Święci, modlitwy

Na granicy światów – św. ks. Filip Smalone

(Ciekawe opowiadanie o patronie głuchych)
Pracując wśród osób głuchoniemych ksiądz Smaldone poszukiwał nowych metod pedagogicznych, wiedząc, że tradycyjne metody wychowania i katechizacji nie są wystarczające. Często korzystam z dobrodziejstw komunikacji miejskiej. Tak też było pewnego czerwcowego popołudnia, jakieś dwa, może trzy lata temu. W tramwaju panował tłok większy niż zwykle, pewnie dlatego, że był to ostatni dzień roku szkolnego.

Równoległy świat

Grupy młodzieży cieszącej się perspektywą wakacji, głośno wyrażały swój entuzjazm, dzieląc się planami na najbliższe tygodnie. Gwar, jak w przysłowiowym ulu. Ale to nie ten hałas przykuł moją uwagę. W pewnym momencie uświadomiłam sobie, że zza moich pleców nie docierają żadne dźwięki. Cisza… absolutna cisza. A przecież to niemożliwe, aby w tej części tramwaju i to w godzinach szczytu nikogo nie było? W końcu ta cisza zaczęła mi doskwierać bardziej niż wszędobylski hałas. Nie wytrzymałam. Spojrzałam za siebie. Stali w zwartej gromadzie, a tłok nie był wcale mniejszy niż przede mną. Wkoło roześmiane oczy chłopców i dziewcząt, takie same, jak wszędzie. Tylko ta dziwna cisza… I migające w powietrzu dłonie, które młodym ludziom zastępowały słowa. Zawstydziłam się własnego wścibstwa i już miałam odwrócić wzrok, gdy w grupie niesłyszących dostrzegłam mojego sąsiada. Zwykle widuję go, kiedy wyprowadza psa lub wynosi śmieci. Zawsze, gdy mija mnie na schodach, uśmiecha się sympatycznie, ale nigdy nie pozdrawia. Aż do tego dnia nie wiedziałam dlaczego. To było tak, jakbym nagle odkryła równoległy świat – świat ludzi niesłyszących. I w jednej chwili zdałam sobie sprawę, jak wiele barier trzeba pokonać, aby te dwa światy mogły się ze sobą spotkać i porozumieć. Tylko czy to w ogóle jest możliwe?

Myśli podobne do moich musiał snuć młody włoski seminarzysta – Filip Smaldone – kiedy na swojej drodze spotkał kobietę z głuchoniemym synem. Chłopiec płakał rozpaczliwie, a jego matka w żaden sposób nie potrafiła go uspokoić. To prawdopodobnie wtedy postanowił lepiej poznać problemy niesłyszących, z których świat ludzi słyszących w ogóle nie zdaje sobie sprawy. Poznać, ale i spróbować jakoś im zaradzić.

Powołanie w powołaniu

Filip urodził się w Neapolu 27 sierpnia 1848 roku. Jego głęboko wierzący rodzice starali się najlepiej jak potrafili wychować wszystkie dzieci, którymi Bóg ich obdarzył. Najstarszego Filipa, jego czterech młodszych braci i dwie siostry uczyli wierności Bożym przykazaniom lecz przede wszystkim miłości do Boga i ludzi. Na owoce ich rodzicielskiego trudu nie trzeba było długo czekać. Filip, już jako piętnastolatek, postanowił, że zostanie kapłanem, więc gdy osiągnął odpowiedni wiek wstąpił do seminarium, by przygotować się do pełnienia kapłańskiej służby. Po spotkaniu z matką głuchoniemego chłopca wiedział, że jego szczególnym powołaniem jako przyszłego duszpasterza, będzie służba najbardziej opuszczonym spośród wszystkich chorych członków Kościoła – tym, których życie upływa w ciszy. Wiedział, że Pan posyła go do ludzi skazanych na izolację i społeczny ostracyzm, niejednokrotnie pozbawionych choćby najbardziej podstawowej duchowej opieki.

Zwycięstwo charyzmatu

Wrażliwy seminarzysta tak bardzo zaangażował się w służbę ludziom głuchym, że nieco zaniedbał swoje zwykłe obowiązki. W konsekwencji nie udało mu się zdać kilku ważnych egzaminów i kardynał odmówił udzielenia mu święceń kapłańskich. Dla Filipa Smaldone musiał to być wielki cios, ale postanowił nie tracić czasu. Przez dwa lata zdobywał cenne doświadczenie w kontaktach z ludźmi głuchoniemymi i ich rodzinami. Wkrótce wyjątkowe przymioty Filipa dostrzegł i potrafił docenić arcybiskup Pietro Cilento z Rossano Calabro i przyjął go do miejscowego seminarium. Kiedy ostatecznie w 1871 roku Filip otrzymał święcenia kapłańskie i powrócił do Neapolu, mógł wreszcie w pełni wykorzystać zdobyte wcześniej doświadczenia i rozwinąć swój szczególny charyzmat. Po święceniach pracował wprawdzie jako katecheta i wikary w kilku parafiach, nie utracił jednak kontaktu z ludźmi głuchymi.

Trudy i owoce posługi

Pracując wśród osób głuchoniemych ks. Smaldone poszukiwał nowych metod pedagogicznych, wiedząc, że tradycyjne metody wychowania i katechizacji nie są wystarczające. Trzeba było nadrobić tak wiele zaniedbań! Przede wszystkim jednak nawiązać kontakt z ludźmi, którzy – nie z własnej przecież winy – tak niewiele wiedzieli o Chrystusie i Jego miłości do nich. W 1882 roku ks. Filip Smaldone podjął obowiązki duszpasterza w ośrodku dla głuchych. Darząc niesłyszących miłością pragnął, aby inni też ich pokochali. Robił wszystko, aby pokonać rozmaite wzajemne uprzedzenia i zburzyć mur dzielący świat dźwięków i świat ciszy. Czasem czuł się tak bardzo zniechęcony brakiem widocznych rezultatów, iż zamierzał porzucić pracę wśród niesłyszących i wyjechać na misje. Dopiero spowiednik namówił go do kontynuowania rozpoczętego dzieła, przekonując, że swoje powołanie misyjne powinien realizować wśród głuchych, którzy, podobnie jak mieszkańcy odległych kontynentów, nie słyszeli o Chrystusie.
Z czasem ks. Filip Smaldone, zdobywając coraz większe doświadczenie oraz umiejętności pedagogiczne i organizacyjne, założył specjalny dom dla głuchoniemych, prowadzony przez grupę osób świeckich i kapłanów. W 1885 roku z jego inicjatywy powstał w Lecce zakład dla niesłyszących, którym kierowała grupa kobiet wywodzących się spośród jego penitentek. Biskup zatwierdził tę nową wspólnotę i w ten sposób stała się ona zalążkiem zgromadzenia Sióstr Salezjanek od Najświętszych Serc. To pierwszy i chyba jedyny zakon na świecie, którego szczególnym charyzmatem jest praca wśród niesłyszących.

