baner kolda

Gazetka parafialna

SŁOWO KSIĘDZA PROBOSZCZA NA CZAS ADWENTU

KRYSTYNA KAJDAN: - Księże Proboszczu, listopad był bardzo smutnym i nostalgicznym miesiącem, sporo też parafian odeszło do Pana; na szczęście szybko minął. Trudno jednak nie odnotować, że 5 listopada minęło pierwsze 100 dni Księdza proboszczowania w naszej parafii. Może Ksiądz Proboszcz spróbuje jakoś ten czas podsumować?

KSIĄDZ PROBOSZCZ TOMASZ JAKLEWICZ: - No cóż. Wydaje mi się jakby to było już więcej niż 100 dni (śmiech). Chyba jeszcze za krótko, by podsumowywać. Ciągle się uczę nowego stylu życia i pracy. Sprawy doczesne typu ogrzewanie, rachunki, śmieci itd. zżerają sporą część mojej energii. Ale cieszę się, że tylu ludzi chodzi na katechezę dorosłych. Cieszę się ministrantami. Ostatnio mieliśmy udane spotkanie z rodzicami z okazji św. Tarscycjusza. Mam wielką pomoc w moich współpracownikach ks. Tomku i ks. Łukaszu. Obaj są o wiele bardziej na bieżąco z duszpasterstwem parafialnym niż ja, więc mnie pilnują, bym nie narobił jakichś głupstw. Może tyle starczy na ten moment. Ufam, że najlepsze wciąż przed nami!

- Wraz z Adwentem pojawia się wszechobecna gorączka przedświątecznego sprzątania i zakupów, biegania po sklepach z głową zaprzątniętą pomysłami na prezenty, co i dla kogo, czy się spodoba... Czy o to chodzi?

- Kiedyś napisałem artykuł „Zawartość Adwentu w Adwencie”, w którym zwracałem uwagę na komercjalizację świąt. No cóż. Nie ma za bardzo jest gdzie się schować przed atakiem reklam, które wykorzystują na wszelkie sposoby świąteczne wartości, byle tylko nakłonić nas do zakupu jakiegoś towaru. Ale ostatecznie to od nas samych zależy, jak przeżyjemy Adwent i święta. Samo narzekanie jest jałowe. Zapraszam na roraty, zapraszam do podjęcia adwentowych postanowień. A prezenty oczywiście też są ważne. W nich wyraża się nasza miłość do bliskich. Byleśmy tylko nie zapomnieli o Solenizancie, z powodu którego jest to całe świąteczne zamieszanie. Bóg stał się człowiekiem, Słowo stało się ciałem. Jeśli o tym zapomnimy, będziemy mieli świąteczną, złotą czy kolorową ramę, ale bez obrazu.

- W tym przedświątecznym okresie handel kusi nas licznymi promocjami. A my może powinniśmy odważyć się na promocję Adwentu w prawdziwie chrześcijańskim wymiarze?

- Nie jest łatwo promować wartości duchowe, gdy konkurują one z wartościami materialnymi. Ile pieniędzy kosztuje dziś reklama? Handel jest dziś sprzęgnięty z przemysłem rozrywkowym oraz z mediami. To jest potężny strumień atrakcyjnych bodźców (obrazów, dźwięków), które wzywają do zakupienia danego towaru. Nie wygramy konkurencji z nowoczesną reklamą. Proszę porównać rozmach nowej galerii handlowej otwartej w naszym sąsiedztwie z naszym skromnym kościołem. Oczywiście nie wolno się zrażać, ale myślę, że promowanie wiary nie może odbywać się na warunkach narzuconych przez współczesny marketing. Musimy szukać swojej oryginalnej drogi. Kluczem jest autentyzm wiary, czyli świadectwo. Chodzi o odwagę życia po chrześcijańsku i zgodę na to, że będziemy uchodzić coraz częściej za dziwaków z powodu naszej wiary. Jezus nie urodził się w Rzymie, ani nawet nie w centrum Jerozolimy, ale w grocie - w malutkim Betlejem. Ta skromność i pokora Boga są czymś co, paradoksalnie, może okazać się pociągające w czasach dominującej konsumpcji. Musi nam chodzić w Kościele przede wszystkim o Boga. Jeśli Bóg zostaje przesłonięty innymi sprawami, nawet słusznymi, ale jednak drugorzędnymi, przegramy.

