baner kolda

Gazetka parafialna

14 października 2018 28. Niedziela Zwykła 18 DZIEŃ PAPIESKI

I czyt. Mdr 7,7-11 Psalm: 90, 12-13.14-15.16-17 II czyt. Hbr 4, 12-13 Ewangelia:
Mk 10,17-30

1. „Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?” W pytaniu owego człowieka wyczuwalny jest niepokój serca: „przybiegł do Jezusa”. Może był zabiegany z powodu posiadłości, może czuł, że życie, które wiedzie, choć przyzwoite, jest jałowe, puste, bez znaczenia. Szuka czegoś więcej. Dostrzega w Jezusie nauczyciela życia, kogoś, kto podpowie mu, jak dobrze, sensownie żyć; kogoś, kto nada smak wieczności jego egzystencji. Nikt z nas tak naprawdę nie wie, co to znaczy żyć wiecznie. Ale przecież nieraz czujemy w przebłyskach dobra, piękna, miłości, zachwytu, szczęścia, że to tu… nie może być wszystkim. Pytanie o wieczne życie mieszka w nas, trzeba tylko usłyszeć je w sobie. Nie zagłuszać go byle czym, pozwolić mu się przebić przez codzienną gonitwę.

2. „Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg”. Jezus kieruje myślenie człowieka w stronę źródła. Jeśli pytasz o wieczność i chcesz znaleźć nauczyciela życia, to w gruncie rzeczy szukasz Boga. To za Nim tęsknisz. Bo tylko On jest wieczny i On może udzielić ci ze swego życia bez końca. Ta droga zaczyna się bardzo prosto, od przykazań. To jest fundament. Rozróżnianie dobra i zła nie wedle swojego widzimisię, tylko wedle przykazań. Dziś wiele się mówi o tak zwanej autonomii sumienia. To nieraz subtelna, współczesna wersja kuszenia z raju: „Rwijcie śmiało owoce z drzewa dobra i zła, sami decydujcie, nie liczcie się z tym, co mówi Bóg, Ewangelia, Kościół, bądźcie niezależni”. Nie jest łatwo zrezygnować z decydowania samemu, co jest dobre, a co złe. Jeśli odrzuca się absolutną, niezmienną Bożą miarę dobra i zła, wszystko staje się kwestią umowną. Wtedy „dobro” i „zło” stają się tylko pustymi słowami, znakami „plus”, „minus”, które można stawiać wedle uznania. Droga do nieba zaczyna się od zgody na zależność od Boga, najpierw w sumieniu, w ocenie dobra i zła. I przeciwnie, niezależność od Boga to początek drogi do piekła, które zaczyna się już tu, na ziemi.

3. „Wszystkiego tego przestrzegałem od mojej młodości”. Bóg nie oczekuje od nas samego tylko podporządkowania się przykazaniom, jakiegoś perfekcjonizmu, porządku dla samego porządku. Jemu chodzi o związek, o bliskość, On chce w nas żyć. „Jezus spojrzał z miłością na niego”. Tu leży klucz do tego fragmentu, a może i do całej Ewangelii. Twoje życie, takie jakie jest – być może jałowe, niespełnione, zabiegane, przemęczone, grzeszne, pokręcone… objęte jest miłością Boga. „Spojrzał z miłością”. Patrzy teraz na ciebie.

4. „Jednego ci brakuje”. Prawie tak samo Jezus powiedział do Marty (Łk 10,41). W obu przypadkach, i zapracowanej Marty, i bogatego człowieka z dzisiejszej Ewangelii, chodzi o to samo. Brakuje im Boga. Bez tego Jednego zawsze będziemy niespełnieni. „Odszedł zasmucony”. Szukał, ale gdy był już tak blisko, poddał się, przeraził. Gdzie jest mój skarb? Gdzie jest mój Bóg? W czym, w kim pokładam ufność?

ks. Tomasz Jaklewicz

Ostre cięcie

1. „Zabranialiśmy mu, bo nie chodził z nami”. Apostołowie zamiast cieszyć się, że ktoś dokonuje skutecznie egzorcyzmu w imię Jezusa, zabraniają mu. W ich postawie nie po raz pierwszy dochodzą do głosu zazdrość i pragnienie rozporządzania łaską Boga. Pan Jezus musi korygować myślenie uczniów, poszerzać ich serce. Łaska Boża nie działa według naszych scenariuszy czy rozdzielników. Także wśród dzisiejszych chrześcijan pojawiają się zazdrość, chore ambicje, pragnienie władzy, nieumiejętność radowania się cudzym powodzeniem. Ile to wywołuje sporów w zakonach, wspólnotach, parafiach? Nieraz słysząc czyjeś świadectwo, zamiast chwalić Boga za Jego łaski, kiełkuje w nas myśl: „A dlaczego nie ja?”. To groźne. Komu zazdroszczę Bożej łaski? Czy umiem się radować łaskami, którymi Bóg obdzielił innych?