Cudownie ocalony

Tymczasem ks. Smaldone rozwijał swoje dzieło, otwierając kolejne domy, do których przyjmowano głównie głuchonieme dziewczęta z ubogich rodzin, ale także osoby niewidome oraz dzieci osierocone lub porzucone przez rodziców. Przez pewien czas ks. Filip był kapelanem szpitalnym oraz odwiedzał chorych w ich rodzinnych domach. Także w 1884 roku, kiedy wybuchła epidemia dżumy, nie bacząc na własne bezpieczeństwo spieszył do nich z posługą sakramentalną, starając się równocześnie zaradzić ich codziennym problemom. W końcu – jak można było się spodziewać – groźna choroba pokonała również jego. Kiedy zupełnie opadł z sił, powrócił do zakładu dla głuchoniemych, aby tam umrzeć. Został już nawet uznany za zmarłego i rozpoczęto przygotowania do jego pogrzebu, kiedy okazało się, że Bóg ma wobec niego inne plany. Kiedy niespodziewanie powrócił do zdrowia, był pewien, że swoje cudowne uzdrowienie zawdzięcza Matce Bożej z Pompei, do której przez całe życie żywił szczególne nabożeństwo. Odtąd ks. Filip Smaldone, jeszcze bardziej niż dotychczas, każdy dzień swojego życia traktował jako szczególny dar Bożej miłości. Rozmaite cierpienia, które dotykały go zwłaszcza w ostatnich latach życia, przyjmował z nadzwyczajną cierpliwością i pogodą ducha, budzącą podziw, wśród tych, którzy mu towarzyszyli i tych, którym poświecił swoje życie.

Patron

Kiedy zmarł 4 czerwca 1923 roku, na jego pogrzeb w Lecce przybyli głuchoniemi nawet z najbardziej odległych zakątków Italii, choć wiadomość o śmierci ks. Filipa nie została podana do publicznej wiadomości. Dla kochających i wdzięcznych serc nie stanowiło to jednak żadnej przeszkody. Wkrótce też opinia o świętości włoskiego kapłana stała się bardziej powszechna, a jego dzieło zaczęło rozwijać się niezwykle prężnie także poza granicami rodzinnego kraju. Kongregacja prowadzi dziś między innymi 9 szkół dla niesłyszących we Włoszech oraz 3 w Brazylii. Siostry Salezjanki od Najświętszych Serc służą także ludziom głuchym w Ruandzie, Beninie i na Filipinach. Z chwilą, gdy 15 października 2006 roku Ojciec Święty Benedykt XVI dokonał jego kanonizacji – św. Filip Smaldone stał się patronem niesłyszących na całym świecie, ucząc szacunku i miłości do ludzi żyjących w świecie ciszy. Podczas Mszy Świętej kanonizacyjnej Papież wskazał na drogę prowadzącą do osiągnięcia tego celu, przywołując słowa często powtarzane przez św. Filipa Smaldone, który w głuchoniemych widział oblicze Chrystusa. Lubił on mawiać: „Podobnie jak adorujemy Najświętszy Sakrament, powinniśmy klękać przed głuchoniemym”.

Burząc mury

Przykład miłości, jaką ten włoski kapłan żywił wobec ludzi zamkniętych w świecie ciszy uczy i nas pokonywać strach przed innością. Uczy burzyć mury, jakie ten strach, niezrozumienie i nieufność, a czasem poczucie bezradności lub zwykła ludzka głupota, wzniosły między światem ludzi słyszących i tych, którzy „słyszą inaczej”. Chyba warto spróbować spojrzeć na głuchych oczami św. Filipa Smaldone. Może już czas, aby wyjąć pierwszą cegłę z tego muru, który nas od nich odgradza?

Cieszę się na najbliższe spotkanie z moim niesłyszącym sąsiadem. Już wiem jak odpowiedzieć na jego uśmiech i kilkoma ruchami dłoni życzyć mu miłego dnia. To może niewiele, ale na dobry początek powinno wystarczyć…

Danuta Dajmund
Miesięcznik „Apostolstwo Chorych” – nr 9/2013

Wspomnienie o Adamie Chmielowskim – św. Bracie Albercie

Wczoraj – 17 czerwca – obchodziliśmy wspomnienie św. Brata Alberta. Warto przypomnieć, że uchwałą Sejmu RP z dnia 22.06.2016 r. ustanowiono obecny rok 2017 Rokiem Adama Chmielowskiego – Św. Brata Alberta, gdyż w bieżącym roku przypada 130 lat od przywdziana przez niego zakonnego habitu oraz 170 lat od jego chrztu. W niniejszym numerze gazetki pragnę przypomnieć sylwetkę tego niesamowitego polskiego Świętego, o którym św. Jan Paweł II tak się wyraził: „Święty Brat Albert nie pisał uczonych traktatów..., On po prostu pokazał jak należy miłosierdzie czynić. Pokazał, że kto chce prawdziwie czynić miłosierdzie, musi stać się bezinteresownym darem dla drugiego człowieka. Służyć bliźniemu to według niego przede wszystkim dawać siebie, być dobrym jak chleb”.

Kim dla nas może być św. Brat Albert? Nazywano go m.in. „Najpiękniejszym człowiekiem pokolenia, Szarym Bratem, Polskim Biedaczyną z Asyżu, Bratem wszystkich ludzi, Bratem naszego Boga, Patronem naszego trudnego przełomu, Człowiekiem z Bogiem zbratanym”. Na koniec pragnę zacytować słowa naszego wielkiego Rodaka – papieża Jana Pawła II wypowiedziane w czasie Mszy św. kanonizacyjnej 12 listopada 1989 r. w Watykanie: „Święty Brat Albert, który dla wszystkich był dobry jak chleb, dopomógł wszystkim Polakom do odzyskania wzajemnej dobroci i oby stał się żywym kamieniem w budowaniu (...) cywilizacji miłości na naszej ojczystej ziemi i wszędzie”. I to właśnie jest posłannictwem świętego Brata Alberta na dziś dla nas wszystkich. Warto go naśladować!