- W Adwencie rozpoczynają się też odwiedziny duszpasterskie. W tym roku po raz pierwszy chodzi Ksiądz po kolędzie jako proboszcz. Na czym Księdzu najbardziej zależy?

- Po pierwsze, chciałbym… przeżyć (śmiech). Pamiętam z lat wikariuszowskich, że kolęda to czas strasznie wyczerpujący fizycznie i psychicznie. Liczę oczywiście na poznanie parafian, na chwilę wspólnej modlitwy i na ciekawą rozmowę na ważne tematy. Oczywiście proszę także o miłosierdzie dla duszpasterzy. Ksiądz może spędzić w jednym domu czy mieszkaniu tylko kilka, czasem kilkanaście minut. Nie da się tego inaczej zorganizować. Ale nawet krótkie spotkanie może być dobre, ciekawe, inspirujące. Wiem, że zabrzmi to może górnolotnie, ale ksiądz przychodzi przede wszystkim z Bożym błogosławieństwem. To nie jest abstrakcja. Bóg błogosławiąc nasze domy, nasze rodziny, umacnia nas, chroni, uświęca naszą codzienność.

- Dziękuję za rozmowę. Życzę Księdzu Proboszczowi, sobie oraz wszystkim Parafianom radosnego Adwentu! Niech ten czas będzie okazją do pomnażania jedności i miłości wzajemnej w naszych rodzinach i w naszej parafii.

- Dziękuję, życzę błogosławionego Adwentu!

„Otwórzcie drzwi Odkupicielowi”

Życzę nam wszystkim czterech kluczy:

Klucza do ukrytych drzwi -
Pan przychodzi
kiedy indziej i którędy indziej niż myślimy.
Przychodzi w ludziach, którzy nie mają odwagi
zbliżyć się do wielkiej bramy.

Klucza do drzwi wewnętrznych -
Pan jest głębiej niż najskrytsze głębie naszej duszy.
Tamtędy wchodzi do naszego wnętrza.

Klucza do drzwi łączących -
Drzwi do sąsiada, zamurowanych, zasłoniętych tapetą -
najbliższy bliźni to najdalszy nieznajomy.
To w nim puka do nas Pan.

Klucza do drzwi wejściowych, do portalu -
Stamtąd odprawiono Jezusa z Maryją i Józefem.
Nie wstydźmy się na oczach wszystkich
wpuścić do naszego życia, w nasz świat.
Czy będziemy dziś Jego Betlejem?

Bp Klaus Hemmerle

Gra w kulki z Bogiem

1. Jezus jest przesłuchiwany przez Piłata, ziemskiego władcę. Bóg na ławie oskarżonych. Bóg pozwala, by osądził go człowiek. Ta scena powtarza się i w naszym życiu. Ile razy oskarżaliśmy Boga? Domagaliśmy się tego, by wytłumaczył się ze swoich działań lub zaniedbań. Przedziwna to tajemnica wszechmogącego Boga, który wydaje się w ręce niesprawiedliwych ludzkich sądów, moich sądów. Pozwala, bym Go odrzucił, skazał, uznał za zbędny balast, za przestarzałą ideę niepotrzebną mi do szczęścia. Ile razy podpisywałem wyrok śmierci na Jezusa (Boga) w moim życiu? Ile razy byłem Piłatem?

2. „Czy Ty jesteś Królem Żydowskim?” Piłat myśli kategoriami ziemskiej władzy, w której liczą się siła, rywalizacja, skuteczność, zdolność do pokonywania wrogów. Jezus wskazuje, że Jego królowanie nie opiera się na żadnej z tych zdolności, tak cenionych w polityce. „Królestwo moje nie jest z tego świata”. Jakby Jezus mówił do Piłata: „Nie bój się, nie jestem twoim konkurentem w walce o władzę. Mnie chodzi o ciebie, o prawdę twojego życia”. Nasze myślenie, skażone walką o wpływy, władzę, przenosimy nieraz na Boga, na Kościół. Tak bardzo pragniemy zwycięstwa, sukcesu, nie chcemy zostać w tyle, za wszystkimi. Chrystus Król wywraca tę logikę. Władza Boga pozostaje czymś ukrytym w naszym świecie. Objawia się w pokornej służbie, w uniżeniu. W gotowości pójścia na krzyż… za mnie! Bo to ja zasługuję na niego z powodu moich niewierności.

