Gazetka parafialna

Błogosławiona jesteś

1. „Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem”. Dlaczego Maryja idzie do Elżbiety? Najprostsza odpowiedź: idzie do krewnej w odwiedzimy, chce się spotkać ze starszą przyjaciółką, chce pomóc jej w domowych pracach. To dobre powody, ale to tylko część prawdy. Tu nie chodzi tylko o zwykłe spotkanie, tu jest coś więcej. Zarówno Maryja, jak i Elżbieta są brzemienne. Maryja ma pod sercem Jezusa, Elżbieta – św. Jana. Obie kobiety doświadczyły wyjątkowej łaski. Elżbieta była już w podeszłym wieku i uchodziła za niepłodną, a jednak ma syna. Maryja była dziewicą, poczęła Syna w cudowny sposób dzięki działaniu Ducha Świętego. Pragnieniem Maryi i Elżbiety było podzielenie się radością z powodu otrzymanych darów. To ważna podpowiedź dla nas: kiedy spotkasz Boga, nie wolno ci o tym milczeć, trzeba iść „z pośpiechem” ogłosić swoim bliskim i całemu światu, że Bóg jest, działa, kocha, daje życie. Nie wolno milczeć o tym, co Bóg nam uczynił. Bogiem trzeba się dzielić.

2. „Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona” – ten okrzyk Elżbiety powtarzamy w modlitwie „Zdrowaś Maryjo”. Te słowa zostały wypowiedziane pod wpływem Ducha Świętego. Są więc proroctwem. Elżbieta jako pierwsza wypowiada prawdę, którą do tej pory znała tylko Maryja. Oto prosta dziewczyna z Nazaretu została wybrana spośród wszystkich kobiet świata, aby stać się Matką Mesjasza, wcielonego Boga. „Błogosławiona” – znaczy także szczęśliwa. Okrzyk Elżbiety wyzwala w Maryi słowa modlitwy „Magnificat”, która jest hymnem pełnym radości: „Raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy”. Co to znaczy dla nas? Często jakaś ważna prawda, którą przeczuwamy, musi zostać dobitnie powiedziana przez kogoś innego. W ten sposób coś, co wydaje się subiektywnym przeczuciem lub intuicją, zostaje nazwane, wypowiedziane głośno, zobiektywizowane. Drugi człowiek pomaga nam uwierzyć w coś, co po ludzku może wydawać się niemożliwe. Prawdę o sobie odkrywamy nie tylko zaglądając w swoje serce, ale dzięki spotkaniu z drugim człowiekiem.

3. Słowa Elżbiety są pierwszym teologicznym traktatem o Maryi. Na wybranej przez Boga Dziewczynie z Nazaretu spoczęło specjalne błogosławieństwo: „Błogosławiona między niewiastami”. Maryja została wyróżniona. Jej życie zostało podporządkowane roli, którą wyznaczył jej Bóg. Jest błogosławiona ze względu na błogosławiony owoc Jej łona. To pierwsza część prawdy. Druga część brzmi: „Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana”. Maryja pozostała wolną osobą. Łaska Boża nie zniewala, nie przymusza. Bóg zawsze tylko zaprasza, wzywa, proponuje. Maryja powiedziała Bogu swoje „tak”. Uwierzyła słowu Boga. Przyjęła to słowo, poddała się mu. Świętość ma zawsze dwóch autorów: pierwszym i większym jest Bóg. Drugim, mniejszym, ale niezbędnym, jest człowiek. Tak było w życiu Maryi i tak jest w życiu każdego z nas. Ona jest nam dana jako wzór, jako inspirujący przykład, że warto słuchać Boga. Każdy z nas może stać się błogosławionym.

ks. Tomasz Jaklewicz

Ocaleliśmy dzięki Maryi

(Z p. Anną Oleksiak-Bijak - naszą parafianką i Sybiraczką rozmawia Krystyna Kajdan)

KRYSTYNA KAJDAN – Pani Anno, gościem i kaznodzieją tegorocznej pielgrzymki kobiet do Piekar był abp Tomasz Peta z Kazachstanu W czasie jego homilii, w której wspominał o zesłanych tam przez sowiecką władzę Polakach, koleżanka Ilona szepnęła mi do ucha, że także Pani była zesłana do Kazachstanu. I już tam na piekarskim wzgórzu zakiełkowała we mnie myśl, by zaprosić Panią do rozmowy na łamach naszej parafialnej gazetki. Tym bardziej, że jutro obchodzimy Dzień Sybiraka. Cieszę się, że zgodziła się Pani na wspomnienia tych trudnych lat na syberyjskiej ziemi. Skąd Pani pochodzi?

