Słowo Życia

Słowo życia - kwiecień 2015

„Stałem się wszystkim dla wszystkich”

W pierwszym liście do wspólnoty w Koryncie, z którego wybrane jest Słowo Życia na ten miesiąc, Paweł musi się bronić przed surową oceną ze strony niektórych chrześcijan. Poddawali oni w wątpliwość lub wręcz negowali jego tożsamość apostoła. Uzasadniwszy, że posiada pełne prawo do tego tytułu, ponieważ „widział Jezusa Chrystusa” (por. 1, 9), Paweł wyjaśnia powód swej postawy do tego stopnia pokornej i uległej, że zrzeka się wszelkiego wynagrodzenia za swoją pracę. Choć umie docenić autorytet i prawa apostoła, woli raczej stać się „sługą wszystkich”. To jego ewangeliczna strategia.

Solidaryzuje się z osobami wszelkich kategorii tak dalece, że aby przynieść im nowinę Ewangelii, chce stać się jednym z nich. Pięć razy powtarza „stałem się” jedno: z Żydami – i z miłości do nich poddaje się prawu mojżeszowemu, chociaż wie, że ono go nie obowiązuje; z nie Żydami, którzy prawa nie zachowują – i on również żyje tak, jakby prawo mojżeszowe nie istniało, bo ma wymagające prawo samego Jezusa; z tymi, których uważano za „słabych” – byli to prawdopodobnie chrześcijanie skrupulanci, rozważający problem: jeść czy nie jeść mięso poświęcone bożkom – on również staje się „słaby”, choć jest „mocny” doświadczając wielkiej wolności. Jednym słowem: staje się „wszystkim dla wszystkich”.

Za każdym razem powtarza, że postępuje tak, by „pozyskać” dla Chrystusa każdego, aby za wszelką cenę kogoś przynajmniej „uratować”. Nie ma złudzeń, nie oczekuje też tryumfu, dobrze wie, że jedynie niektórzy odpowiedzą na jego miłość, mimo to kocha wszystkich i wszystkim służy, za przykładem Pana, który przyszedł, „aby służyć i dać swoje życie na okup za wielu” (Mt 20, 28). Któż bardziej od Jezusa Chrystusa z nami się zjednoczył? On, który był Bogiem, „ogołocił samego siebie przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi” (Flp 2, 7).

„Stałem się wszystkim dla wszystkich”

Chiara Lubich uczyniła to słowo jedną z głównych zasad „sztuki miłowania” – streszcza się ona w wyrażeniu „stawać się jedno”, „jednoczyć się”. Dostrzegła w tym wyraz „dyplomacji” miłości. „Kiedy ktoś płacze – napisała – powinniśmy płakać razem z nim. A jeśli się śmieje, cieszyć się z nim. W ten sposób krzyż jest podzielony i niesie go wiele ramion, a w pomnożonej radości ma udział wiele serc. […] Jednoczyć się z bliźnim z miłości do Jezusa, z miłością Jezusa tak dalece, aż bliźni, delikatnie zraniony miłością Boga w nas, zechce stać się jedno z nami we wzajemnej wymianie pomocy, ideałów, planów, uczuć. […] To jest dyplomacja miłości, która ma wiele cech i wyrazów zwykłej dyplomacji i dlatego nie mówi wszystkiego, co można by powiedzieć, bo bratu by się to nie podobało, a Bogu nie byłoby miłe; umie czekać, umie mówić, umie osiągać cel. Boska dyplomacja Słowa, które staje się ciałem, aby nas przebóstwić”1.

Pedagogia Chiary wskazuje również na przeszkody dnia codziennego, które utrudniają „jednoczenie się”: „Są to niekiedy rozproszenia, kiedy indziej niecierpliwe pragnienie wtrącenia swojej myśli, w niewłaściwym momencie udzielenia swej rady. Przy innych okazjach jesteśmy za mało nastawieni na jednoczenie się z bliźnim, bo uważamy, że nie zrozumie naszej miłości, albo blokują nas inne sądy o nim. W pewnych wypadkach przeszkadza nam ukryta chęć pozyskania go dla naszej sprawy”. Dlatego: „konieczne jest naprawdę odcięcie lub odsunięcie wszystkiego, co wypełnia nasz umysł i nasze serce, by jednoczyć się z bliźnimi”2. Tak więc nieustanna i niestrudzona, wytrwała i bezinteresowna miłość, która ze swej strony powierza się większej i potężniejszej miłości Bożej.

Te cenne wskazówki mogą nam pomóc w tym miesiącu w przeżywaniu Słowa Życia, abyśmy szczerze zaczęli słuchać bliźniego, rozumieć go do głębi, utożsamiając się z tym, co przeżywa i co czuje, dzieląc z nim jego troski i radości:

„Stałem się wszystkim dla wszystkich”

Nie możemy jednak rozumieć tego ewangelicznego wezwania jako zachęty do wyrzeczenia się własnych przekonań, by niemal bezkrytycznie akceptować każdy sposób postępowania drugiej osoby, czy też by rezygnować ze swojej koncepcji życia albo z własnych idei. Jeśli kochaliśmy do tego stopnia, że staliśmy się tym drugim, jeśli wspólnie zdobyte wartości były darem miłości i zbudowały nasze szczere relacje, wtedy można i powinno się wyrazić swoją myśl, nawet gdyby to miało zaboleć, trwając jednak zawsze w postawie najgłębszej miłości. Jednoczenie się nie jest oznaką słabości ani poszukiwaniem spokojnego i pokojowego współżycia, lecz sposobem życia osoby wolnej, która chce służyć, a to wymaga odwagi i determinacji.

Ważne jest też, aby pamiętać o celu stawania się jedno z innymi.