3. Ksiądz Jerzy Szymik komentuje to tak, że aż boli. Niech boli. Tak jest dobrze. Ta scena „obnaża naszą grę z Bogiem, grę prymitywną, grę, której nie waham się nazwać – jednoznacznie, potocznie i brutalnie – »grą w kulki«. Ten pozór, ta warstwa lakierowanej sztuczności, ten pseudointelektualny blichtr, ten bełkot inteligenta w średnim wieku. Te pytania – płaskie, które udają głębokie. (…) Oto atrapa rozmowy, klasyczny fałsz serca. Oto łajdak udający myśliciela. Przypuszczam, że odkrycia tej prostej i brzydkiej prawdy się boję, boimy. Że sami jesteśmy łajdakami w płaszczach myślicieli. Bo przecież prawda serca i intencji Piłata jest jedna i wyjątkowo prosta: nie staniesz mi na drodze, skazańcu, jeden z wielu; cokolwiek z tobą zrobię – daruję ci życie (chętnie), ubiczuję albo każę zabić – zrobię to po to, by ocalić siebie i swój stołek. By móc się nie przestać grzać przy ogniu władzy, by nie wypaść z życiowego mainstreamu”.

4. „Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie”. Prawda i miłość – dwie królewskie drogi związane ze sobą. Tymi drogami idzie do mnie Chrystus Król. Jego prawda oświetla wszystkie piłatowe tendencje w moim życiu. Tę nieszczęsną gotowość do paktowania ze złem, do deptania słabych tylko po to, by się utrzymać na powierzchni życia. Jego miłość ocala mnie przed rozpaczą, ukazuje drogę wyjścia, wybawia. Piłatowi wydaje, że sądzi Jezusa. Ale w istocie Jezus osądza Piłata.

ks. Tomasz Jaklewicz

Ludzie Króla

Z czym się kojarzy słowo „król”? Albo z bajką, albo z władzą. Bajka to fikcja, a władza to przywileje, pieniądze, korupcja, intrygi, walka o swoje. I tak źle, i tak niedobrze. Co znaczy tytuł „króla” w odniesieniu do Chrystusa?

Królestwo Boże to wspólnota tych, którzy uznają w swoim życiu panowanie Boga, poddają się pod Jego władzę. Ktoś mógłby zapytać: jeśli Bóg jest Bogiem, to znaczy, że panuje nad nami niezależnie od naszych decyzji i nie musi wcale nas pytać o to, czy tego chcemy czy nie. To pytanie dotyka sedna problemu. To znaczy stylu, w jaki panuje Bóg. To prawda, że Bóg jest Bogiem także bez nas, beze mnie. Ale On chce być Bogiem z nami, dla nas, dla mnie.
Bóg nie narzuca nam swojej władzy siłą, przymusem, zastraszeniem. Chce władać nad nami, ale przez miłość. Aby to zrozumieć, trzeba odwołać się do ludzkich doświadczeń. Pomyślmy, jak wielka jest władza miłości w życiu człowieka. To miłość uzdalnia człowieka do największych czynów, uruchamia ukryte w nas pokłady dobra, dodaje skrzydeł. Kiedy kogoś kocham, zrobię dla niego wszystko, On staje się dla mnie najważniejszym autorytetem. Bóg-Miłość zrobił, robi, zrobi dla mnie wszystko! Chce mnie zdobyć swoją miłością. W Jezusie Chrystusie Bóg dał nam siebie w ludzkiej postaci, można powiedzieć, że wyznał nam swoją miłość. Każdym gestem, każdym słowem. Jednym z najbardziej wstrząsających gestów Chrystusa było umywanie nóg Apostołom w wieczerniku. To jest objawienie prawdziwie królewskiej mocy: siły bezbronnej miłości, podatnej na zranienie, pokornej i łagodnej.
Tronem Chrystusa na ziemi stał się krzyż. To była wygrana bitwa Króla. Zło sięgające po przemoc zostaje pokonane bezbronnym dobrem, nienawiść i wzgarda zostają przezwyciężone przebaczeniem, królewską godnością tego, o którym Piłat mówił szyderczo „Oto człowiek”.
Kto powtarza w modlitwie Ojcze nasz słowa „Przyjdź królestwo Twoje”, ten godzi się na panowanie Boga w życiu, ten przyznaje Mu rację. Ten uznaje królewską władzę Jego pokornej miłości. Ten chce naśladować tę miłość. Wchodzi do wspólnoty ludzi Króla.

ks. Tomasz Jaklewicz

O takich Polakach nie wolno zapominać!