ANNA OLEKSIAK-BIJAK: – Urodziłam się w styczniu 1934 roku w Lackach Szlacheckich koło Stanisławowa. Mój ojciec był naczelnikiem posterunku policji w pobliskim Niżniowie. Miałam zaledwie 5 lat, gdy 17 września 1939 roku wojska rosyjskie wkroczyły na nasze tereny. Ojciec uprzedził wtedy mamę, by zakupiła trochę więcej żywności i ciepłej odzieży dla dzieci, bo trzeba być przygotowanym na najgorsze. Miał rację. Już w listopadzie NKWD aresztowało ojca, którego wywiozło w nieznanym kierunku. Nie mieliśmy pojęcia gdzie. Mama była zrozpaczona, ale jednocześnie bardzo dzielna. Została nagle sama z trójką dzieci; mój brat Marian miał wówczas 12 lat, a Leszek zaledwie 3 lata. Razem z ojcem aresztowano wówczas bardzo wielu polskich policjantów, nauczycieli, profesorów i księży. Mama bardzo troskliwie zaopiekowała się nami, jakby chciała nas uchronić przed tym, co może nastąpić.

I niestety nastąpiło...

Tak, kilka miesięcy później, 13 kwietnia 1940 roku w nocy, a właściwie nad ranem NKWD otoczyło nasz dom. Wszyscy spaliśmy, a oni łomotali głośno w drzwi i kazali natychmiast otwierać. Nie było wyjścia. Do mieszkania wszedł naczelnik NKWD z kilkoma żołnierzami. Wszyscy mieli bagnety nałożone na karabiny. Naczelnik odczytał nasze nazwiska i powiedział, że przesiedlają nas jedynie 100 km dalej. Dał nam tylko jedną godzinę na to, by spakować trochę ubrań i żywności. Mama przeczuwała, że chcą nas wywieźć na Sybir i nawet odważnie zapytała tego naczelnika, dlaczego kłamie? Roześmiał się wówczas, pogroził matce karabinem i ruchem ręki wskazał, że przed domem czeka na nas już furmanka. Jak na ironię zaprzężona była w białe konie. Moja mama w ostatniej chwili zdążyła jeszcze na tę furmankę wrzucić pierzynę i poduszkę, co później okazało się zbawienne. Ja i bracia płakaliśmy przestraszeni, a mama uspokajała nas i zapewniała, że jest z nami i będzie o nas dbała. Pamiętam, że przed nami był cały szereg furmanek, a wiele jeszcze jechało za nami.

Gdzie was te furmanki zawiozły?

Pod eskortą NKWD dotarliśmy do Tyśmienicy. Było to małe miasteczko w województwie stanisławowskim. Tam czekały już podstawione bydlęce wagony kolejowe wyposażone w prycze. Załadowali nas do tych wagonów, przydzielając każdej rodzinie tylko jedną pryczę bez względu na ilość osób. Było więc bardzo ciasno, wkrótce zrobiło się potwornie zimno, bo wagony te nie były ogrzewane.

Jak długo trwała ta podróż w nieznane?

Jechaliśmy w takich warunkach ponad trzy tygodnie; zziębnięci, głodni i bez ciepłej strawy. Bardzo ratowała nas pierzyna, którą naciągaliśmy na siebie, by jakoś w czwórkę się ogrzać. Transport zatrzymywał się tylko nocą, żebyśmy nie widzieli ani terenu, ani kierunku jazdy, ani nazwy stacji. Czasem w czasie postoju podawali nam gorącą wodę, po którą mogły iść tylko dwie osoby z każdego wagonu. Mój brat idąc pod eskortą po wodę zauważył, że na stacji stoi około 20 pociągów po kilkadziesiąt wagonów każdy. Z wagonów słychać było polską mowę i pieśni religijne. Żołnierze z eskorty nie pozwalali jednak z kimkolwiek rozmawiać, ani nawet rozglądać się. W końcu dojechaliśmy do Kazachstanu. W rejonie Pieszkowka musieliśmy się przesiąść na samochody ciężarowe i zawieziono nas do kołchozu imienia Kalenina we wsi Połtawka. To było nasze miejsce przeznaczenia, nasze piekło na nieludzkiej ziemi.

Czy pamięta Pani jak wyglądała ta wieś?

Pamiętam, że wokół rozciągały się kazachstańskie stepy. Wieś składała się w zasadzie z pięćdziesięciu ziemianek i kilku domów dla funkcjonariuszy NKWD i stale mieszkających tam Rosjan. Na środku wsi znajdowała się jedyna studnia z żurawiem, z której wszyscy czerpali wodę. Nam przydzielono ziemiankę, która składała się tylko z jednego pomieszczenia i sieni, do której oprócz nas dokwaterowano samotną matkę z dwojgiem synów poniżej dziesięciu lat. Nazywała się Elżbieta Miler. Pochodziła z Białorusi i dobrze znała psychikę narodu rosyjskiego. Wspólna bieda i nędza zmusiła nas do zawarcia przyjaźni. Elżbieta była na co dzień doradczynią mojej mamy jak przeżyć w tych strasznych warunkach. Uczyła mamę i mojego starszego brata jak po prostu kraść żywność w kołchozie. Do wykarmienia miały bowiem czwórkę dzieci, które nie otrzymywały żadnych przydziałów żywności. Łącznie w ziemiance było nas siedem osób.