2.„Kto wam poda kubek wody do picia, dlatego że należycie do Chrystusa, zaprawdę powiadam wam, nie utraci swojej nagrody”. Jezus próbuje zwrócić uwagę uczniów, że nie tylko są posłani, aby dawać innym, posługiwać w Jego imię… Muszą umieć także przyjmować miłosierdzie. „Kubek wody” może oznaczać nie tylko materialną pomoc, ale i duchową – radę, napomnienie, wskazówkę. Czasem przyjmowanie wymaga większej pokory niż dawanie. Pycha wmawia nam, że musimy sobie radzić sami, że przyjmowanie pomocy jest wyrazem słabości.

3. „Kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą, temu byłoby lepiej uwiązać kamień młyński u szyi i wrzucić go w morze”. Bardzo mocne jest to napomnienie Jezusa. Aż idą ciarki po plecach. Ale pomyślmy, jak wielką siłę rażenia mają skandale wywołane przez tych, którzy powinni umacniać wiarę. Odpowiedzialność księży, rodziców, nauczycieli i wszystkich osób na tak zwanym świeczniku jest większa niż innych. Mój grzech nie jest moją prywatną sprawą. Mój grzech może uderzać w słabszych ze straszną siłą, niszczyć ich wiarę, wrażliwość, nadzieję. To nas powinno przerazić. Wokół nie brakuje słabszych, chwiejących się, balansujących nad przepaścią. Czy jestem dla nich wzmocnieniem, ochroną? Czy przypadkiem nie ciągnę ich w dół?

4. „Jeśli twoja ręka jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją…” Znów mocne słowa. Wycinanie raka po kawałku nie byłoby zbyt rozsądne. Zrywanie ze złem wymaga stanowczości, konsekwencji. W całym tym fragmencie Ewangelii Jezus odwrócił myślenie uczniów. Chcieli korygować innych, teraz słyszą, że muszą dokonać stanowczej korekty siebie. Ostrzeżenie przed piekłem jest elementem Dobrej Nowiny. Kto wybiera zło, kto w nim trwa, kto je lekceważy, ten staje się złym, leci w dół, w stronę piekielnego ognia. Jezus mówi to w tym celu, by nas ratować. Im wcześniejsza diagnoza i operacja, tym większe szanse na zdrowie. Może i w moim życiu potrzebne jest jakieś ostre cięcie. Trudna, bolesna decyzja, od której zależy moje życie. Nie wolno jej odkładać.

ks. Tomasz Jaklewicz

Słodki łańcuch

Matka Boża objawiając się światu powtarza prośbę o modlitwę Różańcową. Nie odmawiajmy Maryi, czyli… odmawiajmy różaniec. Nabożeństwo różańcowe w naszym kościele przez cały październik codziennie o 17.15.

W wielu objawieniach maryjnych powtarza się wezwanie do odmawiania Różańca. W Lourdes Maryja podczas pierwszego ze zjawień odmawia Różaniec razem z Bernadetą. Ciekawostką jest to, że Maryja wzywa, aby każdy modlił się na swoim różańcu. W Gietrzwałdzie Maryja wzywa parę razy „Odmawiajcie gorliwie Różaniec”, dodając „codziennie”. Najmocniejsza prośba o Różaniec rozległa się w Fatimie. Maryja, ukazując się trójce pastuszków, mówi o sobie: „Jestem Matką Bożą Różańcową”. Powtarza kilkakrotnie „odmawiajcie codziennie Różaniec”. Mniej znane są objawienia maryjne w Akicie w Japonii, uznane przez Kościół. Przesłanie z Akity przypomina to z Fatimy. To jeszcze mocniejsze przynaglenie do pokuty, do ofiarowania cierpień za grzeszników oraz wezwanie do modlitwy różańcowej. Różaniec jest nazwany „jedyną bronią, która nam pozostanie”. Pojawia się szczególna intencja: „Na różańcu módlcie się za papieża, biskupów, kapłanów”. Dlaczego? Maryja zapowiada, że „działanie szatana przeniknie nawet Kościół, do tego stopnia, że będzie można zobaczyć kardynałów sprzeciwiających się innym kardynałom i biskupów występujących przeciwko innym biskupom”.

Bł. Bartłomiej Longo, wielki świecki Apostoł Różańca, modlił się: „O, błogosławiony Różańcu Maryi, słodki łańcuchu, który łączysz nas z Bogiem; więzi miłości, która nas jednoczysz z aniołami; wieżo ocalenia od napaści piekła; bezpieczny porcie w morskiej katastrofie! Nigdy cię już nie porzucimy…”.
Jednoczenie z Bogiem oraz ochrona przed złem – to dwa najważniejsze owoce modlitwy różańcowej. Nie wypuszczajmy z rąk tego „słodkiego łańcucha”, oplatajmy nim nasze życie, Kościół, Polskę, Europę, świat.

ks. Tomasz Jaklewicz

O śp. Tadeuszu Kijonce

Nasz parafianin Tadeusz Kijonka upamiętniony w plenerowej galerii

Kończy się miesiąc wrzesień, który obfitował wieloma wydarzeniami artystycznymi związanymi z obchodami Urodzin Miasta Katowice. Od 2004 roku z tej okazji co roku w plenerowej Galerii Artystycznej - usytuowanej w alejkach Placu Grunwaldzkiego na Koszutce - zostaje upamiętniona jedna wybitna postać ze świata kultury związana z naszym miastem.