Krystyna Kajdan


Biogram Adama Chmielowskiego – św. Brata Alberta

Adam Chmielowski urodził się 20 sierpnia 1845 r. w Igołomii pod Krakowem. Sześć dni później na chrzcie św. z wody dano mu imiona Adam Bernard. W czasie uroczystego chrztu św. 17 czerwca 1847 roku w warszawskim kościele Matki Bożej na Nowym Mieście dodano jeszcze imię Hilary. Pochodził ze zubożałej rodziny ziemiańskiej. Jako sześcioletni chłopiec został przez matkę poświęcony Bogu w czasie pielgrzymki do Mogiły. Kiedy miał 8 lat, umarł jego ojciec, sześć lat później zmarła matka.

Chłopiec kształcił się w szkole kadetów w Petersburgu, następnie w gimnazjum w Warszawie, a w latach 1861–1863 studiował w Instytucie Rolniczo-Leśnym w Puławach. Razem z młodzieżą tej szkoły wziął udział w Powstaniu Styczniowym. 30 września 1863 roku został ciężko ranny w bitwie pod Mełchowem i dostał się do niewoli rosyjskiej. W prymitywnych warunkach polowych, bez środków znieczulających amputowano mu nogę, co zniósł niezwykle mężnie. Miał wtedy 18 lat.

Przez pewien czas przebywał w więzieniu w Ołomuńcu, skąd został zwolniony dzięki interwencji rodziny. Aby uniknąć represji władz carskich, wyjechał do Paryża, gdzie podjął studia malarskie, potem przeniósł się do Belgii i studiował inżynierię w Gandawie, lecz powrócił wkrótce do malarstwa i ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Monachium. Wszędzie, gdzie przebywał, wyróżniał się postawą chrześcijańską, a jego silna osobowość wywierała duży wpływ na otoczenie. Po ogłoszeniu amnestii w 1874 r. powrócił do kraju. Zaczął poszukiwać nowego ideału życia, czego wyrazem stało się jego malarstwo. Oparte dotychczas na motywach świeckich, zaczęło teraz czerpać natchnienie z tematów religijnych.

Jeden z jego najlepszych obrazów Ecce Homo jest owocem głębokiego przeżycia tajemnicy bezgranicznej miłości Boga do człowieka (obraz ten znajduje się obecnie w ołtarzu sanktuarium Brata Alberta w Krakowie przy ulicy Woronicza 10). Religijne obrazy Adama Chmielowskiego przyniosły mu miano „polskiego Fra Angelico”. Bez wątpienia duże znaczenie w życiu duchowym Adama Chmielowskiego miały rekolekcje, które odbył u jezuitów w Tarnopolu.

W 1880 r. nastąpił duchowy zwrot w jego życiu. Będąc w pełni sił twórczych porzucił malarstwo i liczne kontakty towarzyskie i mając 35 lat wstąpił do nowicjatu jezuitów w Starej Wsi z zamiarem pozostania bratem zakonnym. Po pół roku, w stanie silnej depresji, opuścił nowicjat. Do stycznia 1882 roku leczył się w zakładzie dla nerwowo chorych w Kulparkowie koło Lwowa. Następnie przebywał u swojego brata na Podolu, gdzie w atmosferze spokoju i miłości powrócił całkowicie do równowagi psychicznej. Zafascynowała go duchowość św. Franciszka z Asyżu, zapoznał się z regułą III zakonu i rozpoczął działalność tercjarską, którą pragnął upowszechnić wśród podolskich chłopów. Wkrótce ukaz carski zmusił go do opuszczenia Podola.

W 1884 r. przeniósł się do Krakowa i zatrzymał się przy klasztorze kapucynów. Pieniędzmi ze sprzedaży swoich obrazów wspomagał najbiedniejszych. Jego pracownia malarska stała się przytuliskiem. Tutaj zajmował się nędzarzami i bezdomnymi, widząc w ich twarzach sponiewierane oblicze Chrystusa. Poznał warunki życia ludzi w tzw. ogrzewalniach miejskich Krakowa. Był to kolejny moment przełomowy w życiu zdolnego i cenionego malarza. Z miłości do Boga i ludzi Adam Chmielowski po raz drugi zrezygnował z kariery i objął zarząd ogrzewalni dla bezdomnych. Przeniósł się tam na stałe, aby mieszkając wśród biedoty, pomagać im w dźwiganiu się z nędzy nie tylko materialnej, ale i moralnej.

25 sierpnia 1887 roku Adam Chmielowski przywdział szary habit tercjarski i przyjął imię brat Albert. Dokładnie rok później złożył śluby tercjarza na ręce kard. Albina Dunajewskiego. Ten dzień jest jednocześnie początkiem działalności Zgromadzenia Braci III Zakonu św. Franciszka Posługujących Ubogim, zwanego popularnie „albertynami”. Przejęło ono od zarządu miasta opiekę nad ogrzewalnią dla mężczyzn przy ulicy Piekarskiej w Krakowie. W niecały rok później brat Albert wziął również pod swoją opiekę ogrzewalnię dla kobiet, a grupa jego pomocnic, którymi kierowała siostra Bernardyna Jabłońska, stała się zalążkiem „albertynek”.

Formacja dla kandydatów i kandydatek do obu zgromadzeń organizowana była w domach pustelniczych; najbardziej znanym stała się tzw. samotnia na Kalatówkach pod Zakopanem. Nowicjat był surowy, aby zawczasu z życia w tych zgromadzeniach mogły wycofać się osoby słabsze. Do trudnej pracy potrzeba bowiem było ludzi wyjątkowo zahartowanych zarówno fizycznie, jak i moralnie. Przytuliska znajdujące się pod opieką albertynów i albertynek były otwarte dla wszystkich potrzebujących, bez względu na narodowość czy wyznanie, zapewniano pomoc materialną i moralną, stwarzano chętnym możliwości pracy i samodzielnego zdobywania środków utrzymania.

Albert był człowiekiem rozmodlonym, pokutnikiem. Odznaczał się heroiczną miłością bliźniego, dzieląc los z najuboższymi i pragnąc przywrócić im godność. Pomimo swego kalectwa wiele podróżował, zakładał nowe przytuliska, sierocińce dla dzieci i młodzieży, domy dla starców i nieuleczalnie chorych oraz tzw. kuchnie ludowe. Za jego życia powstało 21 takich domów, gdzie potrzebujący otaczani byli opieką 40 braci i 120 sióstr. Przykładem swego życia Brat Albert uczył współbraci i współsiostry, że trzeba być „dobrym jak chleb”. Zalecał też przestrzeganie krańcowego ubóstwa, które od wielu lat było również jego udziałem.

Zmarł w opinii świętości, wyniszczony ciężką chorobą i trudami życia w przytułku, który założył dla mężczyzn, 25 grudnia 1916 r. w Krakowie. Pogrzeb na Cmentarzu Rakowickim 28 grudnia 1916 roku stał się pierwszym wyrazem czci powszechnie mu oddawanej. Św. Jan Paweł II beatyfikował go 22 czerwca 1983 r. na Błoniach krakowskich, a kanonizował 12 listopada 1989 r. w Watykanie. Jest patronem zakonów albertynek i albertynów, a w Polsce także artystów plastyków.