Czy ta ziemianka miała jakieś wyposażenie? Jak wyglądała?

Ziemianka miała jedno maleńkie okno pod sufitem, które na zewnątrz dotykało ziemi. Oświetlenia nie było, jedynie latem wpadało trochę słońca i światła. Dach znajdował się 1 metr nad ziemią. W rogu ziemianki stał zbudowany z cegieł i gliny prowizoryczny piec, który służył nam do ogrzewania i przyrządzania posiłków. W piecu paliliśmy słomą, nasuszonym w lecie piołunem i tak zwanymi kiziakami.

Kiziakami, czyli czym?

Było to wysuszone łajno bydlęce zmieszane z trawą i słomą. Nie był to jednak kaloryczny opał; zimą siedzieliśmy po ciemku wokół ledwo co rozgrzanego pieca, a mama owijała nam nogi szmatami i nakrywała nas pierzyną, by uchronić przed zamarznięciem. Lata tam były krótkie, suche i bardzo gorące; przez resztę miesięcy panowała śnieżna zima, mróz sięgał – 40 stopni. Takie właśnie miejsca zesłania dla Polaków wybierano perfidnie, by w krótkim czasie – wskutek mrozu, głodu i upału - umierało jak najwięcej ludzi.

Jak wyglądało wasze codzienne życie w tym kołchozie?

Mama i brat pracowali w polu, przy żniwach i przez cały rok musieli dbać o bydło. Wszystkie dzieci, które ukończyły 10 lat, musiały iść do pracy w kołchozie, gdzie przydzielono im pracę i normę do wykonania na równi z dorosłymi. Ta mordercza praca trwała przeważnie 12 godzin. Każdy z pracujących w kołchozie miał swoją miskę, do której tylko jeden raz w ciągu dnia dostawał jakieś jedzenie. Jeśli wyrobił normę, mógł dostać według uznania dozorujących 10 lub 20 gram chleba, to jest jedną kromkę, co jednak zdarzało się bardzo rzadko. Mama i starszy brat musieli chodzić do pracy nawet w czasie mrozów; mieli odmrożone stopy, ręce i nosy. Dla dzieci i ludzi starszych pozostających w ziemiankach nie było żadnych przydziałów żywności. Wiele dzieci i starszych umierało więc z głodu. Za pracę nie otrzymywaliśmy żadnego wynagrodzenia. Dopiero jesienią według uznania władz kołchozu dostawaliśmy po pół worka ziemniaków i trochę zboża. Żeby wyżywić mnie i młodszego brata, mama i dorastający brat musieli kraść, bo te racje żywnościowe dla dorosłych były po prostu głodowe. W ubraniach mieli wszyte od wewnątrz kieszenie, w których przynosili po kilka ziemniaków, buraków, czasem garść zboża czy kaszy. Panował ogólny głód i brud nie do opisania. Pokarmem była pokrzywa, lebioda, czasem nawet gnijące obierki.

Wcale się nie dziwię, w takich warunkach trudno o jakąkolwiek higienę.

Wszyscy byliśmy zawszeni. Nękały nas pluskwy i świerzb oraz choroba skóry tak zwana „zołotucha”, polegająca na wypadaniu włosów, schodzeniu paznokci i powstawaniu ran na całym ciele. Nie było żadnych leków, a rany przemywaliśmy własnym moczem. Chorowaliśmy na szkorbut, bolały nas oczy. Wszystko to z głodu i braku witamin. By zaspokoić głód, łapaliśmy susły, czyli polne szczury, które gromadziły się tam, gdzie składano zboże. Przynajmniej one były dobrze odżywione.

Trzeba było zatem wielkiej wiary, zaradności i bezgranicznego poświęcenia, by przeżyć takie piekło.

Mama walczyła o nasze przeżycie jak lwica i poświęcała się wprost w heroiczny sposób. Jestem przekonana, że ocaleliśmy dzięki orędownictwu Maryi. Tej najlepszej Bożej Matce polecała siebie i nas w błagalnej, żarliwej modlitwie. W ukryciu przechowywała zabrany z domu obrazek Matki Boskiej Częstochowskiej i przed nim codziennie modliliśmy się szeptem po polsku, by nie zapomnieć ojczystego języka. Był to przecież język naszego serca. Na co dzień z nakazu NKWD musieliśmy posługiwać się językiem rosyjskim. Cieszę się, że ta nasza rozmowa ma miejsce w dniu parafialnego odpustu ku czci Najświętszego Imienia Maryi w Brynowie, bo doskonale pamiętam, czym to Najświętsze Imię Maryi było dla mojej mamy i dla nas w tych niewyobrażalnie ciężkich latach.