Galeria wielkich Ślązaków

W Galerii Artystycznej na kilkunastu cokołach znajdziemy płaskorzeźby przedstawiające wielkie osobistości: literatów, muzyków, malarzy, aktorów, którzy przyczynili się do promocji stolicy aglomeracji śląskiej. Należą do nich: Zbigniew Cybulski, Teofil Ociepka, Antoni Halor, Aleksandra Śląska, Jerzy Duda-Gracz, Stanisław Hadyna, Karol Stryja, Paweł Steller, Stanisław Ligoń, Wilhelm Szewczyk, Bogumił Kobiela, Jan „Kyks” Skrzek, Alfred Szklarski, Mikołaj Górecki, Adolf Dygacz, Wojciech Kilar i Andrzej Urbanowicz, a 7 września br. decyzją prezydenta Marcina Krupy został upamiętniony już drugi (po Wojciechu Kilarze) nasz parafianin - Tadeusz Kijonka, poeta, dziennikarz, autor utworów scenicznych, kierownik literacki Opery Śląskiej, twórca i redaktor naczelny miesięcznika „Śląsk” w latach 1995 - 2012, założyciel i prezes Górnośląskiego Towarzystwa Literackiego, inicjator Kongresu Kultury na Górnym Śląsku, społecznik i poseł na Sejm RP. W tej miłej uroczystości oprócz Władz Miasta Katowice z Panem Prezydentem Marcinem Krupą na czele wzięła też udział najbliższa rodzina Tadeusza Kijonki: małżonka Zofia i córka Justyna oraz licznie zgromadzeni przedstawiciele świata kultury. Wzruszona Pani Zofia powiedziała wówczas, że jest to dla niej wydarzenie smutne, ale zarazem radosne, bo cieszy się, że człowiek, który tak wiele zrobił dla Śląska został tak pięknie doceniony. O zasługach Tadeusza Kijonki pisałam po jego śmierci w ubiegłym roku, a wierni czytelnicy naszej parafialnej gazetki zapewne pamiętają, że ks. prof. Jerzy Szymik w całości udostępnił nam treść homilii wygłoszonej przez niego na pogrzebie tego wielkiego Rybniczanina z Radlina, Ślązaka z rybnickiego i Polaka ze Śląska – jak sam o sobie często mówił.

Spotkanie w Salonie Artystycznym

Dzisiaj chciałabym jeszcze dodać, że 10 września br. w Salonie Artystycznym MDK Koszutka odbyło się spotkanie poświęcone Tadeuszowi Kijonce. Rozmawiali o nim prof. zw. dr hab. Krystyna Heska-Kwaśniewicz oraz Maciej Szczawiński - red. Polskiego Radia Katowice. Spotkanie miało bardzo rodzinny i wspomnieniowy charakter. Była oczywiście obecna jego najbliższa rodzina, ale także współpracownicy, dziennikarze i ludzie kultury. Zaglądając do notatek, jakie robiłam na tym spotkaniu, podzielę się niektórymi, gdyż w piękny sposób ukazują Tadeusza Kijonkę jako wielkiego Człowieka: - Charyzma Kijonki polegała na tym, że dużo wymagał od siebie, ale miał także niesamowite i finezyjne poczucie humoru. Był rewelacyjnym nauczycielem, cierpliwie uczył wszystkich Śląska, szczególnie współpracowników pochodzących z Zagłębia; nigdy nie podżegnywał do konfliktu. W pracy redakcyjnej pilnował dyscypliny, a każdy czwartek był dla „Śląska” dniem świętym. Słuchał każdego, ale często ostatnie zdanie należało do niego i miał rację. Ład i porządek widać w jego poezji. Był tytanem pracy. Założył Górnośląskie Towarzystwo Literackie, by w czasach wielu nikczemności integrować środowisko. O Morcinku mówił, że był twórcą skrzywdzonym. To Kijonka w znaczący sposób przyczynił się do przeniesienia Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Śląskiego z Sosnowca do Katowic, do gmachu po byłej siedzibie Komitetu Miejskiego PZPR. Przypłacił to zawałem serca. Był chodzącą historią prasy śląskiej, wiedział o niej wszystko! Pomagał młodym poetom; red. Maciej Szczawiński przyznał, że dzięki niemu debiutował w „Poglądach”. Doceniał młodych filologów, chodził na ich obrony doktorskie, potrafił dla młodych poświęcić swój cenny czas. Wspierał Turniej Jednego Wiersza w Pałacu Młodzieży, patronował mu. Mając niepełnosprawnego syna, przetworzył swoje nieszczęście osobiste na dobro dla wielu, bo zorganizował przy ul. Drozdów szkołę dla niesłyszących, gdzie dużo dzieci mogło się uczyć. Był człowiekiem na serio, gdy chodziło o sprawy najważniejsze. Pisał, że jesteśmy „ziemią obolałą”, bo Polska nie rozumie Śląska. Cierpiał, gdy jego czasopismo „Śląsk” było zagrożone, permanentnie starał się o środki na jego utrzymanie. Miał także wykształcenie muzyczne, w jego poezji było wiele muzyki. Na imprezach literackich potrafił improwizować, a nawet zagrać na fortepianie. Był mistrzem pisania sonetów i wielkim znawcą poezji Adama Mickiewicza; dzięki niemu nasza Opera Śląska wyjechała do Wilna, by tam zaprezentować operę narodową - „Halkę”. Był konsekwentny i odważny, upominał się o ludzi kultury, o Polaków z Zaolzia, o los tysięcy Ślązaków wywiezionych na katorżniczą pracę w ZSRR w pierwszych miesiącach po wkroczeniu Armii Czerwonej. Jak o czymś pisał, to był w tym mocno zakorzeniony. W wierszu o Matce Boskiej Częstochowskiej, która stoi u bram kopalni pisał, że ma twarz zwęglałą, bo staje się jedną z matek górników, matek cierpiących. Pani prof. Heska-Kwaśniewicz przyznała, że trudno jej mówić o Tadeuszu Kijonce w czasie przeszłym, bo znała go nie tylko jako poetę, ale jako ciepłego człowieka, pełnego uśmiechu, który dzwonił do niej wieczorami, by podzielić się swoją nową twórczością. Był bardzo dzielny, walcząc z chorobą nowotworową, znosił wyrok tej choroby w sposób imponujący. Dwa dni przed śmiercią w rozmowie z ks. proboszczem Eugeniuszem Krasoniem wyraził żal, że nie da rady już napisać poematu o św. Józefie, który nosił w sercu. „Była to chwila pięknej rozmowy – wspominał ks. Eugeniusz. Parę myśli zdążył jednak powiedzieć. Myślał o św. Józefie z podziwem między innymi jako o odpowiedzialnym i odważnym ojcu rodziny, podejmującym śmiałe decyzje”.

