażkę i wrogość otoczenia, aż po śmierć, i to jaką śmierć! Najboleśniejszą, najbardziej haniebną, śmierć zarezerwowaną dla morderców i najgorszych przestępców. Śmierć, którą Pisma określały jako „przeklętą” (por. Pwp 21,23). Już sama nazwa „krzyż” wzbudzała lęk, tego słowa prawie się nie wypowiadało. Słowo to pojawia się w Ewangelii po raz pierwszy. Kto wie, jakie wrażenie robiło na tych, którzy je słyszeli!

Teraz, gdy Jezus jasno określił swoją tożsamość, z równą jasnością może ukazać tożsamość swojego ucznia. Jeżeli Mistrzem jest ten, który kocha swój lud aż po oddanie za niego życia biorąc na siebie krzyż, to również uczeń, aby być uczniem, powinien odsunąć na bok własny sposób myślenia, by podzielać w pełni drogę Mistrza, zaczynając od krzyża:

Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje!”

Być chrześcijaninem – znaczy być drugim Chrystusem: mieć „te same uczucia, co Jezus Chrystus”, który „uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci - i to śmierci krzyżowej” (Flp 2, 5.8); być ukrzyżowanym z Chrystusem tak dalece, by móc powiedzieć za św. Pawłem: „teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus” (Ga 2,20); nie znać niczego więcej, „jak tylko Jezusa Chrystusa i to ukrzyżowanego” (1 Kor 2, 2). To Jezus nadal w nas żyje, umiera i w nas zmartwychwstaje. Największym pragnieniem, największą ambicją chrześcijanina jest: być jak Mistrz; to pragnienie zrodziło wielkich świętych. Ale jak naśladować Jezusa, abyśmy stali się takimi, jak On? Pierwszym krokiem jest „zaprzeć się siebie”, oderwać od swojego sposobu myślenia. Takiego kroku zażądał Jezus od Piotra, kiedy go upomniał, że myśli po ludzku, a nie po bożemu. My również, tak jak Piotr, mamy czasem ochotę egoistycznie dowartościować siebie, przynajmniej zgodnie z naszymi wyobrażeniami. Dążymy do łatwego i natychmiastowego sukcesu, który byłby wolny od jakichkolwiek trudności, z zazdrością patrzymy na ludzi robiących karierę, marzymy o zjednoczonej rodzinie oraz o budowaniu wokół siebie braterskiego społeczeństwa i wspólnoty chrześcijańskiej – jednak boimy się tego, byśmy nie musieli za to drogo zapłacić.

Zaprzeć się siebie oznacza wniknąć w sposób myślenia Boga, ukazany nam przez Jezusa w Jego sposobie działania: w logice ziarna pszenicznego, które musi obumrzeć, aby przynieść owoc, w znajdowaniu większej radości z dawania niż otrzymywania, w ofiarowaniu swego życia z miłości; jednym słowem: w przyjęciu na siebie własnego krzyża:

Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje!”

Ten „codzienny” krzyż – jak mówi Ewangelia św. Łukasza (9, 23) – może mieć wiele fizjonomii: jakaś choroba, utrata pracy, nieradzenie sobie z problemami rodzinnymi lub zawodowymi, poczucie klęski wobec załamania się głębokich relacji, nietrwałości prawdziwych więzi, poczucie niemocy w obliczu wielkich ogólnoświatowych konfliktów, oburzenie z powodu częstych skandali w naszym społeczeństwie… Krzyża nie trzeba szukać, sam wychodzi nam na spotkanie, kiedy, być może, najmniej go oczekujemy i w sposób, jakiego nigdy sobie nie wyobrażaliśmy.

Jezus zachęca, aby go „wziąć”, nie z rezygnacją jako nieuchronne zło, nie pozwalając, aby pochylił nas przygniótłszy nasze barki, ale również nie „pozując” na stoika obojętnego na wszystko. Przyjmować go jako współudział w Jego krzyżu, jako szansę, aby i w tej sytuacji być Jego uczniami i także w tym cierpieniu żyć z Nim w komunii, ponieważ On pierwszy dzielił z nami krzyż. Kiedy bowiem Jezus obarczył się swoim krzyżem, razem z nim wziął na ramiona każdy nasz krzyż. W każdym cierpieniu, jakiekolwiek by miało oblicze, możemy zatem spotkać Jezusa, który już uczynił je swoim.

Igino Giordani widzi możliwość odwrócenia roli Szymona Cyrenejczyka niosącego krzyż Jezusa: krzyż „przygniata mniej, jeśli Jezus staje się dla nas Cyrenejczykiem”. A ciąży jeszcze mniej – mówi dalej – jeśli niesiemy go razem: „Krzyż niesiony przez jednego człowieka w końcu przygniata; niesiony razem przez wielu, z Jezusem między nimi, lub gdy Jezusa bierzemy jako Cyrenejczyka, staje się lekki: staje się słodkim jarzmem. Wspinaczka, zgodnie podjęta przez wielu połączonych ze sobą liną, zamiast być ascezą, staje się świętem”.