Pani mama potrafiła podobno wykorzystać nawet swój typ urody, by zdobyć choć trochę żywności dla swoich dzieci.

Tak, mama była brunetką i wmówiła Rosjankom, że potrafi wróżyć. Chętnie z tego korzystały, a mama opowiadała im najróżniejsze rzeczy, co znając to środowisko nie było trudne. W ten sposób mogła dla nas zdobyć kilka ziemniaków czy buraków. Sprzedawała też swoje osobiste rzeczy, które miejscowe Rosjanki chętnie kupowały. Mama dostawała za nie trochę chleba i kaszy, czasem nawet parę rubli. Pamiętam, że sprzedała w ten sposób między innymi swoją nocną koszulę, w której Rosjanka poszła na miejscową „potańcówkę”. Zazdroszczono jej tak pięknej „balowej sukni”.

Rozumiem, że w tej kazachstańskiej rzeczywistości nie było dla dzieci żadnej szkoły...

Nadzieja na naukę w szkole pojawiła się dopiero z końcem marca 1941 roku. Dzięki staraniom Delegatury Ambasady Rzeczypospolitej Polskiej, w której aktywnie działała Hanka Ordonówna i kilku innych Polaków, pozwolono wówczas wywozić polskie dzieci do Iranu, aby je uratować od śmierci głodowej. Moja matka postarała się o wyjazd mój i brata Mariana. Musiała jednak sama zawieźć nas do Kustanaju nad rzeką Toboł, bo tam był punkt zborny. Tam ubrano nas, odżywiono i posłano do zorganizowanej polskiej szkoły. Powstała tylko jedna klasa, do której chodziły dzieci w różnym wieku. Los się do nas uśmiechnął, ale na krótko. Z chwilą rozpoczęcia wojny niemiecko-rosyjskiej nagle zlikwidowano punkt w Kustanaju i wydano zakaz wyjazdu do Iranu. Musieliśmy niestety obaj z bratem wrócić do kołchozu w Połtawce. Choć nauka w tej polskiej szkole trwała zaledwie cztery miesiące, tuż przed wyjazdem z Kustanaju wydano nam świadectwo ukończenia całego roku jako dowód naszego tam pobytu.

Czy wojna Sowietów z Niemcami wpłynęła na wasze codzienne życie w kołchozie?

Z powodu rozpoczęcia wojny z Niemcami w kołchozie zapanował ogólny niepokój i spore zamieszanie. Zmniejszono i tak głodowe racje żywnościowe dla wszystkich pracujących. Pewnego dnia do Połtawki przyjechał sam naczelnik NKWD i wydał polecenie, by zwołać do biura wszystkich Polaków. Mama się tym bardzo zaniepokoiła. Zabrała starszego brata, a żegnając się z nami przykazała mi, abym dbała o młodszego braciszka i nie pozwoliła mu umrzeć z głodu. Wielokrotnie i z miłością tłumaczyła nam, w jakiej jesteśmy sytuacji i co robić, aby przeżyć. Miałam dopiero osiem lat, ale już znałam widmo głodowej śmierci. Zdawało mi się, że jestem dorosłą, starą kobietą i muszę sobie dać ze wszystkim radę, jak mama i brat. Wkrótce okazało się, że nastały dla nas jeszcze gorsze czasy.

(ciąg dalszy rozmowy w następnym numerze gazetki tj. 23 września 2018 r.)

Najświętsze Imię

Nasz kościół ma wyjątkowy tytuł: Najświętszych Imion Jezusa i Maryi. W dniu odpustu warto pomyśleć o znaczeniu imienia. W Biblii wątek imienia Bożego jest bardzo istotny. Teologia Imienia Bożego pozwala lepiej zrozumieć sens imienia Jezusa i Maryi. 

Czym jest imię, jaka jest jego siła, można się przekonać, kiedy pomyślimy o tych, których kochamy. Imię bliskiego człowieka ma moc budzenia uczuć, tęsknoty, wspomnień. Bywa światłem w samotności. Jakie miejsce zajmuje Boże Imię w moim codziennym słowniku? „O, Boże!” – wołamy często. Albo „Jezus, Maria!”. Wołamy tak zwłaszcza w chwili niespodziewanego bólu lub po otrzymaniu złej wiadomości. Jakby automatycznie. To brzmi jak prośba o pomoc. Często nieuświadomiona. Jest w tym słuszna intuicja. W imieniu Boga, Jezusa i Maryi jest nasz ratunek. Nie chodzi o magiczne zaklęcie, ale o zwrócenie się ku Silniejszemu, który może nam pomóc.