To już ostatnia niedziela listopada 2018 roku – miesiąca, w którym wspominaliśmy naszych bliskich zmarłych i świętowaliśmy setną rocznicę odzyskania niepodległości przez naszą Ojczyznę. Było więc dużo okazji, aby ożywić pamięć o wielu naszych bohaterach zaangażowanych w walce o wolność i demokrację. Do takich ludzi niewątpliwie należał śp. Andrzej Szyja – mąż naszej parafianki. W tym roku minęła 35.rocznica jego tragicznej śmierci. Jesteśmy mu winni wdzięczność za duże zaangażowanie w odnowę Ojczyzny i Kościoła. Był niezwykle szlachetnym człowiekiem opowiadającym się zawsze po stronie prawdy i pragnącym budować solidarne życie według Bożych zasad. Senator Andrzej Wielowieyski cenił Andrzeja Szyję jako jedną z najwybitniejszych postaci politycznych w Polsce w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, który mógłby w przyszłości zostać premierem. Zachęcam do modlitwy w intencji śp. Andrzeja Szyi, a będzie ku temu okazja w czwartek 29 listopada o godz. 8.00 w naszym kościele oraz do lektury wspomnień, które na moją prośbę - na podstawie materiałów archiwalnych - udostępniła wdowa po nim Krystyna Szyja, niewiasta dzielna!

Krystyna Kajdan

Wspomnienie o moim mężu śp. Andrzeju Szyi

Andrzej Szyja urodził się 18 listopada 1951 r. w Katowicach-Janowie. Pochodził ze śląskiej, patriotycznej rodziny. Uczył się w LO im. J. Długosza w Katowicach-Szopienicach, a następnie ukończył Wydział Budownictwa i Architektury Politechniki Śląskiej w Gliwicach i rozpoczął pracę w biurze projektów „Społem” projektującym domy handlowe.

Był członkiem Diecezjalnej Rady Duszpasterskiej. Brał udział w przygotowaniach do I Synodu Diecezji Katowickiej, a w listopadzie 1974 r. – w nielicznej grupie świeckich – został zaproszony przez biskupa katowickiego Herberta Bednorza do udziału w sesjach plenarnych synodu. Co więcej, 4 kwietnia 1975 r. został powołany przez biskupa do odpowiedzialnej funkcji Członka Prezydium III Sesji Plenarnej i do przewodniczenia sesjom plenarnym. Był to wyraz wielkiego zaufania do niego ze strony bp. Bednorza.

Był absolwentem studiów w Instytucie Wyższej Kultury Religijnej afiliowanym przy KUL, które ukończył w 1977 roku. Kontynuował studia eksternistyczne w zakresie teologii na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim w latach 1977-1983, których nie zdążył ukończyć.

Aktywnie działał w katowickim KIK-u (był jego członkiem od stycznia 1981 r.) i w Duszpasterstwie Absolwentów. Wraz z żoną i innymi parami małżeńskimi był jednym z animatorów, którzy zapoczątkowali w Polsce rekolekcje typu „Spotkania Małżeńskie” (Marriage Encounter). Uczestniczył też w ruchu oazowym rodzin.
Był troskliwym tatą i dobrym mężem. Zajmował się dziećmi (kąpanie, czytanie, zabawa), pomagał w prozaicznych obowiązkach domowych. Wspólna modlitwa i czytanie Pisma Świętego były naturalną częścią życia rodzinnego.

Był projektantem-konstruktorem kościoła pw. Św. Herberta w Wodzisławiu Śl. Kiedy powstawała „Solidarność” pracował w hucie „Ferrum” na stanowisku kierownika oddziału budownictwa mieszkaniowego. Tam wybrano go na delegata na I Walny Zjazd Regionu Śląsko-Dąbrowskiego. Obrady na Zjeździe były niezwykle burzliwe, brakowało zgody i jedności, groziło rozbicie. W tej gorącej atmosferze Andrzej wstał i zaproponował, by II tura Zjazdu rozpoczęła się Mszą św., by „wyprosić jedność i światło Ducha Świętego”. Propozycja ta, choć zaskakująca, przyjęta została gromkimi brawami. II tura istotnie rozpoczęła się Mszą św. odprawioną przez biskupa Janusza Zimniaka w kościele w Katowicach-Dębie.