Postacią brata Alberta, artysty, który porzucił sztukę dla służby Bogu, był zafascynowany Karol Wojtyła już w latach swojej młodości. Tej postaci poświęcił dramat „Brat naszego Boga”, napisany w latach 1944–1950. Sztukę zaczęto wystawiać w polskich teatrach zaraz po wyborze kard. Wojtyły na papieża. W 1997 r. na jej podstawie powstał film w reżyserii Krzysztofa Zanussiego pod tym samym tytułem.

Źródło: www.brewiarz.pl


Niektóre cytaty i myśli św. Brata Alberta

„Im więcej kto opuszczony z tym większą miłością służyć mu trzeba, bo samego Pana Jezusa w osobie tego ubogiego ratujemy”.
*    *    *
„Powinno się być jak chleb, który dla wszystkich leży na stole, z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się, jeśli jest głodny”.
*    *    *
„Człowiek, który dla jakichkolwiek powodów jest bez odzieży, bez dachu i kawałka chleba, może już tylko kraść albo żebrać dla utrzymania życia; w tym bowiem nędznym stanie najczęściej do pracy nie jest zdolny, ani mu też łatwo pracy znaleźć przychodzi. Jeżeli więc nie ma w mieście dla poratowania takich odpowiedniego zakładu, zostaje tylko zastosowanie względem nich działanie policji, sądów, więzień lub szpitala. Takie zaś zastosowania są na tyle fałszywe, na ile w skutkach ujemne”.
*    *    *
„Patrzę na Jezusa w Jego Eucharystii. Czy jego miłość obmyśliła coś jeszcze piękniejszego? Skoro jest Chlebem i my bądźmy chlebem. Skąpy jest ten, kto nie jest jak On”.
*    *    *
„Jaka modlitwa taka doskonałość, jaka modlitwa taki dzień cały. Na darmo usiłujemy postąpić przez inne środki, inne praktyki, inną drogą. Modlitwa jest warunkiem nawracania dusz. Bez modlitwy nie podobna wytrwać w powołaniu”.
*    *    *
„W myślach o Bogu i o przyszłych rzeczach znalazłem szczęście i spokój, którego daremnie szukałem w życiu”.
*    *    *
„Praca codzienna z obowiązków stanu wynikająca może mieć wartość modlitwy, cnoty i przykładu zarazem, gdy pracujemy dlatego, że Pan Bóg chce, abyśmy pracowali na chleb, który nam daje”.
*    *    *
„Zjednoczenie z Bogiem jest ważniejsze od wszelkich innych obowiązków, w nim jest najpewniejszy środek doprowadzenia wszystkiego ku dobremu. Modlić się, wierzyć nie wątpiąc”.
*    *    *
„Ta Matka Boska Częstochowska jest waszą Fundatorką. Pamiętajcie o tym. Ona mnie prowadziła przez całe życie”.
*    *    *
„Nie chciejmy się niepokoić, bo dobrego Pana mamy, który ma w ręku wszystko, aż do najdrobniejszych szczegółów. Jak czego brakuje, to prosić i polecić Panu Jezusowi i być najspokojniejszym, że On wszystkiemu zaradzi”.
*    *    *
„Iść zawsze naprzód, choćby po gorzkich zawodach i szalejących bałwanach morskich, gdy opieka Boska nad nami, przed niczym zaś się nie cofać, a na wszystko być gotowym, jeśli Bóg czego od nas zażąda”.
*    *    *
„Nikt nie idzie sam do nieba. Rozbić naczynie, zapach się rozejdzie. Nie tylko będziemy Boga kochać, ale inni Go przez nas pokochają. A to jest coś”.

Źródło: www.schoronisko-pleszew.pl

Modlitwa papieża Franciszka o pokój i ochronę przed terroryzmem

Wszechmogący i miłosierny Boże, Panie Wszechświata i ludzkich dziejów. Wszystko, co stworzyłeś jest dobre, a Twoje współczucie dla ludzkich błędów jest niewyczerpane.

Do Ciebie przychodzimy dziś, prosząc, abyś zachował świat i jego mieszkańców w pokoju, oddalił od niego niszczącą falę terroryzmu, przywrócił przyjaźń i wlał w serca Twoich stworzeń dar ufności i gotowość do przebaczenia.

Dawco życia, prosimy Cię również za wszystkich zmarłych, ofiary brutalnych ataków terrorystycznych. Obdarz ich wieczna nagrodą. Niech orędują za światem, szarpanym niepokojem i przeciwnościami.

Jezu, Książę Pokoju, Przyjacielu ludzi, prosimy Cię za rannych w atakach terrorystycznych: dzieci i młodzież, kobiety i mężczyzn, osoby starsze, niewinnych i przypadkowych ludzi. Ulecz ich ciało i serce, i pocieszaj ich Twoją mocą, oddalając zarazem nienawiść i pragnienie zemsty.

Duchu Święty Pocieszycielu, nawiedź cierpiące niewinnie rodziny ofiar przemocy i terroryzmu, okryj ich płaszczem Swojego boskiego miłosierdzia. Niech odnajdą w sobie siłę i odwagę, aby nadal być braćmi i siostrami dla innych, zwłaszcza przybyszów, dając swoim życiem świadectwo Twojej miłości.

Porusz serca terrorystów, aby rozpoznali zło swoich czynów i powrócili na drogę pokoju i dobra, szacunku do życia i godności każdego człowieka, niezależnie od wyznania, pochodzenia czy stanu posiadania.

Boże, Ojcze Odwieczny, wysłuchaj miłosiernie tej modlitwy, którą zanosimy do Ciebie spośród zgiełku i rozpaczy świata. Przepełnieni nadzieją w Twoje nieskończone Miłosierdzie, zawierzając się wstawiennictwu Najświętszej Matki, wzmocnieni przykładem błogosławionych męczenników z Peru, Zbigniewa i Michała, których uczyniłeś odważnymi świadkami Ewangelii aż do przelania krwi, zwracamy się do Ciebie z wielką ufnością o dar pokoju i oddalenie od nas plagi terroryzmu. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

Tą modlitwą modlił się papież Franciszek w bazylice św. Franciszka z Asyżu w Krakowie 30 lipca 2016 r.