Zdanie św. Pawła, którym – jak już zaznaczyliśmy – będziemy żyli w tym miesiącu, mówi dalej: „… żeby w ogóle ocalić przynajmniej niektórych”. Paweł usprawiedliwia swoje „jednoczenie się” pragnieniem, aby doprowadzić do zbawienia. Jest to droga, by wniknąć w drugiego człowieka tak, by ukazała się w nim pełnia dobra i prawdy, które już w nim mieszkają, aby spalić ewentualne błędy i złożyć w nim ziarno Ewangelii. Dla Apostoła spełnianie tego zadania nie zna ograniczeń ani wymówek. Nie może od niego odstąpić, bo powierzył mu je sam Bóg. Musi je wypełnić „za wszelką cenę”, z fantazją, do której tylko miłość jest zdolna.

Takie nastawienie jest najważniejszym motywem naszego „jednoczenia się”. Także w polityce i handlu istnieje zainteresowanie tym, w jaki sposób zbliżyć się do ludzi, jak przeniknąć ich myśli, zrozumieć ich potrzeby i wymagania, ale jest w tym zawsze szukanie zysku. Natomiast: „co swoiste dla dyplomacji boskiej, co może jej tylko właściwe, jest to, że kieruje się dobrem drugiego, a więc jest wolna od najmniejszego cienia egoizmu”3.

Tak więc „stawiać się jedno”, aby wszystkim pomóc wzrastać w miłości i w ten sposób przyczyniać się do realizowania powszechnego braterstwa – o którym Bóg marzy dla ludzkości, dla którego Jezus oddał życie.


o. Fabio Ciardi

1  Dyplomacja, [w:] Chiara Lubich, Tylko jedno, Katowice: Księgarnia św. Jacka 1986, s. 66.
2  Myśl Chiary Lubich w Collegamento z 2 września 1982.
3  Dyplomacja, [w:] Chiara Lubich, Tylko jedno, Katowice: Księgarnia św. Jacka 1986, s. 67.

Słowo życia - marzec 2015

 

Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje!” (Mk 8, 34)

Podczas podróży do północnej Galilei, przemierzając wioski otaczające Cezareę Filipową, Jezus pyta swych uczniów, co o Nim myślą. Piotr w imieniu wszystkich wyznaje, że jest On Chrystusem, oczekiwanym od wieków Mesjaszem. Aby uniknąć niezrozumienia Jezus wyjaśnia, jak pojmuje realizowanie swojej misji. Owszem, uwolni swój lud, ale w sposób nieoczekiwany, płacąc za to osobiście: będzie wiele cierpiał, będzie potępiony, zabity, a po trzech dniach zmartwychwstanie. Piotr nie akceptuje takiej wizji Mesjasza – wyobrażał Go sobie, podobnie jak wielu innych w Jego czasach, jako tego, który miał działać z mocą i siłą, pokonując Rzymian i przywracając narodowi izraelskiemu należne mu miejsce w świecie – i upomina Jezusa, który gani go słowami: „Ty nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie” (Mk 8, 33).

Jezus ponownie udaje się w drogę, tym razem w kierunku Jerozolimy, gdzie wypełni się Jego przeznaczenie: śmierć i zmartwychwstanie. A teraz, gdy Jego uczniowie wiedzą, że idzie na śmierć, czy zechcą jeszcze za Nim iść? Warunki, których żąda Jezus, są jasne i wymagające. Do zgromadzonych wokół siebie tłumów oraz do swoich uczniów mówi:

Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje!”

Zafascynowali się Nim, Mistrzem, kiedy szedł brzegiem jeziora, podczas gdy zarzucali sieci na połów czy przy komorze celnej. Bez wahania pozostawili łodzie, sieci, komorę celną, dom, rodzinę, by za Nim pójść. Widzieli, jak dokonuje cudów i słuchali Jego słów mądrości. Aż do tego momentu szli za Nim, ożywiani radością i entuzjazmem.

Jednak pójście za Jezusem związane było z jeszcze większymi wymaganiami. Obecnie stało się jasne, że oznaczało dzielić w pełni Jego życie i Jego los: porażkę i wrogość otoczenia, aż po śmierć, i to jaką śmierć! Najboleśniejszą, najbardziej haniebną, śmierć zarezerwowaną dla morderców i najgorszych przestępców. Śmierć, którą Pisma określały jako „przeklętą” (por. Pwp 21,23). Już sama nazwa „krzyż” wzbudzała lęk, tego słowa prawie się nie wypowiadało. Słowo to pojawia się w Ewangelii po raz pierwszy. Kto wie, jakie wrażenie robiło na tych, którzy je słyszeli!

Teraz, gdy Jezus jasno określił swoją tożsamość, z równą jasnością może ukazać tożsamość swojego ucznia. Jeżeli Mistrzem jest ten, który kocha swój lud aż po oddanie za niego życia biorąc na siebie krzyż, to również uczeń, aby być uczniem, powinien odsunąć na bok własny sposób myślenia, by podzielać w pełni drogę Mistrza, zaczynając od krzyża:

Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje!”

Być chrześcijaninem – znaczy być drugim Chrystusem: mieć „te same uczucia, co Jezus Chrystus”, który „uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci - i to śmierci krzyżowej” (Flp 2, 5.8); być ukrzyżowanym z Chrystusem tak dalece, by móc powiedzieć za św. Pawłem: „teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus” (Ga 2,20); nie znać niczego więcej, „jak tylko Jezusa Chrystusa i to ukrzyżowanego” (1 Kor 2, 2). To Jezus nadal w nas żyje, umiera i w nas zmartwychwstaje. Największym pragnieniem, największą ambicją chrześcijanina jest: być jak Mistrz; to pragnienie zrodziło wielkich świętych. Ale jak naśladować Jezusa, abyśmy stali się takimi, jak On? Pierwszym krokiem jest „zaprzeć się siebie”, oderwać od swojego sposobu myślenia. Takiego kroku zażądał Jezus od Piotra, kiedy go upomniał, że myśli po ludzku, a nie po bożemu. My również, tak jak Piotr, mamy czasem ochotę egoistycznie dowartościować siebie, przynajmniej zgodnie z naszymi wyobrażeniami. Dążymy do łatwego i natychmiastowego sukcesu, który byłby wolny od jakichkolwiek trudności, z zazdrością patrzymy na ludzi robiących karierę, marzymy o zjednoczonej rodzinie oraz o budowaniu wokół siebie braterskiego społeczeństwa i wspólnoty chrześcijańskiej – jednak boimy się tego, byśmy nie musieli za to drogo zapłacić.