Andrzej był jednym z 16 kandydatów na szefa regionu. Przewodniczącym został Leszek Waliszewski, Andrzeja wybrano do Prezydium Zarządu Regionu. Wkrótce też powierzono mu funkcję redaktora naczelnego „Dziennika Związkowego”, który ukazywał się od 1.IX. do 11.XII.1981 r. (wydano 78 numerów). Był też inicjatorem spotkania Zarządu Regionu z ówczesnym biskupem ordynariuszem Herbertem Bednorzem, gdyż jak twierdził „Śląsk jest silny Kościołem, a członkami «S» są głównie wierzący robotnicy”.

Nieustanne stresy, wytężona ponad siły praca wywołały nasilenie objawów astmatycznych, co zmusiło go w pierwszych dniach grudnia do hospitalizacji. To dlatego, gdy po wprowadzeniu stanu wojennego nocą do domu załomotało SB, nie było go w domu. W końcu esbecy trafili do szpitala, ale dzięki solidarności personelu medycznego, który nie wyraził zgody na wypisanie pacjenta, Andrzej uniknął internowania. Dzięki solidarnej postawie lekarzy oraz wyolbrzymieniu choroby i celowemu przedłużaniu pobytów w szpitalach, również później udało mu się uniknąć internowania, mimo kilku prób aresztowania go przez funkcjonariuszy SB.

W szpitalach i sanatorium Andrzej nie próżnował. Tam powstawały obliczenia do projektowanego kościoła oraz zostały spisane jego przemyślenia dotyczące zniszczenia „Solidarności” i wizja przyszłości. Pisząc o decydującym ciosie dla „Solidarności” jakim było wprowadzenie stanu wojennego był optymistą co do przyszłości. Pisał: „(…) od samego powstania «Solidarności» istniała alternatywa: «S» albo ZSRR. Oczywiście w pierwszej konfrontacji wygrali komuniści. Ich sukces jest jednak sukcesem formalnym i powierzchownym. Koła historii nie da się zatrzymać. W tej wojnie ostatecznym zwycięzcą będzie «Solidarność».”

W szpitalu nie mógł przebywać wiecznie więc skierowano go do sanatorium. W tym też czasie został zwolniony z huty „Ferrum” (zlikwidowano oddział, którego był kierownikiem). Nie mógł dostać pracy w żadnym innym zakładzie dlatego trafił na rentę chorobową. Po roku, wiedząc że znów będzie miał trudności z zatrudnieniem, aby przetrwać podjął – dzięki znajomym – pracę w nie swoim zawodzie w prywatnym przedsiębiorstwie w Orzeszu-Zawiści.

Z uwagi na zlecone mu przez nowego pracodawcę zadanie zorganizowania produkcji niektórych elementów blacharki do Fiata 126p, jeździł służbowym samochodem po różnych zakładach przemysłowych w celu pozyskania używanych maszyn. Mogło to sprawiać wrażenie prowadzenia jakiejś politycznie zakazanej działalności.

W tym czasie Andrzej wyraził swoim znajomym niepokój, że ktoś za nim jeździ i że jest obserwowany. Koło domu przejeżdżały milicyjne samochody, czasem stały z wygaszonymi światłami. Wzywano go na przesłuchania. Przesłuchania skończyły się w momencie, kiedy przesłuchujący zorientował się, że sam został „rozpracowany” przez Andrzeja, który zdobył adres oraz prawdziwe nazwisko funkcjonariusza posługującego się pseudonimem.

W święto męczeństwa Jana Chrzciciela, 29 sierpnia 1983 r., wracając z zakładu „ZREMB” w Orzeszu, Andrzej Szyja zatrzymał się około południa na modlitwę w kościele pw. Św. Jana Chrzciciela w Orzeszu-Jaśkowicach. Następnie wsiadł do samochodu i w niedalekiej odległości, w lesie za łukiem w lewo, zjechał – wbrew sile odśrodkowej – w lewo i uderzył w wysoką sosnę. Poniósł śmierć na miejscu.