Orędzie fatimskie przesłaniem dla ludzi wszystkich czasów

W 2017 roku w Kościele Powszechnym pochylamy się w szczególny sposób nad tajemnicami fatimskimi, które od 13 maja do 13 października 1917 roku Matka Boża odkrywała przed trojgiem pastuszków: Łucją dos Santos, Franciszkiem i Hiacyntą Marto. W bieżącym roku przypada więc 100. rocznica przekazania światu orędzia fatimskiego. Jest ono przesłaniem dla ludzi wszystkich czasów; warto do Fatimy pielgrzymować, a jeśli to niemożliwe, to przynajmniej poddać się okolicznościowej refleksji. Dlatego też poprosiłam dwóch pracowników naukowych Uniwersytetu Śląskiego o udostępnienie dla naszej gazetki ich tekstów poświęconych Fatimie. A zatem gorąco zachęcam do lektury fatimskich wierszy ks. prof. Jerzego Szymika oraz artykułu dr. Marka Rembierza ukazującego fatimskie przesłanie w świetle wydarzeń religijnych i z perspektywy historii myśli minionego stulecia.

Krystyna Kajdan


Ks. Jerzy Szymik – Noc fatimska

Na samym skraju Europy, wśród dębów azinheiras,
tam gdzie Piękna Pani mówiła do pastuszków –
– noc.
Gęsty granat, drobinki światła.

I tuż przed świtem, przed rozdarciem mroku,
głos z dębu, z piękna i z wysoka:

Nie bój się kochać, strzeż się nienawiści,
wyzbyty złudzeń: choć pierwsza oczyści cię do samej kości,
gardź drugą. Godnyś jedynie miłości.

Fatima – Pszów, 8 lipca – 27 sierpnia 2003 r.


Lizbona

Meu Deus eu creio, adoro, espero e amo-Vos.

(słowa modlitwy, której Tajemniczy Anioł uczył Łucję, Hiacyntę i Franciszka,
trójkę pastuszków z Aljustrel, wiosną 1916 roku w Loca do Cabeco, nieopodal Fatimy)

Czerń i szarość mozaik pod stopami,
róż azalii, słodka czerwień ran.
Zieleń wstęgą soczystą za nami
w roziskrzoną świetlistość Tagu
przechodzi. Rytm się łamie
w tym mieście tylekroć
złamanym

Barwy, szmery, zapachy.
Fiolet oliwek, rdzawa łuna dachów, winnic,
granat oczu, brąz skóry, śniadość brwi

Alulejos spękane, bladoniebieskie

Nade mną Anioł. Bez poświaty, bez skrzydeł,
smukłość sama. Napomina, karci,
jak pastuszków zachęca:

Skosztuj Ciała i Krwi
napij się Błękitu

1997 r.

Modlitwa rodziców za dorosłe dzieci

Dozwoliłeś nam Panie, wychować szczęśliwie nasze dzieci. Są już dorosłe, mogą się obejść bez naszej opieki i starań. Ale, Boże mój, choć dzieci nas już nie potrzebują jak dawniej, lękamy się o nie więcej, niż w ich dzieciństwie, bo pragniemy dla nich wszelkiego dobra.

Lękamy się, Panie, bo nie wiemy, czy dorosłe nasze dzieci, atakowane przez świat przewrotny, potrafią odepchnąć zło od siebie. Lękamy się Panie, bo idą już swoją drogą, a nie wiemy dokąd ona je prowadzi, co na niej znajdą i z czym się spotkają.

Boże mój, kieruj ich krokami, bo my nadążyć za nimi już nie możemy. Ukaż każdemu święty cel życia i wiedź ich ku niemu szczęśliwie. Hamuj ich pragnienia. Naucz poprzestawać na tym, co zdobędą własną uczciwą pracą.

Poświęcaj namiętności, jakie się w nich budzą. Poskramiaj porywy serca zgubne dla ich spokoju i szczęścia. Pomóż im zgadzać się z Twą wolą, gdy ta stanie w poprzek ich życzeniom. Strzeż od bolesnych zawodów, od zdrady i prześladowań, a nade wszystko strzeż ich o Panie, od utraty tej wiary i miłości ku Tobie, jaką zaszczepialiśmy niegdyś w ich dziecięcych sercach. Broń od zwątpienia w Twoje istnienie i Twoją moc, od pogardy tego, co święte.

Daj im los może i skromny, ale spokojny i pewny. Uchroń od niedostatku, przeciwności, niepowodzeń i tych ciężkich prób życia, które łamią serce, niszczą siły i mogą zachwiać ufność w Twe miłosierdzie, a nawet sprowadzić z drogi cnoty. Daj im pod własnym dachem zażyć szczęścia rodzinnego, a ich ognisko domowe niech omija choroba, źli ludzie i wszystko, co łzy wyciska.

Błogosław ich pracy i przedsięwzięciom. Pomagaj w trudach i walkach ze swym losem. Pocieszaj w smutkach, dźwigaj w upadkach. Dopomóż zasłużyć na dobre imię przed ludźmi, na ich szacunek i przyjaźń. Niech będą przez całe życie pobożne, szlachetne, prawe. Niech nikt nie skarży się na żadne nasze dziecko. Niech niczyja łza nie zaciąży na szali łaski Twojej dla nich. Abyś Ty Panie był z nimi i z ich rodzinami, abyś im zawsze błogosławił, o co Cię dzisiaj – w święto Bożego Miłosierdzia – gorąco prosimy przez zasługi Pana naszego, Jezusa Chrystusa. Amen.

„Którzy sieją ze łzami, będą żąć z radością” – Ps. 125,5

Módlmy się o rychłą beatyfikację Sł. Bożego ks. Franciszka Blachnickiego

Jutro minie 30. rocznica śmierci Sługi Bożego ks. Franciszka Blachnickiego, założyciela Ruchu Światło-Życie, więźnia obozów koncentracyjnych, prześladowanego przez Służbę Bezpieczeństwa PRL założyciela wspólnot życia konsekrowanego: Instytutu Niepokalanej Matki Kościoła, Wspólnoty Chrystusa Sługi oraz Unii Kapłanów Chrystusa Sługi. Proces beatyfikacyjny Sługi Bożego ks. Franciszka Blachnickiego rozpoczęto 9 grudnia 1995 roku. Postulatorem procesu został ks. Adam Wodarczyk, a wicepostulatorem ks. Stanisław Adamiak. 1 kwietnia 2000 roku jego szczątki zostały przeniesione do Krościenka i złożone w kościele Chrystusa Dobrego Pasterza w dolnej kaplicy. 27 lutego 2013 na ręce prefekta Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych kard. Angelo Amato oddano tzw. Positio. 16 października 2014 Komisja Teologów w Rzymie uznała jednomyślnie heroiczność cnót Sługi Bożego ks. Franciszka Blachnickiego, co potwierdził 1 października 2015 roku papież Franciszek promulgując dekret o heroiczności jego cnót. Pozostaje nam zatem modlić się o rychłą beatyfikację tego zasłużonego śląskiego kapłana. Szczególną ku temu okazją będzie jutro eucharystia w naszej Archikatedrze Chrystusa Króla o godz. 18.00. Wcześniej o godz. 16.00 na Wydziale Teologicznym odbędzie się sympozjum poświęcone osobie ks. Franciszka Blachnickiego. Póki co - zapoznajmy się z jego testamentem - napisanym 8 miesięcy przed śmiercią.