Te może chaotyczne zapiski obrazujące sylwetkę naszego parafianina – Tadeusza Kijonki – autora między innymi Sonetów brynowskich – pragnę zakończyć jednym z jego wierszy o sprawach ostatecznych.

Krystyna Kajdan

DO KOŃCA

Ostatnia noc
przed dniem ostatnim.
A może dzień ostatni,
przed ostatnią nocą.
Lecz czy na pewno, bo tego
nigdy nie wiadomo,
gdy jak co dnia wschodzi słońce
i do krwi sierp swój ostrzy
bezlitosny księżyc.
Jeszcze tylko zwycięstwo
Już ostatnie po wszystkim;
w jednej chwili na zawsze
bez litości nad sobą.

Błogosławiona jesteś

1. „Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem”. Dlaczego Maryja idzie do Elżbiety? Najprostsza odpowiedź: idzie do krewnej w odwiedzimy, chce się spotkać ze starszą przyjaciółką, chce pomóc jej w domowych pracach. To dobre powody, ale to tylko część prawdy. Tu nie chodzi tylko o zwykłe spotkanie, tu jest coś więcej. Zarówno Maryja, jak i Elżbieta są brzemienne. Maryja ma pod sercem Jezusa, Elżbieta – św. Jana. Obie kobiety doświadczyły wyjątkowej łaski. Elżbieta była już w podeszłym wieku i uchodziła za niepłodną, a jednak ma syna. Maryja była dziewicą, poczęła Syna w cudowny sposób dzięki działaniu Ducha Świętego. Pragnieniem Maryi i Elżbiety było podzielenie się radością z powodu otrzymanych darów. To ważna podpowiedź dla nas: kiedy spotkasz Boga, nie wolno ci o tym milczeć, trzeba iść „z pośpiechem” ogłosić swoim bliskim i całemu światu, że Bóg jest, działa, kocha, daje życie. Nie wolno milczeć o tym, co Bóg nam uczynił. Bogiem trzeba się dzielić.

2. „Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona” – ten okrzyk Elżbiety powtarzamy w modlitwie „Zdrowaś Maryjo”. Te słowa zostały wypowiedziane pod wpływem Ducha Świętego. Są więc proroctwem. Elżbieta jako pierwsza wypowiada prawdę, którą do tej pory znała tylko Maryja. Oto prosta dziewczyna z Nazaretu została wybrana spośród wszystkich kobiet świata, aby stać się Matką Mesjasza, wcielonego Boga. „Błogosławiona” – znaczy także szczęśliwa. Okrzyk Elżbiety wyzwala w Maryi słowa modlitwy „Magnificat”, która jest hymnem pełnym radości: „Raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy”. Co to znaczy dla nas? Często jakaś ważna prawda, którą przeczuwamy, musi zostać dobitnie powiedziana przez kogoś innego. W ten sposób coś, co wydaje się subiektywnym przeczuciem lub intuicją, zostaje nazwane, wypowiedziane głośno, zobiektywizowane. Drugi człowiek pomaga nam uwierzyć w coś, co po ludzku może wydawać się niemożliwe. Prawdę o sobie odkrywamy nie tylko zaglądając w swoje serce, ale dzięki spotkaniu z drugim człowiekiem.