W czasie Mszy św. pogrzebowej, w zakończeniu homilii, biskup Herbert Bednorz powiedział: „(…) śp. inż. Andrzej Szyja licząc 31 lat życia miał wszelkie dane, by w krótkim czasie stać się wybitną osobowością. Wiele pracował, wiele się modlił, wiele studiował, również teologię, co u świeckich rzadko się zdarza. Dlatego też miał szansę głębszego wejrzenia w świat współczesny.”

Andrzej Szyja w eseju pt. „Opracowanie katolicko-solidarnościowej doktryny społecznej jako refleksje z okresu stanu wojennego”, w rozdziale czwartym zatytułowanym „Uczynić ze śmierci ofiarę”, napisał:

„Ile odpychania, ile beznadziejnego buntu można zaobserwować w powolnym umieraniu wśród chorych w szpitalu i to jest normalne, to jest ludzkie. A jednak… śmierci jeszcze w ostatniej chwili można nadać sens ofiarując ją w jakiejś sprawie. Również życie może być ofiarowane dla jakiejś sprawy. Im ta ofiara bardziej świadoma, tym trudniejsza, boleśniejsza decyzja. Poprzez ofiarę nadaje się życiu sens. (…) Ofiara jest również najistotniejszym elementem «walki bez przemocy».”

Myślę, że śmierć Andrzeja nie poszła na marne, że w ostatnim momencie nadał jej sens ofiarując ją w jakiejś sprawie. Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie…

Na podstawie materiałów archiwalnych
Krystyna Szyja

Nasze małe apokalipsy

1. „Moce na niebie zostaną wstrząśnięte”. Apokaliptyczne znaki widzimy raz po raz. Tsunami, huragany, trzęsienia ziemi… Człowiek dumny z osiągnięć cywilizacji okazuje się kompletnie bezbronny wobec tych sił. Nieraz i przez nasze życie przetacza się jakaś mała apokalipsa. Choroba, śmierć, upadek w grzech, miłość, która przerodziła się w obojętność lub nienawiść. Tak naprawdę nasza duchowo-psychiczna równowaga bywa bardzo krucha. Wystarczy nieraz lekki wstrząs i już nasze uporządkowane życie zaczyna się sypać jak domek z kart. Pytamy wtedy: Boże, i po co to wszystko? Dlaczego ten ból? Dlaczego odbierasz mi pokój? Wierzę, że Bóg nie ma nam tego za złe, że miotamy się czasem strasznie, szukając odpowiedzi. On ma swój plan, ale my nie widzimy go od razu. Nieraz długo nie widzimy. To próba nadziei. Dodajmy, bolesna.

2. „Wówczas ujrzą Syna Człowieczego”. Po wstrząsie pojawia się zapowiedź nowej obecności Zbawiciela „przychodzącego w obłokach z wielką mocą i chwałą”. W pierwszym znaczeniu chodzi o koniec świata. Ale to wydaje się nam odległe. Nieraz jednak przeżywamy coś, co można nazwać „małym końcem świata”, naszego świata. Za życiową burzą, która nieraz dokonuje prawdziwego spustoszenia w naszym życiu, przychodzi jakiś nowy rodzaj obecności Boga. Tam, gdzie doczesne moce i chwały upadają, objawia się moc i chwała Najwyższego. Nasze małe apokalipsy przybliżają nas do tej ostatecznej. Bóg nigdy nie chce naszej zguby, ale nawrócenia.

3. „A od drzewa figowego uczcie się przez podobieństwo”. Ten obraz przypomina nam o umiejętności odczytywania znaków nadziei. Mamy z tym problem, bo nasze oczy tak mało widzą, uszy tak mało słyszą. Gubimy duchową wrażliwość przytłoczeni zgiełkiem, krzykiem, neurotycznym rytmem życia, wieczną pogonią za celami, które sami sobie wyznaczamy. Prośmy Boga o serce, które rozpoznaje znaki Jego bliskości.

4. „Nie przeminie to pokolenie, aż się to wszystko stanie”. Jeśli uwzględnimy cały kontekst wypowiedzi, wtedy te słowa można odnieść do zapowiedzi zburzenia Jerozolimy, co stało się
w 70 roku. W jakimś sensie jednak każde pokolenie przeżywa coś z tego, o czym mówi Jezus. W jeszcze bardziej osobistym sensie każdy z nas to przeżywa. Moim końcem świata będzie moja śmierć (chyba że wcześniej będzie definitywny koniec świata). Więc słowa o tym, że Pan jest w drzwiach, nabierają jeszcze innego znaczenia. Za drzwiami śmierci czeka Bóg. Nie muszę się bać. Więc dlaczego się boję?