Krystyna Kajdan


Testament

W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen

17.06.1986 Dzisiaj, w 44 rocznicę największego dnia mojego życia, dnia moich narodzin w celi skazańców na oddziale „BI” katowickiego więzienia – chciałbym ku chwale Boga Ojca i Syna, i Ducha Świętego wyznać z wdzięcznością, że oprócz niezliczonych innych darów otrzymałem w swoim życiu cztery niezwykłe dary, które uważam według mojej obecnej zdolności rozeznania za największe.

Dar pierwszy to dar wiary, która jako nowa, nadprzyrodzona rzeczywistość została mi wlana w jednym momencie w owym pamiętnym dniu – jako zupełnie nowe, nie ludzką mocą zapalone światło, które świeci nawet wtedy, gdy nie pada jeszcze na żaden przedmiot i trwa cicho, nieporuszenie jak gwiazda, świecąc w ciemnościach i sama będąc ciemnością. Ta rzeczywistość wiary – od tamtej chwili, bez przerwy przez 44 lata, określa całą dynamikę mego życia i jest we mnie „źródłem wody wytryskującej ku życiu wiecznemu”. Nigdy w tym okresie nie przeżywałem wątpliwości co do wiary i nigdy nie miałem innych celów i dążeń, zainteresowań, poza wynikającymi z wiary i skierowanymi ku Ojcu przez Syna w Duchu Świętym, w realizacji wielkiego planu zbawienia. Wszystkie decyzje były podejmowane z motywacji wiary. Wiarę przy tym zawsze pojmowałem jako decyzję osoby, polegającą na oddaniu siebie, i moje zaangażowanie – przynajmniej na płaszczyźnie intencji – było niepodzielne. Równocześnie jednak zawsze towarzyszyła mi (i towarzyszy) świadomość, że moja służba wiary nie jest czysta, że jest skażona w moim wnętrzu pychą, odniesieniem do siebie, pragnieniem bycia i posiadania dla siebie. Nigdy jeszcze właściwie nie spełniłem żadnego aktu, który w oczach Boga byłby czysty, który byłby wyrazem bezinteresownej miłości. Ale zawsze trwała we mnie świadomość tej niedoskonałości i pragnienie wewnętrznego oczyszczenia. Długo to trwało, zanim poznałem, że nawet to pragnienie oczyszczenia nie jest czyste i wymaga oczyszczenia. Ale tęsknota za miłością trwała przez cały czas – i to także był owoc wiary, rozwijającej swoją dynamikę ku miłości, swojego wypełnienia. Całe 44 lata mego życia – to jeden krzyk, wołanie tęsknoty za miłością, za oczyszczeniem. Wiele razy było to wołanie głośne wśród łez, krzyk udręczonej niewolą własnego „ja” duszy. Owo „pragnę”, które trwa i potęguje się – to wielki dar mego życia, pochodzący z daru wiary. Nie wiem, kiedy Pan zaspokoi to pragnienie – czy jeszcze za życia czy w śmierci! Niech się stanie Jego wola! Ale i „nawrócenie miłości” musi nastąpić – to pewne. Bo Duch nie może rozbudzać pragnienia, którego by nie chciał zaspokoić. Cała moja wewnętrzna problematyka minionych 44 lat była również określona przez wiarę, były to etapy na drodze wiary.

Dar drugi, to dar wizji „żywego Kościoła” jako wszystko obejmującego programu życia i działania.

W ramach tego daru muszę wymienić dar drugich studiów teologicznych – z moimi pracami: licencjacką, doktorską, habilitacyjną. W nich chodziło nie o zdobywanie wiedzy dla wiedzy czy stopni naukowych. Była to okazja, aby zaspokoić potrzebę pogłębienia, skonfrontowania wewnętrznej wizji dojrzewającej w doświadczeniu, z kolei stawiającym problemy i pytania. Nigdy potem nie odczuwałem potrzeby „poprawiania”, uzupełniania wyników tych studiów – ale weszły one (ich wyniki) do programu realizacji do końca życia. Z tym łączy się drugi wielki dar szczegółowy: Dar II Soboru Watykańskiego i jego wizji Kościoła – Communio. Wchłonięcie tej wizji i położenie jej u podstaw działania! Działanie to zamyka się w charyzmacie Ruchu Światło-Życie, ruchu Żywego Kościoła, „eklezjologii Vaticanum II zamienionej na język pewnego ruchu i działania” (kard. Karol Wojtyła). Przynajmniej do roku 1963 (pierwsza oaza młodzieżowa w Szlachtowej) trwa we mnie – nie zmieniając się zasadniczo, tylko dojrzewając, rozwijając się organicznie – ta przedziwna „entelechia”, jakby sterująca mną od wewnątrz – wizja Kościoła – stającego się Kościołem żywym przez wcielanie się w konkretne wspólnoty. Lata 1969–1981 to szczególnie okres niezwykłego rozwoju Ruchu. Patrząc na jego rozwój, owoce, na tę rzeczywistość w życiu Kościoła w Polsce – nie mogę w tym nie widzieć daru – charyzmatu. To nie zostało przeze mnie wymyślone, stworzone, ale zostało mi dane i zadane. Wiele w tym było przymieszki własnych, niedojrzałych pomysłów, przeszkadzałem często jak mogłem temu dziełu. Ale właśnie fakt, iż mimo to trwało ono i rozwijało się według pewnej stałej, wewnętrznej logiki, świadczy o tym, że jest to dar. Za ten wielki dar mego życia, za to, że mogłem stać się narzędziem w tym dziele – niech będzie chwała Ojcu przez Syna w Duchu Świętym. I jeżeli miałbym coś do przekazania i chciałbym coś przekazać w moim duchowym testamencie – to właśnie ten dar – charyzmat Światło-Życie. Zrozumienie, umiłowanie, wierność wobec tego charyzmatu. Wydaje mi się bowiem, że ciągle jeszcze mało jest ludzi – także w Polsce – którzy już otrzymali łaskę zrozumienia znaczenia tego charyzmatu dla odnowy oblicza Kościoła – Chrystusowej Oblubienicy – Nowej Jerozolimy zstępującej z nieba na ziemię. Gdyby Pan pozwolił mi jeszcze żyć i działać, jednego bym tylko pragnął, abym mógł skuteczniej i owocniej ukazywać w pośrodku współczesnego świata piękno i wielkość Tajemnicy Kościoła – sakramentu, czyli znaku i narzędzia jedności wszystkich ludzi.