Zaprzeć się siebie oznacza wniknąć w sposób myślenia Boga, ukazany nam przez Jezusa w Jego sposobie działania: w logice ziarna pszenicznego, które musi obumrzeć, aby przynieść owoc, w znajdowaniu większej radości z dawania niż otrzymywania, w ofiarowaniu swego życia z miłości; jednym słowem: w przyjęciu na siebie własnego krzyża:

Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje!”

Ten „codzienny” krzyż – jak mówi Ewangelia św. Łukasza (9, 23) – może mieć wiele fizjonomii: jakaś choroba, utrata pracy, nieradzenie sobie z problemami rodzinnymi lub zawodowymi, poczucie klęski wobec załamania się głębokich relacji, nietrwałości prawdziwych więzi, poczucie niemocy w obliczu wielkich ogólnoświatowych konfliktów, oburzenie z powodu częstych skandali w naszym społeczeństwie… Krzyża nie trzeba szukać, sam wychodzi nam na spotkanie, kiedy, być może, najmniej go oczekujemy i w sposób, jakiego nigdy sobie nie wyobrażaliśmy.

Jezus zachęca, aby go „wziąć”, nie z rezygnacją jako nieuchronne zło, nie pozwalając, aby pochylił nas przygniótłszy nasze barki, ale również nie „pozując” na stoika obojętnego na wszystko. Przyjmować go jako współudział w Jego krzyżu, jako szansę, aby i w tej sytuacji być Jego uczniami i także w tym cierpieniu żyć z Nim w komunii, ponieważ On pierwszy dzielił z nami krzyż. Kiedy bowiem Jezus obarczył się swoim krzyżem, razem z nim wziął na ramiona każdy nasz krzyż. W każdym cierpieniu, jakiekolwiek by miało oblicze, możemy zatem spotkać Jezusa, który już uczynił je swoim.

Igino Giordani widzi możliwość odwrócenia roli Szymona Cyrenejczyka niosącego krzyż Jezusa: krzyż „przygniata mniej, jeśli Jezus staje się dla nas Cyrenejczykiem”. A ciąży jeszcze mniej – mówi dalej – jeśli niesiemy go razem: „Krzyż niesiony przez jednego człowieka w końcu przygniata; niesiony razem przez wielu, z Jezusem między nimi, lub gdy Jezusa bierzemy jako Cyrenejczyka, staje się lekki: staje się słodkim jarzmem. Wspinaczka, zgodnie podjęta przez wielu połączonych ze sobą liną, zamiast być ascezą, staje się świętem”.

Podejmowanie krzyża, aby nieść go razem z Nim, wiedząc, że nie niesiemy go sami, ponieważ On niesie go z nami – to więź, to przynależenie do Jezusa aż do pełnej komunii z Nim, aż po stanie się drugim Nim. W ten sposób idziemy za Jezusem i stajemy się prawdziwymi uczniami. Wtedy krzyż będzie dla nas naprawdę, tak jak dla Jezusa, „mocą Bożą” (1 Kor 1,18), drogą do zmartwychwstania. W każdej słabości znajdziemy siłę, w każdej ciemności światło, w każdej śmierci życie, ponieważ znajdziemy Jezusa.

o. Fabio Ciardi OMI

 

Słowo życia - luty 2015

 

Przygarniajcie siebie nawzajem, bo i Chrystus przygarnął was – ku chwale Boga” (Rz 15, 7).

Pragnąc podążyć do Rzymu, a stamtąd dalej do Hiszpanii, apostoł Paweł skierował jeden ze swoich listów do wspólnot chrześcijańskich obecnych w tym mieście. Wśród tych, którzy dawali świadectwo o swoim szczerym i głębokim przylgnięciu do Ewangelii była wielka liczba męczenników, ale też nie brakowało, jak wszędzie, pokus, nieporozumień, a nawet rywalizacji. Chrześcijanie rzymscy byli bowiem ogromnie zróżnicowani pochodzeniem społecznym, kulturowym i religijnym. Były wśród nich osoby wywodzące się z judaizmu, z kręgu kultury hellenistycznej, ale też z antycznych religii rzymskich, ze stoicyzmu, ale też z innych orientacji filozoficznych. Wnosiły one właściwe sobie tradycje myślowe oraz przekonania etyczne. Niektórzy z nich byli określani jako „słabi”, ponieważ poddawali się szczególnym zwyczajom żywieniowym, jak np. wegetarianie lub ci, którzy przestrzegali specjalnych dni postu wyznaczonych kalendarzem. Innych nazywano „mocnymi”, ponieważ, wolni od tych uwarunkowań, nie byli zależni od żadnego tabu, związanego z jedzeniem czy rytuałami. Do nich wszystkich Paweł zwraca się z naglącym zaproszeniem:

Przygarniajcie siebie nawzajem, bo i Chrystus przygarnął was – ku chwale Boga”

Już we wcześniejszych słowach tego listu, poruszył ten temat: zwraca się najpierw do „mocnych”, zachęcając ich, aby przygarnęli „słabych”, bez spierania się o poglądy; potem do „słabych”, aby przyjęli „mocnych” bez osądzania ich, ponieważ sami zostali przygarnięci przez Boga.

Św. Paweł jest bowiem przekonany, że każdy z nich, mimo różnorodności przekonań i zwyczajów, kieruje się miłością do Boga. Nie może być więc powodem do osądzania kogoś to, że myśli on inaczej, tym bardziej nie można gorszyć go okazując mu arogancję lub jakiś rodzaj wyższości. Przeciwnie, trzeba mieć szacunek i widzieć w każdym dobro, by się wzajemnie budować, tworzyć wspólnotę, budować jej jedność (por. 14, 1-23).