„Święć się imię Twoje” – tak modlimy się w Ojcze Nasz. Imię oznacza osobę. Imię Boga ma pojawiać się na naszych ustach jako wezwanie Osoby Bożej. Jako przywołanie Jego obecności. Podobnie jest, gdy mówimy słowa: „Jezus” lub „Maryja”. Imię jest po to, aby wołać kogoś, aby się zwracać do kogoś. Mówić komuś po imieniu oznacza „być w bliskiej relacji, w zażyłości”. „Wzywać imię Jahwe” znaczyło dla Izraelitów oddawać cześć Bogu, modlić się do Niego. Drugie przykazanie Dekalogu stało na straży świętości Imienia Bożego: „Nie będziesz wzywał imienia Boga twego do czczych rzeczy” (Wj 20,7; Pwt 5,11). Wiele tekstów biblijnych wskazuje, że imię Boga jest właściwie tożsame z Bogiem. Psalmy mówią wielokrotnie o miłowaniu, uwielbianiu, śpiewaniu, głoszeniu Imienia Pana.

W Nowym Testamencie dopełnia się objawienie Boga. Jezus świadomie mówił o sobie: JA JESTEM, czyli odnosił do siebie imię Boga Jahwe objawione Mojżeszowi. Oskarżano go o bluźnierstwo: człowiek nie może odnosić do siebie imienia zastrzeżonego dla Boga! A jednak to w Jezusie Bóg objawił się jako Zbawiciel, jako ktoś niezwykle nam bliski. Imię Jezus oznacza: „Jahwe jest zbawieniem”. Świętość zastrzeżona dla imienia Jahwe objęła także imię zmartwychwstałego Jezusa.

Pierwsza prośba „Ojcze nasz” to nie tylko wezwanie do uświęcenia imienia Boga. To także prośba, by imię Boga było obecne na całym świecie. Uczeń Chrystusa wie, że „nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni” (Dz 4,12). Dlatego głosi to Najświętsze Imię. Ewangelizować oznacza ogłaszać zbawienie w Jezusie. Imię Maryi – oznacza Tę, która dała światu Jezusa, dzięki Jej wybraniu przez Boga i Jej osobistej wierze. Wzywamy Maryję jako Matkę Jezusa, a zarazem Jego Uczennicę i naszą Matkę, matkę Kościoła.
Czy Najświętsze Imiona Jezusa i Maryi są dla mnie światłem? Czy wypowiadam je z czcią, z miłością, z szacunkiem? Czy ich wypowiedzenie jest początkiem modlitwy, jest moim nawróceniem?

ks. Tomasz Jaklewicz

Powitanie ks. proboszcza Tomasza Jaklewicza

fot. Roman KoszowskiCzcigodny Księże Proboszczu!
Drogi Księże Tomaszu!

W imieniu wszystkich parafian zgromadzonych na Mszach Świętych w niedzielę 29 lipca br., w imieniu chorych i starszych - wiekiem osłabionych, którym zdrowie nie pozwala przybyć do naszego kościoła, a także parafian przebywających aktualnie na urlopach i wakacjach, serdecznie witamy Księdza w naszej brynowskiej wspólnocie parafialnej.

Przed Księdzem nowe wyzwania, nowa parafia, inni ludzie, nowy dom…

Życzymy zatem Bożego błogosławieństwa oraz światła i mocy Ducha Świętego na każdy dzień duszpasterskiej posługi w naszym Kościele. Wytrwałości, odwagi i entuzjazmu w realizacji wytyczonych celów. Ludzka życzliwość i solidarne wsparcie niech towarzyszą wszelkim troskom i poczynaniom Księdza dla dobra naszej wspólnoty.

Niech Jezus i Maryja wypraszają Księdzu Proboszczowi potrzebne łaski, zdrowie i Bożą opiekę.

Ufamy mocno, że z gorliwością będzie Ksiądz troszczył się o Bożą Świątynię, której żywymi kamieniami jesteśmy my sami, a także należycie dbał o dobra materialne naszej parafii. My ze swej strony obiecujemy nieustanną modlitwę, jednocześnie powierzając się Księdza duszpasterskiej opiece. Pragniemy, aby Ksiądz Proboszcz czuł się domownikiem i gospodarzem tego miejsca. Jeszcze raz życzymy wszystkiego, co najważniejsze, najbardziej potrzebne i najbardziej wartościowe.

Szczęść Boże!

Duszpasterska Rada Parafialna
Redakcja „Parafii u Jezusa i Maryi”

Kapłańskie CV

Ks. Tomasz Jaklewicz jest katowiczaninem. Ma 51 lat i 26 lat kapłaństwa. Jego rodzinna parafia to parafia Niepokalanego Poczęcia NMP w Katowicach. Ojciec Lucjan zmarł w 2010 roku, mama Barbara żyje w Katowicach. Brat Marcin mieszka z rodziną w Warszawie. 