Dar trzeci – to dar Wspólnoty Niepokalanej, Matki Kościoła! Jest to dar tak wielki, że postawiłbym go – jeżeli chodzi o znaczenie dla mojego życia – obok daru drugiego – charyzmatu Ruchu Światło-Życie. Zresztą jednego od drugiego nie można oddzielić. Stawanie się, rozwój WNMK, życie w ciągłym dialogu z nią, oparte o jej diakonię – to fascynująca przygoda mojego życia. Zaczęła się prawie równocześnie z moją drogą kapłańską. To jakby droga Maryi, Służebnicy Pańskiej u boku Chrystusa – Kapłana. Byłoby zuchwałością, gdybym powiedział, że WNMK – to „dzieło mojego życia”. Bo przecież zrobiłem ze swej strony wszystko, aby ją zniszczyć. Jej wierne trwanie – mimo moich wad charakteru i błędów, które mogły to dzieło udaremnić – to oczywisty dowód, że jest to dzieło Niepokalanej, Matki Kościoła, dzieło w planach Bożych zadekretowane. A ile ja przez tę wspólnotę otrzymywałem łask, pomocy, wsparcia, pociechy i radości! To jest historia dla siebie, o której można by zapisać księgi! Bez istnienia tej Wspólnoty niemożliwe byłoby powstanie Ruchu Światło-Życie. Za to dzieło niech będą szczególne dzięki Niepokalanej, Matce Kościoła! To jest Jej szczególny dar dla mojego życia! Wspólnota ta towarzyszyła w drodze mojego życia jak dobry Anioł Stróż! W jej też ręce składam testament mojego życia.

Dar czwarty – to dar uczynienia siebie darem całkowitym. Ten dar stał się moim udziałem na przestrzeni ostatnich lat, tu w Carlsbergu.

Jest to owoc (trwającej jeszcze) ciemnej nocy zmysłów i ducha. Tyle ich już było – tych nocy. Te Drogi Krzyżowe w okolicznych lasach. Wędrówki do Źródła Mare, na Górę Moria, na Górę Nebo. Przeżywanie Konania Ogrójca i Konania Golgoty. „Mistyczne ukrzyżowanie” w Bad Mergentheim. Dokonało się w tym (i dokonuje) „przedzieranie się” świadomości i woli ku temu, co ostateczne, nieuniknione, pewne: ku własnej śmierci! Egzystencjalne „Amen” na własną śmierć – w przekonaniu i wierze, że śmierć to największe i właściwie jedyne „dzieło”, jakiego mogę „dokonać” w moim życiu! Bo tylko śmierć nie może być skażona aktem „posiadania” siebie. Nieraz – jak Job – przeklinałem w „piekle miłosierdzia” godzinę, w której zostałem poczęty. Stany te są nie do zniesienia – a jednak są to godziny, dary najcenniejsze. Tutaj Pan, który „wydał Siebie” za mnie, uczy mnie oddawać Jemu siebie! O tylko w tym wypełnić się może sens mojego życia!Dlatego chwała Ci, Boże Niepojęty, za to światło ciemnych nocy, które jedynie może przywrócić mnie Tobie! Dlaczego dzisiaj – w 44 rocznicę moich narodzin – przyszła mi myśl napisania tego Testamentu? Jest pewien powód zewnętrzny. Skrzep w nodze, który od kilku dni mnie unieruchomił, jątrząca się rana palca od nogi, która nie goi się od 4 miesięcy i powoli rośnie (cukrzyca!) – to wszystko stawia mi przed oczy realną wizję odejścia. Może to być początek drogi krzyżowej, z której nie ma zejścia. Upadki kolejne, przybicie, konanie. Tygodnie, miesiące, lata? Ogrom cierpień – nie dających się przewidzieć, na pewno o wiele większych niż wszystko dotąd! Wszystko jest w ręku Pana. Ale wymaga On ode mnie, abym do końca wypowiadał już teraz „Amen” do tej godziny, która u Niego już jest wiadoma i do wszystkich stacji tej drogi krzyża i okoliczności konania! Tu zaczyna się sprawa największa mego życia. AMEN! Da robur, fer auxilium!

Testament – to ostatnia wola o przekazaniu spadku, spuścizny. Zwykle chodzi o dobra materialne, prawa własności… Jestem w tym szczęśliwym położeniu, że nie mam naprawdę nic. Złożone kiedyś w sądzie (Amtsgericht Grunstadt) oświadczenie „pod przysięgą” – gdzie na wszystkie pytania dotyczące posiadania majątku odpisywałem „nie” – odpowiada do dziś rzeczywistości. Jeżeli są jakieś rzeczy osobiste używane – może prawa autorskie? – niech wszystkim dysponuje Wspólnota Niepokalanej, matki Kościoła. Jeżeli natomiast chcę coś przekazać – to właśnie i tylko to, co sam otrzymałem jako wielkie dary mojego życia! Świadectwo życia z wiary – będące wielkim cudem Miłosierdzia Bożego i Mocą Ducha Świętego Charyzmat Ruchu Światło-Życie – jako dar dla Kościoła – tak jak został mi ukazany i jak zdołałem go wyrazić. Charyzmat Wspólnoty Niepokalanej Matki Kościoła – jako dar dla Ruchu Światło-Życie, a przez niego dla Kościołów lokalnych. Dar mojego życia w jego śmierci, ze wszystkimi cierpieniami, które do niej prowadzą i z nią się łączą chcę – z pomocą łaski Pana, w mocy Jego Ducha, w zjednoczeniu z Maryją pod krzyżem – ofiarować to życie za dzieło Ruchu Światło-Życie ze Wspólnotą Niepokalanej, Matki Kościoła, za mającą powstać Wspólnotę kapłanów Chrystusa Sługi i za to dzieło w Carlsbergu, aby mogło jako Sanktuarium Niepokalanej, Jutrzenki Wolności, Źródła Światła i Życia – być tronem Jej łaski i sercem Ruchu. Amen.