Św. Paweł mówi o tym, jak stosować, także w tym przypadku, podstawową zasadę życia chrześcijańskiego, którą przypomniał przed chwilą w liście: „Wypełnieniem prawa jest miłość” (13, 10). Nie postępując „zgodnie z miłością” (14,15) chrześcijanie Rzymu byli mniej otwarci na „ducha braterstwa”, który powinien ożywiać członków każdej wspólnoty.

Apostoł proponuje jako wzór wzajemnej otwartości Jezusa, "który nie szukał tego, co było dogodne dla Niego", ale przez swoją śmierć wziął na siebie nasze słabości (por. 15, 1-3). Z wysokości krzyża przyciąga wszystkich do siebie, przygarnia Jana – Hebrajczyka wraz z rzymskim setnikiem, Marię Magdalenę wraz ze złoczyńcą ukrzyżowanym wraz z Nim.

Przygarniajcie siebie nawzajem, bo i Chrystus przygarnął was – ku chwale Boga”

Także w naszych wspólnotach chrześcijańskich, choć wszyscy są „umiłowani przez Boga i święci wskutek powołania” (1,7) nie brakuje, podobnie jak w tych rzymskich, dysharmonii oraz kontrastów związanych z różnymi sposobami widzenia i różnicami kulturowymi. Często przeciwstawiają się sobie tradycjonaliści i nowatorzy, lub – mówiąc w sposób nieco uproszczony, lecz równocześnie wyrazisty – osoby bardziej otwarte lub bardziej zamknięte, pojmujące chrześcijaństwo na sposób bardziej społeczny lub bardziej duchowy. Różnorodność jest pożywką różnic politycznych i uwydatnia różnice społeczne. Obserwujemy aktualnie wpływ imigrantów także na zgromadzenia liturgiczne i ich obecność w różnych grupach kościelnych, które stają się coraz bardziej różnorodne pod względem kultury i pochodzenia geograficznego.

Tę samą dynamikę możemy dostrzec w odniesieniach między chrześcijanami różnych Kościołów, lecz także w rodzinach, w środowiskach pracy lub polityki.

Rodzi się pokusa osądzania tych, którzy nie myślą tak jak my oraz zaznaczania przewagi przez jałowe porównywanie się oraz wzajemne wykluczenie. Wzór proponowany przez Pawła nie jest spłaszczającym różnice uniformizmem, lecz komunią między różnorodnymi, która ubogaca. Nie bez przyczyny dwa akapity wcześniej, w tym samym liście, mówi o jedności ciała w różnorodności jego członków jako o wielości charyzmatów, które wzbogacają i ożywiają wspólnotę (por. 12, 3-13). Modelem nie jest kula, by użyć porównania papieża Franciszka, gdzie każdy punkt jest tak samo oddalony od centrum i nie ma różnicy miedzy jednym punktem a drugim. Modelem jest wielościan, którego płaszczyzny są różne i skomponowane asymetrycznie, gdzie wszystkie części mają swoją oryginalność. "Nawet osoby, które mogą krytykowane za swoje błędy, mają coś do zaofiarowania i nie powinno się tego zaprzepaścić. Jest to jedność ludów, które w porządku uniwersalnym zachowują swoje indywidualne rysy. Jest to ogół osób w społeczeństwie szukającym dobra wspólnego, prawdziwie obejmującego wszystkich." (Evangelii gaudium, 236).

Przygarniajcie siebie nawzajem, bo i Chrystus przygarnął was – ku chwale Boga”

To słowo życia jest naglącym wezwaniem do rozpoznawania tego, co pozytywne w drugim, przynajmniej dlatego, że Chrystus ofiarował swoje życie także za tę osobę, którą bylibyśmy skłonni osądzać. Jest zaproszeniem, by słuchać drugiego oddalając mechanizmy obronne, pozostając otwartymi na zmiany, ażeby z szacunkiem i miłością przyjąć odmienność, aby ukształtowała się wspólnota różnorodna a zarazem zjednoczona.

To słowo zostało wybrane przez wspólnotę ewangelicką w Niemczech, aby było przeżywane przez jej członków, stając się dla nich światłem na rok 2015. Dzielmy się tym słowem, przynajmniej w tym miesiącu, wraz z członkami różnych Kościołów, aby stało się już znakiem wzajemnego przygarnięcia.

Możemy w ten sposób oddać chwałę Bogu jedną duszą i jednymi ustami (15, 6), gdyż – jak mówiła Chiara Lubich w Genewie, w katedrze św. Piotra należącej do Kościoła reformowanego– „współczesność domaga się od każdego z nas miłości, domaga się jedności, komunii, solidarności. Wzywa również Kościoły, aby odtworzyły jedność rozbitą od wieków. To jest reforma reform, o którą proszą nas Niebiosa. To jest pierwszy i konieczny krok do powszechnego braterstwa wszystkich mężczyzn i kobiet świata. Świat uwierzy, jeśli będziemy zjednoczeni”.

o. Fabio Ciardi OMI

Słowo życia - styczeń 2015

Jezus rzekł do niej: „Daj Mi pić!” (J 4,7).

Jezus opuścił Judeę i był w drodze do Galilei. Musiał przejść przez Samarię. W skwarze południa, zmęczony wędrówką, usiadł przy studni, którą patriarcha Jakub wykopał przed 1700 laty. Odczuwał pragnienie, a nie miał naczynia, by mógł zaczerpnąć wody. Studnia miała głębokość 35 metrów – jak można to zobaczyć również dzisiaj.