3. Słowa Elżbiety są pierwszym teologicznym traktatem o Maryi. Na wybranej przez Boga Dziewczynie z Nazaretu spoczęło specjalne błogosławieństwo: „Błogosławiona między niewiastami”. Maryja została wyróżniona. Jej życie zostało podporządkowane roli, którą wyznaczył jej Bóg. Jest błogosławiona ze względu na błogosławiony owoc Jej łona. To pierwsza część prawdy. Druga część brzmi: „Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana”. Maryja pozostała wolną osobą. Łaska Boża nie zniewala, nie przymusza. Bóg zawsze tylko zaprasza, wzywa, proponuje. Maryja powiedziała Bogu swoje „tak”. Uwierzyła słowu Boga. Przyjęła to słowo, poddała się mu. Świętość ma zawsze dwóch autorów: pierwszym i większym jest Bóg. Drugim, mniejszym, ale niezbędnym, jest człowiek. Tak było w życiu Maryi i tak jest w życiu każdego z nas. Ona jest nam dana jako wzór, jako inspirujący przykład, że warto słuchać Boga. Każdy z nas może stać się błogosławionym.

ks. Tomasz Jaklewicz

Ocaleliśmy dzięki Maryi

(Z p. Anną Oleksiak-Bijak - naszą parafianką i Sybiraczką rozmawia Krystyna Kajdan)

KRYSTYNA KAJDAN – Pani Anno, gościem i kaznodzieją tegorocznej pielgrzymki kobiet do Piekar był abp Tomasz Peta z Kazachstanu W czasie jego homilii, w której wspominał o zesłanych tam przez sowiecką władzę Polakach, koleżanka Ilona szepnęła mi do ucha, że także Pani była zesłana do Kazachstanu. I już tam na piekarskim wzgórzu zakiełkowała we mnie myśl, by zaprosić Panią do rozmowy na łamach naszej parafialnej gazetki. Tym bardziej, że jutro obchodzimy Dzień Sybiraka. Cieszę się, że zgodziła się Pani na wspomnienia tych trudnych lat na syberyjskiej ziemi. Skąd Pani pochodzi?

ANNA OLEKSIAK-BIJAK: – Urodziłam się w styczniu 1934 roku w Lackach Szlacheckich koło Stanisławowa. Mój ojciec był naczelnikiem posterunku policji w pobliskim Niżniowie. Miałam zaledwie 5 lat, gdy 17 września 1939 roku wojska rosyjskie wkroczyły na nasze tereny. Ojciec uprzedził wtedy mamę, by zakupiła trochę więcej żywności i ciepłej odzieży dla dzieci, bo trzeba być przygotowanym na najgorsze. Miał rację. Już w listopadzie NKWD aresztowało ojca, którego wywiozło w nieznanym kierunku. Nie mieliśmy pojęcia gdzie. Mama była zrozpaczona, ale jednocześnie bardzo dzielna. Została nagle sama z trójką dzieci; mój brat Marian miał wówczas 12 lat, a Leszek zaledwie 3 lata. Razem z ojcem aresztowano wówczas bardzo wielu polskich policjantów, nauczycieli, profesorów i księży. Mama bardzo troskliwie zaopiekowała się nami, jakby chciała nas uchronić przed tym, co może nastąpić.

I niestety nastąpiło...

Tak, kilka miesięcy później, 13 kwietnia 1940 roku w nocy, a właściwie nad ranem NKWD otoczyło nasz dom. Wszyscy spaliśmy, a oni łomotali głośno w drzwi i kazali natychmiast otwierać. Nie było wyjścia. Do mieszkania wszedł naczelnik NKWD z kilkoma żołnierzami. Wszyscy mieli bagnety nałożone na karabiny. Naczelnik odczytał nasze nazwiska i powiedział, że przesiedlają nas jedynie 100 km dalej. Dał nam tylko jedną godzinę na to, by spakować trochę ubrań i żywności. Mama przeczuwała, że chcą nas wywieźć na Sybir i nawet odważnie zapytała tego naczelnika, dlaczego kłamie? Roześmiał się wówczas, pogroził matce karabinem i ruchem ręki wskazał, że przed domem czeka na nas już furmanka. Jak na ironię zaprzężona była w białe konie. Moja mama w ostatniej chwili zdążyła jeszcze na tę furmankę wrzucić pierzynę i poduszkę, co później okazało się zbawienne. Ja i bracia płakaliśmy przestraszeni, a mama uspokajała nas i zapewniała, że jest z nami i będzie o nas dbała. Pamiętam, że przed nami był cały szereg furmanek, a wiele jeszcze jechało za nami.

Gdzie was te furmanki zawiozły?

Pod eskortą NKWD dotarliśmy do Tyśmienicy. Było to małe miasteczko w województwie stanisławowskim. Tam czekały już podstawione bydlęce wagony kolejowe wyposażone w prycze. Załadowali nas do tych wagonów, przydzielając każdej rodzinie tylko jedną pryczę bez względu na ilość osób. Było więc bardzo ciasno, wkrótce zrobiło się potwornie zimno, bo wagony te nie były ogrzewane.

Jak długo trwała ta podróż w nieznane?