5. „Niebo i ziemia przeminą, ale Moje słowa nie przeminą”. Przypomnijmy, że pierwsze słowa Biblii brzmią: „Na początku stworzył Bóg niebo i ziemię” (Rdz 1,1). Stworzył mocą swojego słowa. „Rzekł…” i „stało się…”. To, co wydaje się trwałą podstawą mojego życia, jest kruche, przemijalne, zagrożone. Tylko słowo Boga ma moc dawania życia, stwarzania, ocalania, zbawiania. Trzymam się bardziej „nieba i ziemi” czy słowa Boga?

Ks. Tomasz Jaklewicz

Wołanie ubogich

Ludzie ubodzy żyją wśród nas. Ubóstwo ma wiele twarzy. To nie tylko bieda materialna, ale także duchowa: samotność, brak Boga, brak czasu dla innych, brak nadziei.

Zgodnie z wolą papieża Franciszka dzisiejsza niedziela obchodzona jest jako II Światowy Dzień Ubogich. Hasło tego dnia to cytat z Psalmu: „Oto biedak zawołał, a Pan go wysłuchał” (34,7). Ubogich nie brakuje także w naszej parafii. To obłożnie chorzy mieszkający w Domu Opieki na ul. Huberta. Albo kobiety mieszkające w ośrodku pomocy na ul. Orkana. I wielu innych. Pamiętajmy o nich.
Raz w tygodniu odprawiam Mszę dla sióstr Matki Teresy z Kalkuty. Te dzielne kobiety mnie wzruszają. One dosłownie oddały swoje życie najbiedniejszym z biednych. Żyją same bardzo skromnie. Nie lubią wywiadów, ale raz udało mi się namówić na rozmowę jedną z sióstr. „Biedni owszem chcą dostać coś do jedzenia, ale przede wszystkim chcą być potraktowani jak ludzie” – podkreślała. „Biedni czują, że są traktowani przez innych z góry. Spotykają się z tym w sklepie, u lekarza, w kościele, wszędzie. Dlatego szukają kogoś, kto im powie, że są kimś, że są godni miłości i mogą być świętymi. Naszym głównym celem nie jest leczenie ich, czy zapewnienie im domu. Nie jesteśmy pracownikami socjalnymi. Naszym zadaniem jest przyprowadzić ich bliżej Jezusa. Dlatego zabieramy ich na rekolekcje, gdzie wielu idzie po latach do spowiedzi”. No właśnie. Są uczynki miłosierdzia względem ciała, ale nie można zapomnieć o uczynkach miłosierdzia względem duszy. Bieda duchowa dopada także (a może najbardziej) tych, którym pieniędzy nie brakuje.

ks. Tomasz Jaklewicz

 

Strona 3 z 71

Parafia
Najświętszych Imion
Jezusa i Maryi

ul. Przyklinga 12, 
40-551 Katowice-Brynów
tel. 32 251 86 60
brynow.jm@archidiecezjakatowicka.pl


Msze Święte:

niedziele i święta:
7:30, 9:00, 10:30, 12:00, 18:00

dni powszednie:
8:00, 18:00

piątki
8:00, 16:30 (szkolna), 18:00


Nabożeństwa

Adoracja Najświętszego Sakramentu
czwartek 17:00 – 18:00
sobota 17:00 – 18:00

Nabożeństwo ku czci Serca Pana Jezusa
pierwszy piątek 8:30, 18:30


Kancelaria Parafialna

poniedziałek, środa, piątek
17:00-18:00
wtorek, czwartek
18:45-20:00


W sprawach pilnych
dotyczących np. pogrzebu,
wezwania do chorego
proszę dzwonić na probostwo,
tel. nr 32 2518 660.

 

 chrzty i roczki

1. niedziela miesiąca 12:00

 

protokoły przedślubne
po mszy św. wieczornej - po umówieniu


numer konta bankowego:
BOŚ: 05 1540 1128 2001 7050 4713 0001


 

Szukaj na stronie