fot. Józef WolnyKs. Tomasz uczył się w III Liceum Ogólnokształcącym im. A. Mickiewicza w Katowicach, gdzie zdał maturę w 1986 roku. W tym samym roku wstąpił do Wyższego Śląskiego Seminarium Duchownego w Katowicach, rozpoczynając studia teologiczno-filozoficzne i przygotowanie do kapłaństwa. W 1992 roku obronił pracę magisterską na temat „Poznanie Boga z dzieła stworzenia w Objaśnieniach Psalmów św. Augustyna”, napisaną na seminarium z teologii dogmatycznej. Święcenia kapłańskie przyjął 16 maja 1992 roku z rąk księdza arcybiskupa Damiana Zimonia w katedrze Chrystusa Króla w Katowicach. Mszę świętą prymicyjną odprawił w kościele mariackim 24 maja 1992 r. Na obrazku prymicyjnym zamieścił słowa: „Aby z Boga była owa przeogromna moc, a nie z nas” (2 Kor 4,7).

Przez pierwsze siedem lat kapłaństwa pracował jako wikariusz i katecheta: w parafii św. Jadwigi w Rybniku (1992-1995), w parafii Narodzenia NMP w Pszowie (1995-1998) oraz w parafii św. Szczepana w Katowicach-Bogucicach (1998-1999). W tym czasie ukończył dwuletnie podyplomowe studium w Instytucie Formacji Pastoralno-Liturgicznej KUL w Lublinie zakończone egzaminem licencjackim z teologii pastoralnej. Prowadził kilkanaście razy letnie rekolekcje oazowe.

W 1999 roku został skierowany na dzienne studia doktoranckie z teologii dogmatycznej i ekumenizmu na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Licencjat z teologii dogmatycznej zrobił w 2000 roku, a rok później licencjat z ekumenizmu. Studia zwieńczył doktoratem z teologii dogmatycznej. Praca doktorska „Formuła Marcina Lutra simul iustus et peccator jako problem teologiczny w kontekście ekumenicznym” powstała pod kierunkiem ks. prof. dr. hab. Jerzego Szymika. Obroniona została 15 grudnia 2003 roku. Ks. Tomasz studiując na KUL pomagał w tamtejszym duszpasterstwie akademickim, pełniąc funkcję moderatora wspólnoty Ruchu Światło-Życie.

We wrześniu 2004 roku rozpoczął pracę w „Gościu Niedzielnym”. Był dziennikarzem, publicystą, szefem działu religijnego, a ostatnio zastępcą redaktora naczelnego. Na łamach GN opublikował ponad 1000 artykułów o tematyce religijnej, wywiadów i reportaży. Wydał kilka książek, m.in. „Święty grzesznik”, „Filary wiary”, „Cztery kroki w stronę wiary”, „Punkty”. Pracując w Gościu głosił rekolekcje parafialne, prowadził dni skupienia.

Decyzją abp Wiktora Skworca w 2018 roku został mianowany proboszczem parafii Najświętszych Imion Jezusa i Maryi w Katowicach-Brynowie.

 

Gdzie kupimy chleba? (Szkic do pierwszego kazania)

Kochani Parafianie!

Dzisiejsza Ewangelia mówi o cudownym rozmnożeniu chleba i nakarmieniu wielkiej rzeszy ludzi podążających za Jezusem. W Ewangelii św. Jana opis tego cudu stanowi wprowadzenie do tzw. mowy eucharystycznej, w której Jezus mówi o sobie jako o chlebie żywym, który zstąpił z nieba i daje się nam na pokarm w drodze do nieba. Rozmnożenie chleba było znakiem zapowiadającym Eucharystię. Tłum zgromadzony na trawie wokół Pana Jezusa obrazuje zgromadzenie liturgiczne. To znak zapowiadający Kościół, czyli nowy Lud Boży gromadzący się już nie w świątyni jerozolimskiej, ale wokół Jezusa. Teraz Chrystus jest miejscem obecności Boga. Jego człowieczeństwo jest nową świątynią Boga. On sam naucza i karmi zgłodniałych. W każdej Mszy św. dzieje się to samo. My, głodni, gromadzimy się wokół Pana. Miłość Jezusa pomnaża nasze skromne dary, które Mu przynosimy. On karmi nas swoją miłością, zaspokaja głód serca, rozbudza tęsknotę za niebem. Każda Eucharystia jest czymś cudnym i tajemniczym, nawet jeśli nasze oczy przyzwyczaiły się do gestów, znaków, słów. Trzeba przemywać oczy wodą wiary, aby widzieć ów cud.