Jechaliśmy w takich warunkach ponad trzy tygodnie; zziębnięci, głodni i bez ciepłej strawy. Bardzo ratowała nas pierzyna, którą naciągaliśmy na siebie, by jakoś w czwórkę się ogrzać. Transport zatrzymywał się tylko nocą, żebyśmy nie widzieli ani terenu, ani kierunku jazdy, ani nazwy stacji. Czasem w czasie postoju podawali nam gorącą wodę, po którą mogły iść tylko dwie osoby z każdego wagonu. Mój brat idąc pod eskortą po wodę zauważył, że na stacji stoi około 20 pociągów po kilkadziesiąt wagonów każdy. Z wagonów słychać było polską mowę i pieśni religijne. Żołnierze z eskorty nie pozwalali jednak z kimkolwiek rozmawiać, ani nawet rozglądać się. W końcu dojechaliśmy do Kazachstanu. W rejonie Pieszkowka musieliśmy się przesiąść na samochody ciężarowe i zawieziono nas do kołchozu imienia Kalenina we wsi Połtawka. To było nasze miejsce przeznaczenia, nasze piekło na nieludzkiej ziemi.

Czy pamięta Pani jak wyglądała ta wieś?

Pamiętam, że wokół rozciągały się kazachstańskie stepy. Wieś składała się w zasadzie z pięćdziesięciu ziemianek i kilku domów dla funkcjonariuszy NKWD i stale mieszkających tam Rosjan. Na środku wsi znajdowała się jedyna studnia z żurawiem, z której wszyscy czerpali wodę. Nam przydzielono ziemiankę, która składała się tylko z jednego pomieszczenia i sieni, do której oprócz nas dokwaterowano samotną matkę z dwojgiem synów poniżej dziesięciu lat. Nazywała się Elżbieta Miler. Pochodziła z Białorusi i dobrze znała psychikę narodu rosyjskiego. Wspólna bieda i nędza zmusiła nas do zawarcia przyjaźni. Elżbieta była na co dzień doradczynią mojej mamy jak przeżyć w tych strasznych warunkach. Uczyła mamę i mojego starszego brata jak po prostu kraść żywność w kołchozie. Do wykarmienia miały bowiem czwórkę dzieci, które nie otrzymywały żadnych przydziałów żywności. Łącznie w ziemiance było nas siedem osób.

Czy ta ziemianka miała jakieś wyposażenie? Jak wyglądała?

Ziemianka miała jedno maleńkie okno pod sufitem, które na zewnątrz dotykało ziemi. Oświetlenia nie było, jedynie latem wpadało trochę słońca i światła. Dach znajdował się 1 metr nad ziemią. W rogu ziemianki stał zbudowany z cegieł i gliny prowizoryczny piec, który służył nam do ogrzewania i przyrządzania posiłków. W piecu paliliśmy słomą, nasuszonym w lecie piołunem i tak zwanymi kiziakami.

Kiziakami, czyli czym?

Było to wysuszone łajno bydlęce zmieszane z trawą i słomą. Nie był to jednak kaloryczny opał; zimą siedzieliśmy po ciemku wokół ledwo co rozgrzanego pieca, a mama owijała nam nogi szmatami i nakrywała nas pierzyną, by uchronić przed zamarznięciem. Lata tam były krótkie, suche i bardzo gorące; przez resztę miesięcy panowała śnieżna zima, mróz sięgał – 40 stopni. Takie właśnie miejsca zesłania dla Polaków wybierano perfidnie, by w krótkim czasie – wskutek mrozu, głodu i upału - umierało jak najwięcej ludzi.

Jak wyglądało wasze codzienne życie w tym kołchozie?

Mama i brat pracowali w polu, przy żniwach i przez cały rok musieli dbać o bydło. Wszystkie dzieci, które ukończyły 10 lat, musiały iść do pracy w kołchozie, gdzie przydzielono im pracę i normę do wykonania na równi z dorosłymi. Ta mordercza praca trwała przeważnie 12 godzin. Każdy z pracujących w kołchozie miał swoją miskę, do której tylko jeden raz w ciągu dnia dostawał jakieś jedzenie. Jeśli wyrobił normę, mógł dostać według uznania dozorujących 10 lub 20 gram chleba, to jest jedną kromkę, co jednak zdarzało się bardzo rzadko. Mama i starszy brat musieli chodzić do pracy nawet w czasie mrozów; mieli odmrożone stopy, ręce i nosy. Dla dzieci i ludzi starszych pozostających w ziemiankach nie było żadnych przydziałów żywności. Wiele dzieci i starszych umierało więc z głodu. Za pracę nie otrzymywaliśmy żadnego wynagrodzenia. Dopiero jesienią według uznania władz kołchozu dostawaliśmy po pół worka ziemniaków i trochę zboża. Żeby wyżywić mnie i młodszego brata, mama i dorastający brat musieli kraść, bo te racje żywnościowe dla dorosłych były po prostu głodowe. W ubraniach mieli wszyte od wewnątrz kieszenie, w których przynosili po kilka ziemniaków, buraków, czasem garść zboża czy kaszy. Panował ogólny głód i brud nie do opisania. Pokarmem była pokrzywa, lebioda, czasem nawet gnijące obierki.