Uczniowie poszli do miasta, by kupić coś do jedzenia. Jezus był sam. Nadchodzi jakaś kobieta z dzbanem i On z prostotą prosi, by dała Mu pić. Była to prośba, łamiąca ówczesne zwyczaje: mężczyzna nie powinien zwracać się bezpośrednio do kobiety, zwłaszcza jeśli nie była mu znana. Ponadto pomiędzy Żydami a Samarytanami istniały różnice i uprzedzenia religijne: Jezus był Żydem, a kobieta Samarytanką; niezgoda, a nawet nienawiść między tymi dwoma narodami miała głębokie korzenie historyczne i polityczne. Ponadto była jeszcze jedna przyczyna odrębności: typu moralnego – kobieta miała wielu mężczyzn i żyła w nieprawidłowym związku. Być może dlatego przyszła zaczerpnąć wody nie rano albo wieczorem, wraz z innymi kobietami, ale o tak nietypowej porze – w południe, by uniknąć komentarzy.

Jezus przekracza wszelkie bariery i rozpoczyna dialog z kobietą z Samarii. Pragnie dotrzeć do jej serca i prosi ją:

Daj Mi pić!

Jezus posiada dar dla niej, dar wody żywej. "Jeśli ktoś jest spragniony, a wierzy we Mnie – niech przyjdzie do Mnie i pije!" powie później w świątyni Jerozolimskiej (J 7,37). Woda jest najistotniejsza dla jakiejkolwiek formy życia i jest szczególnie cenna na terenach suchych, jak Palestyna. Ta woda, którą Jezus pragnie podarować jest wodą "żywą", jest znakiem objawienia się Boga, który jest Ojcem, i jest miłością, znakiem Ducha Świętego, życia Bożego, które On przyniósł na ziemię. Wszystko, co On daje jest żywe i dla życia: On jest chlebem "żywym" (por. J 6,51 nn.), jest Słowem, które daje życie (por. J 5,25) i jest po prostu Życiem (por. J 11,25-26). Na krzyżu, jak napisał, również św. Jan, a był tego świadkiem, kiedy jeden z żołnierzy włócznią przebił Mu bok "natychmiast wypłynęła krew i woda" (J 19,34) – najwyższy i całkowity dar z siebie.

Jezus jednak niczego nie narzuca. Nie upomina kobiety nawet z powodu jej nieprawidłowego związku. On, który może dać wszystko – prosi, bo naprawdę potrzebuje od niej daru:

Daj Mi pić!

Prosi, bo jest zmęczony i spragniony. On, Pan Życia, stał się żebrakiem, nie ukrywając swego prawdziwego człowieczeństwa.

Prosi również dlatego, żeby pomóc tej kobiecie otworzyć się na przyjęcie Jego daru.

Od tej prośby rozpoczął się dialog, na który składały się argumenty, wątpliwości, wyjaśnienia, aż w końcu Jezus mógł objawić swoją tożsamość. W konsekwencji tego dialogu upadły bariery obronne i możliwe było odkrycie prawdy o wodzie, którą On przyniósł.

Kobieta porzuca to, co przecież w danym momencie miało dla niej bezcenną wartość – dzban pełen wody, bo otrzymała inne bogactwo i biegnie do miasta, by rozpocząć z kolei dialog ze swoimi sąsiadami. Ona też niczego im nie narzuca, ale opowiada, co się wydarzyło, komunikuje swoje doświadczenie i stawia pytanie dotyczące osoby Tego, który ją prosił:

Daj Mi pić!

Ta strona Ewangelii jest dla nas wezwaniem do przyjęcia wskazówek dotyczących dialogu ekumenicznego. O jego konieczności przypomina się nam każdego roku w tym miesiącu. Tydzień Powszechnej Modlitwy o Jedność Chrześcijan przypomina nam o skandalu podziału pomiędzy Kościołami, trwającym już zbyt długo, i zachęca nas do działań, które przyspieszą nadejście głębokiej komunii, zdolnej przekroczyć każde bariery – tak, jak Jezus przezwyciężył podział między Żydami a Samarytanami.

Rozłam wśród chrześcijan jest jednym spośród wielu, które niszczą jedność w różnych środowiskach, a których powodem są nieporozumienia, niezgoda w rodzinie czy wśród współlokatorów, napięcia w pracy, uprzedzenia wobec imigrantów. Bariery, które nas dzielą mogą mieć charakter społeczny, polityczny, religijny czy też być owocem tradycji kulturowych, których nie potrafimy zaakceptować. To one są powodem konfliktów między narodami, grupami etnicznymi, ale też przyczyną wrogości w naszej dzielnicy. Czy nie możemy, tak jak Jezus, otworzyć się na drugiego, przezwyciężając różnice i uprzedzenia? Dlaczego nie wsłuchać się w prośbę o zrozumienie, o pomoc, o trochę uwagi – nie zważając na to, jak jest ona sformułowana? Również w tym, który jest po przeciwnej stronie, czy należy do obcego nam kręgu kulturowego, religijnego, społecznego, ukrywa się Jezus, który zwraca się do nas i prosi:

Daj Mi pić!

Spontanicznie przychodzi na myśl inne słowo Jezusa, wypowiedziane na krzyżu, również zapisane w Ewangelii św. Jana: "Pragnę" (J 19,28). Jest to potrzeba pierwotna, symbolizująca zarazem każdą inną potrzebę. W każdej osobie potrzebującej, w bezrobotnym, w osobie samotnej, w obcokrajowcu, jak też w osobie wyznającej inną religię czy o innych przekonaniach, czy też po prostu wrogo do nas nastawionej, możemy rozpoznać Jezusa, który woła: "Pragnę" i prosi: "Daj Mi pić!". Wystarczy podać szklankę wody, mówi Ewangelia, by otrzymać zapłatę (por. Mt 10,42), żeby zainicjować dialog, który odbuduje braterstwo.