Zgodnie z decyzją arcybiskupa Wiktora mam być od dzisiaj Waszym Proboszczem. Nie chcę składać wielkich deklaracji ani formułować programów. Spoglądam na to, co mnie i Was czeka, z trwogą i z nadzieją… Kilka słów o trwodze - czuję się jak Filip i Andrzej, uczniowie Jezusa, których Pan Jezus wystawił na próbę. Zapytał ich: „Gdzie kupimy chleba, aby oni się najedli?”. To pytanie było prowokacją. Apostołowie wpadli w lekką panikę, zaczęli kalkulować, obliczać, sprawdzać, czy mają jakieś środki, by podołać wyzwaniu. Znaleźli zaledwie pięć chlebów i dwie ryby u chłopca, który był gotów się podzielić z innymi. Nie za dużo jak na 5 tysięcy osób! Po ludzku nie ma szans na wykarmienie wszystkich. Więc jest bezradność. Tak się właśnie czuję. Wydaje mi się, że nie podołam temu wyzwaniu, które wyznaczył mi Pan. Musiałem zostawić pracę w „Gościu”, którą bardzo polubiłem. Dawała mi ona wiele radości. To było 14 pięknych lat życia i służby, za które błogosławię Boga. Pracę w GN traktowałem jako duszpasterstwo, moją amboną była gazeta, a parafianami czytelnicy. Stając dziś przed wami jako duszpasterz czuję się tak, jakbym musiał na nowo nauczyć się wszystkiego, co ksiądz w moim wieku już dawno powinien umieć. Wracam do służby w parafii po 19 latach przerwy. Nie jest to proste. Więc zwyczajnie, po ludzku, boję się, czy będę miał czym Was nakarmić. Stąd bezradność.

Pan Jezus wystawił na próbę swoich uczniów prawdopodobnie dlatego, żeby zwrócić im uwagę, że sama matematyka i ekonomia to za mało. Kościoła nie da się budować, opierając się tylko na ludzkich kalkulacjach i własnych siłach. Trzeba liczyć na coś więcej. Na Kogoś więcej. Liczyć przede wszystkim na Boga, na Jego dar, na Jego miłość, obecność, łaskę. Stąd płynie moja nadzieja. Co zrobił Pan Jezus? Odmówił modlitwę dziękczynną nad pięcioma chlebami i dwiema rybami. I zaczął rozdawać. Logika Eucharystii, logika budowania żywego Kościoła jest logiką dziękczynienia i dawania. Gdzie jest dziękczynienie za to, co człowiek ma (nawet jeśli ma mało); gdzie jest dzielenie się nawet skromnymi zasobami, tam wydarza się cud. Jezus mówi dziś do mnie, do nas: „Połóż na ołtarzu wszystko, co masz. Także siebie. Dziękuj Bogu za wszystko, nawet jeśli masz mało. Także za siebie. Dziel się z innymi tym, co masz. Także sobą. Dawaj innym, co masz. Nie licz na to, że sam nakarmisz tłumy. Licz na Boga, który istnieje na sposób daru”. Te słowa dodają nadziei. Uczą, że wiara jest skokiem w ciemność z ufnością, że Bóg nas nie zostawi.

I jest jeszcze to polecenie Jezusa: „Zbierzcie pozostałe ułomki, aby nic nie zginęło”. Zebrali 12 koszy ułomków. Wielu z Was pewnie wie, że to tytuł audycji w radiu eM, którą często prowadziłem. Pan Bóg ma poczucie humoru. Liczba 12 wskazuje na 12 pokoleń Izraela. Te 12 koszy to zapowiedź nowego ludu, który ma zostać nakarmiony. Bogu chodzi o to, aby nikt nie chodził głodny. On chce ocalenia każdego człowieka. Chce nasycić nie tylko tych zgromadzonych wokół ołtarza, ale myśli z troską o głodnych, którzy są jeszcze daleko od Niego. Kościół jest ze swej natury misyjny. Nie tyle ma misję, ale sam jest misją. Kto sam został nakarmiony, musi nakarmić innych. Zanieść ułomki zebrane z ołtarza i dać głodnym. Ma sam stawać się chlebem dla innych. Aby nikt nie zginął. Kościół, który nie ewangelizuje świata, traci rację bytu. To ważna wskazówka na naszą drogę.

Na obrazku prymicyjnym zamieściłem słowa św. Pawła: „Aby z Boga była owa przeogromna moc, a nie z nas” (2 Kor 4,7). To nie jest cały cytat, który chciałem dać. Pełny tekst brzmi: „Nosimy ten skarb w glinianych naczyniach, aby z Boga była owa przeogromna moc, a nie z nas”. Rektor seminarium doradził mi wtedy, żebym nie dawał słów o „glinianym naczyniu”, bo to zbyt asekuranckie. Uległem tej presji. Ale na obrazku z okazji 25-lecia kapłaństwa dałem już pełną wersję. Czuję się cały czas kruchym glinianym naczyniem. Moje życie (i Wasze chyba też) to historia naczynia, które wciąż się tłucze, pęka, a Bóg cierpliwie je skleja, lepi i napełnia na nowo. Moje lęki i nadzieje oddaję Jezusowi i Maryi. W tych Najświętszych Imionach szukam pomocy. Od pierwszych chwil po otrzymaniu dekretu modlę się za Was, odprawiam Msze. I Was też pokornie proszę o modlitwę i o cierpliwość, bo pewnie trochę mi zajmie uczenie się „farorzowania”. Powtarzam słowa z dzisiejszego psalmu: „Pan jest blisko wszystkich, którzy Go wzywają, wszystkich wzywających Go szczerze” (Ps 145, 18).