Podejmowanie krzyża, aby nieść go razem z Nim, wiedząc, że nie niesiemy go sami, ponieważ On niesie go z nami – to więź, to przynależenie do Jezusa aż do pełnej komunii z Nim, aż po stanie się drugim Nim. W ten sposób idziemy za Jezusem i stajemy się prawdziwymi uczniami. Wtedy krzyż będzie dla nas naprawdę, tak jak dla Jezusa, „mocą Bożą” (1 Kor 1,18), drogą do zmartwychwstania. W każdej słabości znajdziemy siłę, w każdej ciemności światło, w każdej śmierci życie, ponieważ znajdziemy Jezusa.

o. Fabio Ciardi OMI

 

Słowo życia - luty 2015

 

Przygarniajcie siebie nawzajem, bo i Chrystus przygarnął was – ku chwale Boga” (Rz 15, 7).

Pragnąc podążyć do Rzymu, a stamtąd dalej do Hiszpanii, apostoł Paweł skierował jeden ze swoich listów do wspólnot chrześcijańskich obecnych w tym mieście. Wśród tych, którzy dawali świadectwo o swoim szczerym i głębokim przylgnięciu do Ewangelii była wielka liczba męczenników, ale też nie brakowało, jak wszędzie, pokus, nieporozumień, a nawet rywalizacji. Chrześcijanie rzymscy byli bowiem ogromnie zróżnicowani pochodzeniem społecznym, kulturowym i religijnym. Były wśród nich osoby wywodzące się z judaizmu, z kręgu kultury hellenistycznej, ale też z antycznych religii rzymskich, ze stoicyzmu, ale też z innych orientacji filozoficznych. Wnosiły one właściwe sobie tradycje myślowe oraz przekonania etyczne. Niektórzy z nich byli określani jako „słabi”, ponieważ poddawali się szczególnym zwyczajom żywieniowym, jak np. wegetarianie lub ci, którzy przestrzegali specjalnych dni postu wyznaczonych kalendarzem. Innych nazywano „mocnymi”, ponieważ, wolni od tych uwarunkowań, nie byli zależni od żadnego tabu, związanego z jedzeniem czy rytuałami. Do nich wszystkich Paweł zwraca się z naglącym zaproszeniem:

Przygarniajcie siebie nawzajem, bo i Chrystus przygarnął was – ku chwale Boga”

Już we wcześniejszych słowach tego listu, poruszył ten temat: zwraca się najpierw do „mocnych”, zachęcając ich, aby przygarnęli „słabych”, bez spierania się o poglądy; potem do „słabych”, aby przyjęli „mocnych” bez osądzania ich, ponieważ sami zostali przygarnięci przez Boga.

Św. Paweł jest bowiem przekonany, że każdy z nich, mimo różnorodności przekonań i zwyczajów, kieruje się miłością do Boga. Nie może być więc powodem do osądzania kogoś to, że myśli on inaczej, tym bardziej nie można gorszyć go okazując mu arogancję lub jakiś rodzaj wyższości. Przeciwnie, trzeba mieć szacunek i widzieć w każdym dobro, by się wzajemnie budować, tworzyć wspólnotę, budować jej jedność (por. 14, 1-23).

Św. Paweł mówi o tym, jak stosować, także w tym przypadku, podstawową zasadę życia chrześcijańskiego, którą przypomniał przed chwilą w liście: „Wypełnieniem prawa jest miłość” (13, 10). Nie postępując „zgodnie z miłością” (14,15) chrześcijanie Rzymu byli mniej otwarci na „ducha braterstwa”, który powinien ożywiać członków każdej wspólnoty.

Apostoł proponuje jako wzór wzajemnej otwartości Jezusa, "który nie szukał tego, co było dogodne dla Niego", ale przez swoją śmierć wziął na siebie nasze słabości (por. 15, 1-3). Z wysokości krzyża przyciąga wszystkich do siebie, przygarnia Jana – Hebrajczyka wraz z rzymskim setnikiem, Marię Magdalenę wraz ze złoczyńcą ukrzyżowanym wraz z Nim.

Przygarniajcie siebie nawzajem, bo i Chrystus przygarnął was – ku chwale Boga”

Także w naszych wspólnotach chrześcijańskich, choć wszyscy są „umiłowani przez Boga i święci wskutek powołania” (1,7) nie brakuje, podobnie jak w tych rzymskich, dysharmonii oraz kontrastów związanych z różnymi sposobami widzenia i różnicami kulturowymi. Często przeciwstawiają się sobie tradycjonaliści i nowatorzy, lub – mówiąc w sposób nieco uproszczony, lecz równocześnie wyrazisty – osoby bardziej otwarte lub bardziej zamknięte, pojmujące chrześcijaństwo na sposób bardziej społeczny lub bardziej duchowy. Różnorodność jest pożywką różnic politycznych i uwydatnia różnice społeczne. Obserwujemy aktualnie wpływ imigrantów także na zgromadzenia liturgiczne i ich obecność w różnych grupach kościelnych, które stają się coraz bardziej różnorodne pod względem kultury i pochodzenia geograficznego.