My również ze swej strony możemy wypowiedzieć nasze potrzeby, nie wstydząc się tego, że "mamy pragnienie" i prosić: "Daj Mi pić!". W ten sposób może rozpocząć się szczery dialog i konkretna komunia, bez lęku wobec odrębności czy ryzyka związanego z tym, że inni nie będą podzielać naszego zdania, a nam będzie trudno przyjąć zdanie drugiego. Powinniśmy liczyć się z możliwościami tych, których spotkamy, doceniając ich walory, nawet te ukryte, jak uczynił to Jezus, który potrafił dostrzec w kobiecie coś, czego On sam nie mógł uczynić – możliwość zaczerpnięcia wody.

o. Fabio Ciardi OMI

Słowo życia - grudzień 2014

„Kto ma dwie suknie, niech się podzieli z tym, który nie ma; a kto ma żywność, niech tak samo czyni" (Łk 3,11).

W czasie Adwentu, który przygotowuje nas do świąt Bożego Narodzenia, powraca się do postaci św. Jana Chrzciciela. Został posłany przez Boga, żeby przygotować drogi na przyjście Mesjasza. Od tych, którzy za nim szli, wymagał głębokiej przemiany życia: „Wydajcie więc godne owoce nawrócenia" (Łk 3,8). A tym, którzy pytali: „Cóż więc mamy czynić?" (Łk 3,10) odpowiadał:

Kto ma dwie suknie, niech się podzieli z tym, który nie ma; a kto ma żywność, niech tak samo czyni

Dlaczego mam dawać drugiemu to, co jest moje? Ponieważ ten drugi, stworzony tak jak ja przez Boga, jest moim bratem, moją siostrą, a więc częścią mnie. Gandhi mówił: „Nie mogę skrzywdzić ciebie, nie krzywdząc siebie samego"2. Zostaliśmy stworzeni jako dar jedni dla drugich, na obraz Boga, który jest miłością. Mamy we krwi Boże prawo miłości. Jezus, przychodząc pomiędzy nas, objawił nam wyraźnie i podarował Nowe Przykazanie: „Miłujcie się wzajemnie, tak jak Ja was umiłowałem" (por. J 13,34). To jest „prawo Nieba", życie Trójcy Przenajświętszej przyniesione tu na ziemię, serce Ewangelii. Jak w Niebie Ojciec, Syn i Duch Święty żyją w pełnej komunii stanowiąc jedno, (por. J 17,11), tak samo na ziemi jesteśmy sobą na tyle, na ile żyjemy miłością wzajemną. Tak jak Syn mówi do Ojca: „Wszystko bowiem moje jest Twoje, a Twoje jest moje" (J 17,10), w ten sam sposób także między nami, miłość urzeczywistnia się w pełni tam, gdzie dzielimy się dobrami nie tylko duchowymi, ale również materialnymi.

Potrzeby jednego z naszych bliźnich są potrzebami wszystkich. Ktoś jest bez pracy? Ja również. Czyjaś mama jest chora? Pomagam, jakby to była moja. Ktoś jest głodny? To tak, jakbym ja był głodny i staram się zatroszczyć o pokarm jak dla siebie.

To jest doświadczenie pierwszych chrześcijan z Jerozolimy: „Jeden duch i jedno serce ożywiały wszystkich, którzy wierzyli. Żaden nie nazywał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne" (Dz 4,32). Wspólnota dóbr, mimo że nie była obowiązkowa, była przeżywana między nimi intensywnie. Nie chodziło o to, jak wyjaśniał św. Paweł apostoł, żeby komuś ująć, aby innym dodać, ale o to, „żeby była równość" (2 Kor 8,13).

Św. Bazyli z Cezarei mówi: „Głodnemu należy się chleb, który odkładasz na zapas; nagiemu płaszcz, który chowasz w swoim kufrze; potrzebującym pieniądze, które ukrywasz"3.

A św. Augustyn: „To, co jest nadmiarem bogatych, należy do ubogich"4. „Również ubodzy mogą sobie pomagać nawzajem: jeden może użyczyć swoich nóg kulawemu, inny oczu niewidomemu; jeszcze inny może odwiedzić chorych"5.

Kto ma dwie suknie, niech się podzieli z tym, który nie ma; a kto ma żywność, niech tak samo czyni

Także dzisiaj możemy żyć jak pierwsi chrześcijanie. Ewangelia to nie utopia. Dowodem na to są nowe ruchy eklezjalne, które Duch Święty wzbudził w Kościele, aby ożywić, odświeżyć radykalizm ewangelicz­ny pierwszych chrześcijan i żeby odpowie­dzieć na wielkie wyzwania współczesnego społeczeństwa, w którym jest tyle nie­sprawiedliwości i biedy.
Pamiętam początki Ruchu Focolari, kiedy to nowy charyzmat wzbudził w naszych sercach szczególną miłość do ubogich. Kiedy spotykałyśmy ich pod rodze, zapisywałyśmy ich adres w notesie, żeby potem pójść do nich z pomocą; byli Jezusem: „Mnieście uczynili" (Mt 25,40). Odwiedzałyśmy ich w ruderach, zapra­szałyśmy na obiad do naszych domów. Dla nich były: najpiękniejszy obrus, najlepsze sztućce, najlepsze potrawy. Przy naszym stole, w pierwszym focolare, siedzieli przy stole fokolarina, ubogi, fokolarina, ubogi...

W pewnym momencie wydawało się nam, że Pan prosił właśnie nas, żebyśmy stały się ubogie, żeby służyć ubogim, wszystkim. Wtedy, na środku pokoju w pierwszym focolare każda położyła to, co jak sądziła miała w nadmiarze: płaszcz, rękawiczki, kapelusz, nawet futro... A dzisiaj, żeby pomagać ubogim mamy przedsiębiorstwa, które dają im pracę a zyski są do podziału.

Jednak jest jeszcze wiele do zrobienia dla ubogich.