Wcale się nie dziwię, w takich warunkach trudno o jakąkolwiek higienę.

Wszyscy byliśmy zawszeni. Nękały nas pluskwy i świerzb oraz choroba skóry tak zwana „zołotucha”, polegająca na wypadaniu włosów, schodzeniu paznokci i powstawaniu ran na całym ciele. Nie było żadnych leków, a rany przemywaliśmy własnym moczem. Chorowaliśmy na szkorbut, bolały nas oczy. Wszystko to z głodu i braku witamin. By zaspokoić głód, łapaliśmy susły, czyli polne szczury, które gromadziły się tam, gdzie składano zboże. Przynajmniej one były dobrze odżywione.

Trzeba było zatem wielkiej wiary, zaradności i bezgranicznego poświęcenia, by przeżyć takie piekło.

Mama walczyła o nasze przeżycie jak lwica i poświęcała się wprost w heroiczny sposób. Jestem przekonana, że ocaleliśmy dzięki orędownictwu Maryi. Tej najlepszej Bożej Matce polecała siebie i nas w błagalnej, żarliwej modlitwie. W ukryciu przechowywała zabrany z domu obrazek Matki Boskiej Częstochowskiej i przed nim codziennie modliliśmy się szeptem po polsku, by nie zapomnieć ojczystego języka. Był to przecież język naszego serca. Na co dzień z nakazu NKWD musieliśmy posługiwać się językiem rosyjskim. Cieszę się, że ta nasza rozmowa ma miejsce w dniu parafialnego odpustu ku czci Najświętszego Imienia Maryi w Brynowie, bo doskonale pamiętam, czym to Najświętsze Imię Maryi było dla mojej mamy i dla nas w tych niewyobrażalnie ciężkich latach.

Pani mama potrafiła podobno wykorzystać nawet swój typ urody, by zdobyć choć trochę żywności dla swoich dzieci.

Tak, mama była brunetką i wmówiła Rosjankom, że potrafi wróżyć. Chętnie z tego korzystały, a mama opowiadała im najróżniejsze rzeczy, co znając to środowisko nie było trudne. W ten sposób mogła dla nas zdobyć kilka ziemniaków czy buraków. Sprzedawała też swoje osobiste rzeczy, które miejscowe Rosjanki chętnie kupowały. Mama dostawała za nie trochę chleba i kaszy, czasem nawet parę rubli. Pamiętam, że sprzedała w ten sposób między innymi swoją nocną koszulę, w której Rosjanka poszła na miejscową „potańcówkę”. Zazdroszczono jej tak pięknej „balowej sukni”.

Rozumiem, że w tej kazachstańskiej rzeczywistości nie było dla dzieci żadnej szkoły...

Nadzieja na naukę w szkole pojawiła się dopiero z końcem marca 1941 roku. Dzięki staraniom Delegatury Ambasady Rzeczypospolitej Polskiej, w której aktywnie działała Hanka Ordonówna i kilku innych Polaków, pozwolono wówczas wywozić polskie dzieci do Iranu, aby je uratować od śmierci głodowej. Moja matka postarała się o wyjazd mój i brata Mariana. Musiała jednak sama zawieźć nas do Kustanaju nad rzeką Toboł, bo tam był punkt zborny. Tam ubrano nas, odżywiono i posłano do zorganizowanej polskiej szkoły. Powstała tylko jedna klasa, do której chodziły dzieci w różnym wieku. Los się do nas uśmiechnął, ale na krótko. Z chwilą rozpoczęcia wojny niemiecko-rosyjskiej nagle zlikwidowano punkt w Kustanaju i wydano zakaz wyjazdu do Iranu. Musieliśmy niestety obaj z bratem wrócić do kołchozu w Połtawce. Choć nauka w tej polskiej szkole trwała zaledwie cztery miesiące, tuż przed wyjazdem z Kustanaju wydano nam świadectwo ukończenia całego roku jako dowód naszego tam pobytu.

Czy wojna Sowietów z Niemcami wpłynęła na wasze codzienne życie w kołchozie?

Z powodu rozpoczęcia wojny z Niemcami w kołchozie zapanował ogólny niepokój i spore zamieszanie. Zmniejszono i tak głodowe racje żywnościowe dla wszystkich pracujących. Pewnego dnia do Połtawki przyjechał sam naczelnik NKWD i wydał polecenie, by zwołać do biura wszystkich Polaków. Mama się tym bardzo zaniepokoiła. Zabrała starszego brata, a żegnając się z nami przykazała mi, abym dbała o młodszego braciszka i nie pozwoliła mu umrzeć z głodu. Wielokrotnie i z miłością tłumaczyła nam, w jakiej jesteśmy sytuacji i co robić, aby przeżyć. Miałam dopiero osiem lat, ale już znałam widmo głodowej śmierci. Zdawało mi się, że jestem dorosłą, starą kobietą i muszę sobie dać ze wszystkim radę, jak mama i brat. Wkrótce okazało się, że nastały dla nas jeszcze gorsze czasy.