Tę samą dynamikę możemy dostrzec w odniesieniach między chrześcijanami różnych Kościołów, lecz także w rodzinach, w środowiskach pracy lub polityki.

Rodzi się pokusa osądzania tych, którzy nie myślą tak jak my oraz zaznaczania przewagi przez jałowe porównywanie się oraz wzajemne wykluczenie. Wzór proponowany przez Pawła nie jest spłaszczającym różnice uniformizmem, lecz komunią między różnorodnymi, która ubogaca. Nie bez przyczyny dwa akapity wcześniej, w tym samym liście, mówi o jedności ciała w różnorodności jego członków jako o wielości charyzmatów, które wzbogacają i ożywiają wspólnotę (por. 12, 3-13). Modelem nie jest kula, by użyć porównania papieża Franciszka, gdzie każdy punkt jest tak samo oddalony od centrum i nie ma różnicy miedzy jednym punktem a drugim. Modelem jest wielościan, którego płaszczyzny są różne i skomponowane asymetrycznie, gdzie wszystkie części mają swoją oryginalność. "Nawet osoby, które mogą krytykowane za swoje błędy, mają coś do zaofiarowania i nie powinno się tego zaprzepaścić. Jest to jedność ludów, które w porządku uniwersalnym zachowują swoje indywidualne rysy. Jest to ogół osób w społeczeństwie szukającym dobra wspólnego, prawdziwie obejmującego wszystkich." (Evangelii gaudium, 236).

Przygarniajcie siebie nawzajem, bo i Chrystus przygarnął was – ku chwale Boga”

To słowo życia jest naglącym wezwaniem do rozpoznawania tego, co pozytywne w drugim, przynajmniej dlatego, że Chrystus ofiarował swoje życie także za tę osobę, którą bylibyśmy skłonni osądzać. Jest zaproszeniem, by słuchać drugiego oddalając mechanizmy obronne, pozostając otwartymi na zmiany, ażeby z szacunkiem i miłością przyjąć odmienność, aby ukształtowała się wspólnota różnorodna a zarazem zjednoczona.

To słowo zostało wybrane przez wspólnotę ewangelicką w Niemczech, aby było przeżywane przez jej członków, stając się dla nich światłem na rok 2015. Dzielmy się tym słowem, przynajmniej w tym miesiącu, wraz z członkami różnych Kościołów, aby stało się już znakiem wzajemnego przygarnięcia.

Możemy w ten sposób oddać chwałę Bogu jedną duszą i jednymi ustami (15, 6), gdyż – jak mówiła Chiara Lubich w Genewie, w katedrze św. Piotra należącej do Kościoła reformowanego– „współczesność domaga się od każdego z nas miłości, domaga się jedności, komunii, solidarności. Wzywa również Kościoły, aby odtworzyły jedność rozbitą od wieków. To jest reforma reform, o którą proszą nas Niebiosa. To jest pierwszy i konieczny krok do powszechnego braterstwa wszystkich mężczyzn i kobiet świata. Świat uwierzy, jeśli będziemy zjednoczeni”.

o. Fabio Ciardi OMI

Strona 6 z 13

Parafia
Najświętszych Imion
Jezusa i Maryi

ul. Przyklinga 12, 
40-551 Katowice-Brynów
tel. 32 251 86 60
brynow.jm@archidiecezjakatowicka.pl


Msze Święte:

niedziele i święta:
7:30, 9:00, 10:30, 12:00, 18:00

dni powszednie:
8:00, 18:00

piątki
8:00, 16:30 (szkolna), 18:00


Nabożeństwa

Adoracja Najświętszego Sakramentu
czwartek 17:00 – 18:00
sobota 17:00 – 18:00

Nabożeństwo ku czci Serca Pana Jezusa
pierwszy piątek 8:30, 18:30


Kancelaria Parafialna

poniedziałek, środa, piątek
17:00-18:00
wtorek, czwartek
18:45-20:00


W sprawach pilnych
dotyczących np. pogrzebu,
wezwania do chorego
proszę dzwonić na probostwo,
tel. nr 32 2518 660.

 

 chrzty i roczki

1. niedziela miesiąca 12:00

 

protokoły przedślubne
po mszy św. wieczornej - po umówieniu


numer konta bankowego:
BOŚ: 05 1540 1128 2001 7050 4713 0001


 

Szukaj na stronie