Kto ma dwie suknie, niech się podzieli z tym, który nie ma; a kto ma żywność, niech tak samo czyni

Mamy wiele bogactw do podarowania, nawet jeśli tego nie widać. Musimy wyczulić naszą wrażliwość, zdobyć wiedzę, aby pomagać konkretnie, aby znaleźć sposób, jak żyć braterstwem. Mamy w sercu uczucia do podarowania, serdeczność do okazania, radość do przekazania. Możemy poda­rować czas, modlitwę, możemy podarować bogactwa wewnętrzne, pisemnie czy ustnie; ale mamy również do podarowania rzeczy: torby, długopisy, książki, pieniądze, domy, samochody do dyspozycji... Może gromadzimy wiele rzeczy myśląc, że kiedyś będą nam potrzebne, a w tym czasie obok nas jest ktoś, kto pilnie ich potrzebuje.

Tak jak każda roślina pobiera z gleby tylko niezbędną ilość wody, tak i my starajmy się mieć tylko to, co naprawdę potrzebne. Lepiej jest czasem zobaczyć, że czegoś nam brakuje; lepiej być nieco uboższym, niż za bogatym.
„Gdybyśmy wszyscy zadowolili się tym, co konieczne - mówił św. Bazyli - i oddali nadmiar ubogim, nie byłoby ani bogatych, ani biednych"6.

Spróbujmy, zacznijmy tak żyć. Na pewno Jezus da nam stokroć tyle i my będziemy mogli dawać dalej. Na końcu powie nam, że cokolwiek daliśmy innym, daliśmy Jemu.


Chiara Lubich

1. Słowo Życia publikowane w: „Nowe Miasto" 2003, nr 6.
2. Por. Wilhelm Mühs, Parole del cuore, Milano 1996, s. 82.
3. Aforismi e citazioni cristiane, Piemme, 1994, s. 44.
4. Tamże, s. 45.
5. Tamże.
6. Tamże, s. 44.

Słowo życia - listopad 2014

„W Tobie jest źródło życia” (Ps 36,10).1

[...]

To Słowo Pisma Świętego mówi nam rzecz ważną i zasadniczą, tak że może stać się ono narzędziem wzajemnej zgody i jedności.

Przede wszystkim mówi nam, że jest tylko jedno źródło życia – sam Bóg. Z Niego, z Jego stwórczej miłości powstaje wszechświat i On czyni go domem człowieka.
To On daje nam życie z wszystkimi jego darami. Psalmista, który zna surowość i jałowość pustyni oraz wie, co znaczy źródło wody z kwitnącym dookoła życiem, nie mógł znaleźć bardziej wyrazistego obrazu, by opisać piękno stworzenia rodzącego się, jak rzeka, z łona Ojca.

Dlatego płynie z Jego serca hymn chwały i wdzięczności. To pierwszy krok, jaki mamy zrobić, pierwsza nauka, jaką możemy odczytać ze słów Psalmu: wielbić Boga i dziękować Mu za Jego dzieła, za wspaniałość kosmosu i za człowieka, który jest Jego chwałą i jedynym stworzeniem, które umie Mu powiedzieć:

W Tobie jest źródło życia

Lecz miłujący Ojciec nie ograniczył się tylko do wymówienia Słowa, dzięki któremu wszystko zostało stworzone. Chciał, by Jego własne Słowo przyjęło nasze ciało. Bóg, jedyny prawdziwy Bóg, w Chrystusie stał się człowiekiem i przyniósł na ziemię źródło życia.

Źródło wszelkiego dobra, wszelkiego bytu i wszelkiej radości przybyło zamieszkać pośród nas, żebyśmy mieli Go, jeśli można tak powiedzieć, w zasięgu ręki. „Ja przyszedłem po to, aby [owce] miały życie i miały je w obfitości" (J 10,10). On wypełnił Sobą wszelki czas i przestrzeń naszej egzystencji. I zapragnął w taki sposób pozostać z nami na zawsze, byśmy mogli rozpoznać Go pod wieloma postaciami.

Czasami przychodzi nam na myśl: „Jak pięknie byłoby żyć w czasach Jezusa!" A więc Jego miłość znalazła sposób, aby pozostać nie tylko na małym skrawku Palestyny, lecz we wszystkich miejscach ziemi. Stał się obecny w Eucharystii, zgodnie ze swoją obietnicą. A my możemy radować się Nim, żywiąc się Nim i odnawiając nasze życie.

Jeszcze innym źródłem, z którego możemy zaczerpnąć żywej obecności Boga, jest brat, siostra. Jeżeli okazujemy miłość każdemu spotkanemu człowiekowi, zwłaszcza potrzebującemu pomocy, nie może on uważać się za naszego dłużnika, ale za dobroczyńcę, ponieważ daje nam Boga. Kochając bowiem w nim Jezusa [„Byłem głodny (...), byłem spragniony (...), byłem przybyszem (...), byłem w więzieniu (...)] (Por. Mt 25,31-40) w zamian otrzymujemy Jego miłość, Jego życie, ponieważ On sam, obecny w naszych braciach i siostrach, jest jej źródłem.
Bogatym źródłem tej wody jest także obecność Boga w nas. On stale do nas przemawia i tylko od nas zależy, czy słuchamy tego głosu. Jest to bowiem głos sumienia. Im bardziej staramy się kochać Boga i bliźniego, tym bardziej Jego głos staje się wyraźny i przewyższa wszystkie inne. Lecz jest pewna wyjątkowa chwila, kiedy możemy, jak nigdy, odczuć w sobie Jego obecność: podczas modlitwy, gdy staramy się wejść w najbardziej bezpośredni kontakt z Nim, który mieszka w głębi naszej duszy. Jest to jakby wewnętrzny strumień wody, która nie wysycha nigdy, jest stale w naszym zasięgu i może nas napoić w każdym momencie. Wystarczy na chwilę zamknąć okiennice duszy i skupić się, by odnaleźć ten zdrój, choćby w samym środku suchej pustyni. Aż osiągniemy to zjednoczenie z Nim, gdy czujemy, że już nie jesteśmy sami, lecz jesteśmy we dwoje: On we mnie, a ja w Nim. Przecież jesteśmy – przez Jego dar – jedno, jak woda i źródło, kwiat i jego nasienie.