Troski… Uzupełnienie testamentu… Czy można w testamencie przekazać również swoje troski, nie wykonane zamierzenia, otwarte zadania – sugerując, aby inni je przejęli, kontynuowali? W pewnym sensie wynika to z koncepcji testamentu, jako przekazania charyzmatu. Z drugiej strony – przyszłość – „futurologia”, to dziedzina wyłącznie Bogu zastrzeżona. Ja muszę koncentrować się na tym, czego Bóg teraz ode mnie oczekuje i zostawić Mu decyzję, jak długo jeszcze i dla dokonania jakich dzieł będzie się chciał mną posługiwać. Nie zapominając nigdy, że największym dziełem, którego Bóg na pewno chce, jest moja śmierć – jako oddania życia! Wiem jednak, że św. Ignacy prosił Boga, aby mógł w swoim życiu doczekać się pewnych faktów (np. zatwierdzenia konstytucji zakonu). Ja także widzę pewne zadania, które są potrzebne do jakiegoś zamknięcia tego, co było powołaniem mego życia. Widzę, że pewna wewnętrzna logika się tego domaga. I że Pan jednak zawsze posługiwał się tą cechą mojej osobowości, że jest we mnie zawsze logika pewnej wizji – i w związku z tym planowanie i „wybieganie” naprzód! Wiem oczywiście, że… „myśli moje, drogi moje nie są myślami, drogami waszymi”, „jak oddalone jest niebo od ziemi…”. Poddaję się Jego zamiarom i decyzjom wobec mnie! Boję się własnych „oddolnych” zamiarów, decyzji, czynów. Na bazie całego mojego oczyszczenia minionych lat – chciałbym sformułować dalsze „logiczne” etapy rozwoju „zabezpieczenia” dzieła Światło-Życie. Bez nich miałbym poczucie niedokończenia dzieła! Wiem również, że umrę na Górze Nebo – oglądając z daleka Ziemię Obiecaną.

Ale – jeżeli tak chce Pan – chciałbym jeszcze przed odejściem: dożyć opracowania nowych konstytucji WNMK i ich zatwierdzenia przez Kościół. Zrealizować roczną „szkołę animatorów Ruchu”, jako drugi, obowiązkowy rok formacji wstępnej WNMK (po roku „Nazaretu”), aby weszło to na stałe w rytm formacyjny WNMK! Potem w oparciu o to opracować metodę i program „szkoły animatorów Ruchu Światło-Życie” i wprowadzić ją w system formacyjny Ruchu. Zabezpieczyć fundamenty – warunki systematycznego działania Maximilianum – wydawnictwa i drukarni Ruchu, aby Ruch miał potrzebną literaturę! Opracować zrąb literatury formacyjnej Ruchu – przekazać w tej formie charyzmat. Centrum Światło-Życie – jako Sanktuarium Jutrzenki Wolności, Źródła Światła i Życia – doprowadzić do takiej „stabilizacji”, aby mogło w swoim właściwym charakterze funkcjonować, aby trwało „immanentną siłą” swojej duchowości i tradycji. Czy powstanie Wspólnoty Kapłanów Chrystusa Sługi także należy do tych zadań, przed wypełnieniem których trudno byłoby mi śpiewać radosne „nunc dimittis”? Już tyle razy dochodziłem w tym punkcie do stwierdzenia; Chyba do tego dzieła nie jestem powołany. Może tu leży to moje „mojżeszowe”: „nie wejdziesz tam!” – Miłosierdzie Boże jest nieograniczone, dobroć Niepokalanej niepojęta! Ale – byłby to już dla mnie chyba „nadmiar dobroci”? Więc zostawiam to Tajemnicy Bożych wyroków i Bożej Miłości.

Amen. 18.06.1986.
ks. Franciszek Blachnicki

Co należy wiedzieć o Najświętszym Imieniu Jezus

Etymologicznie hebrajskie imię Jeszua (pol. Jezus) jest skróconą wersją imienia Jehoszua, które oznacza: „Jahwe zbawia”. Wersja polska imienia – Jezus – wywodzi się z przekształconych tłumaczeń hebrajskiego Jeszua na greckie Iesous (w oryginale Ἰησοῦς), łacińskie Iesus i polskie Jezus. Imię Jeszua nadano Synowi Bożemu w ósmym dniu po narodzeniu, który liturgicznie przypada dnia 1 stycznia. Za odmówienie litanii do Najśw. Imienia Jezus lub samo wzywanie imienia Jezus Kościół udziela odpustu cząstkowego (Enchiridion Indulgenciarum, 1999). Warto również samemu praktykować i uczyć dzieci, aby przy wymawianiu imienia Jezus pochylać z szacunku głowę. Niemal we wszystkich językach świata powszechnie używa się chrześcijańskiego pozdrowienia: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Imię Jezus jest centralnym elementem modlitwy „Zdrowaś Mario”, więc także i całej modlitwy różańcowej, która niekiedy jest nazywana „modlitwą Jezusową Zachodu”.

Ważne fragmenty Pisma Świętego na ten temat:

W szóstym miesiącu (od zwiastowania Zachariaszowi narodzenia św. Jana Chrzciciela) posłał Bóg anioła Gabriela do miasta zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef (...). Anioł rzekł do Niej: „Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna i nadasz Mu imię Jezus” (Łk 1, 26-31).

Anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: „Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów” (Mt 1, 20-21).

Gdy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Dziecię, nadano Mu imię Jezus, którym je nazwał anioł, zanim się poczęło w łonie (Matki) (Łk 2, 21).

Sam Jezus powiedział o swoim Imieniu: Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: O cokolwiek byście prosili Ojca, da wam w imię moje. Do tej pory o nic nie prosiliście w imię moje: Proście, a otrzymacie, aby radość wasza była pełna (J 16, 23-24).

Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego pili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie (Mk 16, 17-18).

Św. Paweł Apostoł napisał o Jezusie: Uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej. Dlatego też Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezus zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich, i podziemnych (Flp 1, 8-10).

Źródło: www.laskawa.pl

Strona 1 z 6

Parafia
Najświętszych Imion
Jezusa i Maryi

ul. Przyklinga 12, 
40-551 Katowice-Brynów
tel. 32 251 86 60
brynow.jm@archidiecezja.katowice.pl


Msze Święte:

niedziele i święta:
7:30, 9:00, 10:30, 12:00, 18:00

dni powszednie:
8:00, 18:00

piątki
8:00, 16:30 (szkolna), 18:00


Nabożeństwa

Adoracja Najświętszego Sakramentu
czwartek 17:00 – 18:00

Nabożeństwo ku czci Serca Pana Jezusa
pierwszy piątek 8:30, 18:30


Kancelaria Parafialna

poniedziałek
9:00-10:00
wtorek, czwartek, piątek
9:00-10:00, 17:00-18:00

 

chrzty i roczki
1. niedziela miesiąca 12:00

 

protokoły przedślubne
po mszy św. wieczornej - po umówieniu


numer konta bankowego:
BOŚ: 05 1540 1128 2001 7050 4713 0001


 

Szukaj na stronie