Ks. Tomasz Jaklewicz - proboszcz


Sierpniowe wołanie kwiatów

Gdy nadchodzi sierpień, mimo woli wracam do wspomnień z dzieciństwa. Wychowywałam się w rejonie Wadowic i Kalwarii Zebrzydowskiej, gdzie żywy był kult Maryi, gdzie chwaliły Ją łąki umajone, góry i doliny zielone Beskidu Małego. Moja babcia zawsze mówiła: „W sierpniu każdy kwiat woła, weź mnie do kościoła”. Może dlatego tak bardzo polubiłam święto Matki Boskiej Zielnej, w czasie którego 15 sierpnia czcimy Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny i zanosimy do poświęcenia bukiety z kwiatów i ziół. Stara legenda mówi, że gdy apostołowie na wieść o zaśnięciu Matki Bożej udali się do Jej grobu, to zastali tam jedynie mnóstwo pięknych i różnorodnych kwiatów. Nic dziwnego: Maryja była i jest najpiękniejszym kwiatem! W wyobrażeniu wiernych zawsze była osobą niezwykle piękną i tylko za pomocą kwiatów można określić Jej urodę i całe Jej życie. Kwiaty i zioła mają bogatą symbolikę, w wielu przypadkach odnoszącą się właśnie do Maryi. Postaram się wymienić niektóre z nich:

- biały kwiat lilii jest symbolem czystości, niewinności i dziewictwa, czyli cech Maryi.
- róża jako królowa kwiatów jest symbolem piękna, ale także królewskiej godności. Czerwony kwiat róży to symbol Wcielenia, miłości, macierzyństwa, powściągliwości oraz cierpienia – cech i stanów, które są autentyczną stroną życia Maryi. Z różą wiąże się także modlitwa różańcowa zawarta w 20 tajemnicach.
- fiołek swoją barwą nawiązuje do barwy nieba. Oznacza on przez to uduchowienie, kontemplację, pokorę, skromność i wierność. Dlatego Matka Boża bywa nazywana „fiołkiem pokory”.
- irysy z kolei swoją barwą są zapowiedzią Męki Pańskiej i wielkiego cierpienia Maryi.
- malwy symbolizują przebaczenie, którego sprawcą jest Jej Syn.
- konwalia, zwana także „lilią dolin”, jest symbolem czystości Maryi.
- goździki przez swój charakterystyczny kształt przypominają gwoździe, którymi Jezus został przybity do krzyża.
- rumianek dzięki swym leczniczym właściwościom oraz niepozornym walorom symbolizuje dobroć i skromność Maryi.
- babka ma wymowę antydemoniczną – osłabia moc szatana, który nie miał dostępu do Matki Boskiej.
- dziurawiec zwany jest też „dzwonkami Matki Bożej” lub zielem świętego Jana. Legenda głosi, że rdzawe plamy na liściach dziurawca to ślady kropelek krwi z poranionych stóp Maryi podczas Jej ucieczki przed Herodem.

Dlatego nie dziwmy się, że liczne wizerunki Matki Boskiej są tak bogato ozdabiane kwiatami. W czasie wakacyjnych wędrówek po naszym kraju na pewno spotkamy przydrożne maryjne kapliczki udekorowane właśnie kwiatami. Warto się przy nich zatrzymać przynajmniej na dziesiątkę różańca i chwilę kontemplacji. Latem przyroda zdaje się oddawać Maryi całe swoje piękno.

Krystyna Kajdan

Strona 1 z 66

Parafia
Najświętszych Imion
Jezusa i Maryi

ul. Przyklinga 12, 
40-551 Katowice-Brynów
tel. 32 251 86 60
brynow.jm@archidiecezja.katowice.pl


Msze Święte:

niedziele i święta:
7:30, 9:00, 10:30, 12:00, 18:00

dni powszednie:
8:00, 18:00

piątki
8:00, 16:30 (szkolna), 18:00


Nabożeństwa

Adoracja Najświętszego Sakramentu
czwartek 17:00 – 18:00

Nabożeństwo ku czci Serca Pana Jezusa
pierwszy piątek 8:30, 18:30


Kancelaria Parafialna

poniedziałek - piątek
18:45-20:00

W sprawach pilnych
dotyczących np. pogrzebu,
wezwania do chorego
proszę dzwonić na probostwo,
tel. nr 32 2518 660.

 

 chrzty i roczki

1. niedziela miesiąca 12:00

 

protokoły przedślubne
po mszy św. wieczornej - po umówieniu


numer konta bankowego:
BOŚ: 05 1540 1128 2001 7050 4713 0001


 

Szukaj na stronie