[...] Niech więc to Słowo Psalmu przypomina nam, że tylko Bóg jest źródłem życia, a zatem pełnej jedności, pokoju i radości. Im bardziej będziemy czerpać z tego zdroju, im bardziej będziemy poić się wodą żywą, którą jest Jego Słowo, tym bardziej zbliżymy się jedni do drugich i będziemy żyli jak bracia i siostry. Spełni się wtedy to, o czym mówi Psalm: „kiedy nas oświecasz, żyjemy w świetle", tym świetle, którego ludzkość tak bardzo oczekuje.

Chiara Lubich

1  Por. Ps 36,10: tłumaczenie za tekstem włoskim, korzystającym z La Bibbia traduzione interconfessionale in lingua corrente, Leumann/Roma, Elle Di Ci/Alleanza Biblica Universale, 1985.

Słowo życia - październik 2014

"Ja jestem chlebem życia. Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie" (J 6,35).

Po rozmnożeniu chleba - jak opowiada św. Jan w Ewangelii - Jezus w swojej wielkiej mowie w Kafarnaum mówi między innymi: „Zabiegajcie nie o ten pokarm, który niszczeje, ale o ten, który trwa na życie wieczne, a który da wam Syn Człowieczy" (J 6,27).
Słuchacze rozumieli, że te słowa odnoszą się do manny na pustyni, jak też do oczekiwania na „drugą" mannę, która zstąpi z nieba w czasach mesjańskich.
Następnie Jezus, w tej samej mowie, mówi o sobie do tłumu, który Go nie rozumie, że jest prawdziwym chlebem, który zstąpił z nieba i że ten chleb można przyjąć tylko dzięki wierze:

Ja jestem chlebem życia. Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie.

Jezus już wtedy mówi o sobie, że jest chlebem. To jest ostateczny powód Jego przyjścia na ziemię. Stać się chlebem na spożycie. Być chlebem, aby przekazywać nam swoje życie, byśmy przemienili się w Niego. Aż dotąd, duchowe znaczenie tego słowa jest zrozumiałe dzięki odniesieniom do Starego Testamentu. Słowa Jezusa stają się bardziej tajemnicze i trudne, kiedy zaczyna mówić o sobie: „Chlebem, który Ja dam, jest moje ciało, [wydane] za życie świata" (J 6,51) i „Jeżeli nie będziecie jedli Ciała Syna Człowieczego ani pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie" (J 6,53).
Jest to zapowiedź Eucharystii; ta zapowiedź spowodowała zgorszenie i odejście wielu uczniów. Lecz jest to największy dar, jaki Jezus pragnie pozostawić ludzkości: swoją obecność w sakramencie Eucharystii, która syci duszę i ciało, daje pełnię radości dzięki zjednoczeniu z Jezusem.
Dla nakarmionych tym chlebem żaden inny głód nie może już istnieć. Każde nasze pragnienie miłości i prawdy zaspakaja Ten, który jest samą Miłością i samą Prawdą.

Ja jestem chlebem życia. Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie.

A zatem ten chleb już teraz żywi nas Nim, jest nam dany, byśmy teraz my z kolei mogli nasycić głód duchowy i materialny otaczającej nas ludzkości.
Świat otrzymuje przesłanie Chrystusa nie tyle przez Eucharystię, co przez życie chrześcijan, żywiących się Nią i Słowem. Głoszą oni Ewangelię swoim życiem i słowem, i dzięki temu przepowiadaniu Chrystus staje się obecny pośród ludzi.
Życie wspólnoty chrześcijańskiej, dzięki Eucharystii, staje się życiem Jezusa, a więc życiem zdolnym dawać innym miłość, dawać Boże życie.

Ja jestem chlebem życia. Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie.

Przez tę przenośnię o chlebie Jezus uczy nas także prawdziwego życia, bardziej „chrześcijańskiego" kochania naszych bliźnich.
Co w rzeczywistości oznacza kochać?
Kochać oznacza „stawać się jedno" ze wszystkimi, stawać się jedno we wszystkim, czego pragną nasi bliźni, w rzeczach najmniejszych. Może dla nas one znaczą mało, lecz są ważne dla nich.
A Jezus w zdumiewający sposób dał przykład tej miłości, stając się chlebem dla nas. Stał się chlebem, aby wejść we wszystkich, by stać się zdatnym do spożycia, by stać się jedno ze wszystkimi, by służyć, by kochać wszystkich.
Stawajmy się więc także my jedno z innymi aż tak, by „dać się spożyć".
To jest miłość, stać się jedno tak, aby inni czuli się nakarmieni naszą miłością, umocnieni, wsparci, zrozumiani.

Chiara Lubich

1. Słowo Życia publikowane w: „Nowe Miasto" 2000, nr 3.

pl → en
sacrament
 

Strona 6 z 12

Parafia
Najświętszych Imion
Jezusa i Maryi

ul. Przyklinga 12, 
40-551 Katowice-Brynów
tel. 32 251 86 60
brynow.jm@archidiecezja.katowice.pl


Msze Święte:

niedziele i święta:
7:30, 9:00, 10:30, 12:00, 18:00

dni powszednie:
8:00, 18:00

piątki
8:00, 16:30 (szkolna), 18:00


Nabożeństwa

Adoracja Najświętszego Sakramentu
czwartek 17:00 – 18:00

Nabożeństwo ku czci Serca Pana Jezusa
pierwszy piątek 8:30, 18:30


Kancelaria Parafialna

(od 22.01.2018 nowe godziny)
poniedziałek

9:00-10:00, 16:45-17:45
wtorek
9:00-10:00
środa
16:45-17:45
czwartek
9:00-10:00, 16:45-17:45
piątek
9:00-10:00

 

 chrzty i roczki

1. niedziela miesiąca 12:00

 

protokoły przedślubne
po mszy św. wieczornej - po umówieniu


numer konta bankowego:
BOŚ: 05 1540 1128 2001 7050 4713 0001


 

Szukaj na stronie