(ciąg dalszy rozmowy w następnym numerze gazetki tj. 23 września 2018 r.)

Najświętsze Imię

Nasz kościół ma wyjątkowy tytuł: Najświętszych Imion Jezusa i Maryi. W dniu odpustu warto pomyśleć o znaczeniu imienia. W Biblii wątek imienia Bożego jest bardzo istotny. Teologia Imienia Bożego pozwala lepiej zrozumieć sens imienia Jezusa i Maryi. 

Czym jest imię, jaka jest jego siła, można się przekonać, kiedy pomyślimy o tych, których kochamy. Imię bliskiego człowieka ma moc budzenia uczuć, tęsknoty, wspomnień. Bywa światłem w samotności. Jakie miejsce zajmuje Boże Imię w moim codziennym słowniku? „O, Boże!” – wołamy często. Albo „Jezus, Maria!”. Wołamy tak zwłaszcza w chwili niespodziewanego bólu lub po otrzymaniu złej wiadomości. Jakby automatycznie. To brzmi jak prośba o pomoc. Często nieuświadomiona. Jest w tym słuszna intuicja. W imieniu Boga, Jezusa i Maryi jest nasz ratunek. Nie chodzi o magiczne zaklęcie, ale o zwrócenie się ku Silniejszemu, który może nam pomóc.

„Święć się imię Twoje” – tak modlimy się w Ojcze Nasz. Imię oznacza osobę. Imię Boga ma pojawiać się na naszych ustach jako wezwanie Osoby Bożej. Jako przywołanie Jego obecności. Podobnie jest, gdy mówimy słowa: „Jezus” lub „Maryja”. Imię jest po to, aby wołać kogoś, aby się zwracać do kogoś. Mówić komuś po imieniu oznacza „być w bliskiej relacji, w zażyłości”. „Wzywać imię Jahwe” znaczyło dla Izraelitów oddawać cześć Bogu, modlić się do Niego. Drugie przykazanie Dekalogu stało na straży świętości Imienia Bożego: „Nie będziesz wzywał imienia Boga twego do czczych rzeczy” (Wj 20,7; Pwt 5,11). Wiele tekstów biblijnych wskazuje, że imię Boga jest właściwie tożsame z Bogiem. Psalmy mówią wielokrotnie o miłowaniu, uwielbianiu, śpiewaniu, głoszeniu Imienia Pana.

W Nowym Testamencie dopełnia się objawienie Boga. Jezus świadomie mówił o sobie: JA JESTEM, czyli odnosił do siebie imię Boga Jahwe objawione Mojżeszowi. Oskarżano go o bluźnierstwo: człowiek nie może odnosić do siebie imienia zastrzeżonego dla Boga! A jednak to w Jezusie Bóg objawił się jako Zbawiciel, jako ktoś niezwykle nam bliski. Imię Jezus oznacza: „Jahwe jest zbawieniem”. Świętość zastrzeżona dla imienia Jahwe objęła także imię zmartwychwstałego Jezusa.

Pierwsza prośba „Ojcze nasz” to nie tylko wezwanie do uświęcenia imienia Boga. To także prośba, by imię Boga było obecne na całym świecie. Uczeń Chrystusa wie, że „nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni” (Dz 4,12). Dlatego głosi to Najświętsze Imię. Ewangelizować oznacza ogłaszać zbawienie w Jezusie. Imię Maryi – oznacza Tę, która dała światu Jezusa, dzięki Jej wybraniu przez Boga i Jej osobistej wierze. Wzywamy Maryję jako Matkę Jezusa, a zarazem Jego Uczennicę i naszą Matkę, matkę Kościoła.
Czy Najświętsze Imiona Jezusa i Maryi są dla mnie światłem? Czy wypowiadam je z czcią, z miłością, z szacunkiem? Czy ich wypowiedzenie jest początkiem modlitwy, jest moim nawróceniem?

ks. Tomasz Jaklewicz

Strona 5 z 71

Parafia
Najświętszych Imion
Jezusa i Maryi

ul. Przyklinga 12, 
40-551 Katowice-Brynów
tel. 32 251 86 60
brynow.jm@archidiecezjakatowicka.pl


Msze Święte:

niedziele i święta:
7:30, 9:00, 10:30, 12:00, 18:00

dni powszednie:
8:00, 18:00

piątki
8:00, 16:30 (szkolna), 18:00


Nabożeństwa

Adoracja Najświętszego Sakramentu
czwartek 17:00 – 18:00
sobota 17:00 – 18:00

Nabożeństwo ku czci Serca Pana Jezusa
pierwszy piątek 8:30, 18:30


Kancelaria Parafialna

poniedziałek, środa, piątek
17:00-18:00
wtorek, czwartek
18:45-20:00


W sprawach pilnych
dotyczących np. pogrzebu,
wezwania do chorego
proszę dzwonić na probostwo,
tel. nr 32 2518 660.

 

 chrzty i roczki

1. niedziela miesiąca 12:00

 

protokoły przedślubne
po mszy św. wieczornej - po umówieniu


numer konta bankowego:
BOŚ: 05 1540 1128 2001 7050 4713 0001


 

Szukaj na stronie